NATO stawia zaporę warunkom Putina

Michał
Kacewicz
dziennikarz

Rozmowy dyplomatyczne w Genewie, Brukseli i Wiedniu nie zakończą prędko rosyjskiej eskalacji wokół Ukrainy, ale wiele wyjaśnią. Putin usłyszał twarde „niet” i to Rosja znalazła się w defensywie.

Obecny tydzień miał być przełomowy w dziejach świata XXI wieku. Taką przynajmniej otoczkę dla trzech rzeczywiście ważnych spotkań dyplomatycznych próbowała narzucić Moskwa. I właściwie jej się to udało. Gdzie się nie spojrzało do światowych, czy nawet polskich mediów, kształtował się obraz konfrontacji dwóch światów, negocjacji Zachodu z Rosją o pokój lub wojnę.

Do tej pory odbyły się dwa spotkania. 9 i 10 stycznia w Genewie spotkali się przedstawiciele Rosji i USA. Z kolei wczoraj w Brukseli rosyjski wiceminister Aleksandr Gruszko rozmawiał z liderami NATO. Jutro odbędzie się ostatnie z trzech spotkań, w Wiedniu na forum OBWE, pod polskim przewodnictwem. Te trzy spotkania nie były negocjacjami, jak przedstawiała to najczęściej Rosja. Prędzej były przedstawieniem Moskwie stanowiska szeroko pojętego Zachodu. Doskonale sformułował je wczoraj, po rozmowach w Brukseli, sekretarz generalny Sojuszu, Jens Stoltenberg.

– Nie ma mowy o kompromisach w sprawie generalnych zasad – powiedział.

Miał na myśli kwestię rozszerzania NATO. Przekaz Sojuszu i USA jest w tej sprawie prosty: o członkostwie decyduje wyłącznie państwo, które tego chce i Sojusznicy z NATO, a nie państwo trzecie. Rosja odbiła się od drzwi. Poprzez swoich przedstawicieli dyplomatycznych Rosjanie usłyszeli, że nie będzie negocjacji w sprawie zmiany porządku w Europie.

Rosyjskie MSZ: na razie nie będzie więcej rozmów z USA i NATO. Kreml: nie były udane

Protokół rozbieżności

Jeszcze w grudniu Kreml sformułował swoją listę żądań. Kluczowe w tym spisie były warunki dotyczące rozszerzenia NATO na Wschód oraz obecności amerykańskich i natowskich wojsk oraz infrastruktury na terenie państw, które weszły do Sojuszu po 1999r. Chodzi m.in. o Polskę. Warunki te były w oczywisty sposób nie do przyjęcia dla USA i NATO. Wiązałyby się z rozpadem Paktu Północnoatlantyckiego, a przynajmniej z likwidacją fundamentalnych zasad, dla których został powołany. Rosja nie będąc członkiem Sojuszu, a nawet będąc państwem mu wrogim, miałaby wpływ na politykę NATO. Nie mówiąc już o pozostawieniu Ukrainy w przestrzeni bez jakichkolwiek gwarancji bezpieczeństwa. Co de facto oznaczałoby pozostawienie Ukrainy Rosji i zezwolenie Moskwie na dalszą agresję.

Żeby podbudować narrację o fundamentalnej decyzji dla Europy, Rosjanie wzmocnili ją zagrożeniem agresji. Trwająca od późnej jesieni koncentracja ich wojsk w graniczących z Ukrainą obwodach jest faktem. Podobnie, jak trwające właśnie duże ćwiczenia w Południowym Okręgu Wojskowym, w bezpośrednim sąsiedztwie Donbasu. Rosyjskie działania spowodowały, że od miesiąca media zachodnie (bardziej niż np. ukraińskie), zadawały sobie nieustannie pytanie: wejdą, czy nie wejdą? Będzie wojna? I to miała być, według Moskwy, stawka rozmów w Genewie, Brukseli i Wiedniu.

“Istnieje realne ryzyko nowego konfliktu”. Szef NATO po rozmowach z Rosją

Moskwa jednak usłyszała: „niet”. Choć zwykle „niet” płynęło najczęściej z rosyjskiej stolicy. Sam Jens Stoltenberg powiedział, że istnieje ryzyko nowego konfliktu zbrojnego w Europie. Istnieje. Rosyjski wiceminister spraw zagranicznych Siergiej Riabkow, po rozmowach w Genewie, stwierdził, że Rosja będzie dalej prowadzić intensywne ćwiczenia wojskowe. Dodał, że nie wyklucza, że może dojść do starć, jeśli Ukraińcy zrobią jakąś prowokację. To bardzo czytelny przekaz. Wciąż straszący wojną. NATO doskonale zdaje sobie sprawę, że po napompowaniu „balona” wojennego do granic możliwości, Rosja nie może sobie pozwolić na szybką deeskalację. Nie po tym, jak warunki NATO postawił sam Putin. Nie po tym, jak Siergiej Riabkow wezwał Sojusz do spakowania manatków z Europy Środkowo-Wschodniej. I nie po tym, jak o warunkach postawionych Zachodowi grzmią od tygodni rosyjskie media. Tak, jakby już zostały spełnione.

Stąd należy się rzeczywiście liczyć z eskalacją na Donbasie. Być może z upozorowaną na odpowiedź na rzekomy ukraiński atak. Z rosyjską operacją zaczepną lub ostrzałem, albo nawet uderzeniem lotniczym i rakietowym. Choć użycie lotnictwa akurat byłoby wprowadzeniem do konfrontacji w Donbasie niepożądanego rodzaju broni. Do tej pory Rosja tego unikała, również z uwagi na potencjalne koszty i straty. Ukraińcy użyli jednak w ubiegłym roku dronów bojowych, więc jest prawdopodobne, że Rosja czeka na okazję, by się zrewanżować. Należy się liczyć również z tym, że Rosja będzie jeszcze jakiś czas eskalować napięcie poprzez przeciąganie ćwiczeń wojskowych i gromadzenie sił w swoich południowo-zachodnich obwodach.

Amerykański Departament Stanu: nie dajcie się zwieść dezinformacji Moskwy

Ukraina na celowniku

Zagrożenie czymś, co utkwiło w masowej wyobraźni ostatnich tygodni, czyli atakiem Rosji na Ukrainę na pełną skalę, może jednak się zmniejszyć. I pozostać tam, gdzie było – w przestrzeni medialnej i propagandowej. Rosja otrzymała od USA i NATO i tak całkiem sporo. Odbyły się pierwsze od lat rozmowy na wysokim poziomie. Kreml musiałby być naiwny, gdyby oczekiwał, że w ciągu tych trzech spotkań zapadną decyzje o wycofaniu NATO z Europy Wschodniej. Stąd też starcia dyplomatyczne były autoryzowane ze strony rosyjskiej tylko przez wiceministrów MSZ. Jeśli Putin podejmie decyzję, że należy kogoś obarczyć odpowiedzialnością za niepowodzenie, to będą tylko dyplomaci z drugiego szeregu, a nie on sam, czy szef MSZ, Siergiej Ławrow.

Znając logikę Kremla, tu nie będzie jednak uznania porażki. Tylko próba zrzucenia odpowiedzialności na Zachód. I to mimo, że Moskwa dostała zapewnienie, że NATO jest otwarte na dialog. Również w kwestii zbrojeń i rozmów o pociskach pośredniego zasięgu. To furtka, która pozwala Kremlowi wyjść z twarzą z rozbuchanej, wojennej histerii. Putin zawsze może ogłosić, że nadal obstaje przy swoim i będzie prowadził rozmowy z Zachodem. W takim tonie utrzymana jest np. dzisiejsza wypowiedź rosyjskiego ambasadora w USA, Anatolija Antonowa. W wypowiedzi dla RIA Nowosti powiedział, że Rosja przedstawiła swoje propozycje wyjścia z kryzysu i teraz czeka na pisemną odpowiedź.

– Powstaje wrażenie, że amerykańscy politycy poprzez media stworzyli mit o nieuchronnej rosyjskiej agresji na Ukrainę (…) – powiedział Antonow.

Jeśli kolejne deklaracje kremlowskich polityków, z samym Putinem na czele będą utrzymane w tym tonie, oznaczać to będzie, że Rosja postanowiła udawać, że nie było żadnego zagrożenia. Kłopot w tym, że ono jest, tylko trochę gdzie indziej. Awantura miała przysłonić rzeczywisty cel rosyjskiej dyplomacji – pozyskania pozycji do odbudowy wpływów na Ukrainie. Rozpoczęcie rozmów z Zachodem służyło temu, by w pewnym momencie wrócić do naciskania na Ukrainę, by przyjęła korzystne dla Rosji rozwiązania ustrojowe. Niepokojące może być to, że kiedy w Europie toczy się dyplomatyczna batalia, w Kijowie szykuje się nowa odsłona wojny wewnętrznej prezydenta Wołodymyra Zełenskiego z liderem opozycji, Petrem Poroszenko. Były prezydent Poroszenko w przyszłym tygodniu wraca do Kijowa i zacznie się nowa awantura. A to może się przysłużyć Putinowi bardziej, niż zgromadzone pod granicami Ukrainy dywizje.

Biden “po cichu” zatwierdził dodatkową pomoc wojskową dla Ukrainy o wartości 200 mln

Michał Kacewicz/belsat.eu

Inne teksty autora w Dziale „Opinie”

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów