„Zakrwawioną legitymację prasową wytarli o moją koszulkę”. Relacja dziennikarza Radia Swaboda

Do wyborów na Białorusi pozostało ponad 3 tygodnie. Anton Trafimowicz wyszedł do pracy – miał relacjonować kolejną akcję protestacyjną w centrum Mińska. Jako posiadacz akredytacji liczył, że tego dnia nic złego mu się nie przydarzy. Kilka godzin później leżał w milicyjnej więźniarce ze złamanym nosem.

Ręce w kajdankach, z nosa cieknie krew

Już wcześniej na jego oczach zatrzymywano kolegów po fachu. Dziennikarz zdawał sobie sprawę, że może go to spotkać i nie uratuje go żadna akredytacja ani kamizelka z napisem „prasa”.

– Jednak tamtego dnia zupełnie się tego nie spodziewałem. Przed budynkiem Centralnej Komisji Wyborczej ustawiła się blisko kilometrowa kolejka. Ludzie chcieli złożyć skargę na niezarejestrowanie opozycyjnych kandydatów na prezydenta.

Tekst pochodzi z e-książki „Jestem dziennikarzem. Dlaczego mnie bijecie?” opublikowanej przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich przy wsparciu Białoruskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy, Narodowego Związku Dziennikarzy Ukrainy i Europejskiej Federacji Dziennikarzy.

Było to 15 sierpnia 2020 r. Anton dostał od redakcji polecenie, by zachować szczególne środki ostrożności – miał nagrywać na komórkę. Poza tym wysyłał SMS-y, mierzył długość kolejki, robił zdjęcia na portale społecznościowe. Kiedy zaczęły się zatrzymania ludzi stojących w kolejce, oficer OMON-u podszedł do niego i spokojnie poprosił, by dziennikarz udał się z nim do milicyjnej więźniarki.

Anton Trafimowicz był pierwszym dziennikarzem, który padł ofiarą milicyjnej przemocy, jeszcze w okresie przed wyborami. Zdj. svaboda.org

Pokazałem mu legitymację prasową i odszedł. Ludzie zaczęli się rozchodzić. Spotkałem koleżankę Wialetę Sauczyc, dziennikarka agencji prasowej BiełaPAN.

– Słuchaj, nigdy w życiu nie byłem zatrzymana. Może dla żartu zrobimy sobie selfie na tle więźniarki?

Trafimowicz wspomina, że dla żartu zrobili pięć czy sześć zdjęć i poszli szukać protestujących, którzy zdążyli się już rozejść. Tymczasem za nimi za nimi powoli jechał ciemny bus bez numerów rejestracyjnych.

– W pewnym momencie odwróciłem się i zobaczyłem, że biegnie na nas cała chmara mężczyzn – sześciu w cywilnym ubraniu, jeden w mundurze OMON-u. Żebym nie krzyczał, jeden z nich od razu włożył mi rękę do ust i pociągnął szczękę w dół. To, co działo się dalej, pamiętam jak przez mgłę. Na początku nie czułem nawet, że zadali mi cios, ale zdałem sobie sprawę, że ręce mam już w kajdankach za plecami, a z nosa cieknie mi krew. Zaciągnęli mnie do busa, krzycząc:”Na kolana!”

Dziennikarz wspomina, że dowodzący akcją, pochylił się w moją stronę i powiedział, że jeśli będzie się „dobrze zachowywać”, nic ci się nie stanie.”

– Nie powiedzieli, dokąd mnie zabierają. Nie można było podnieść głowy. By odczytać nazwisko, jeden z nich sięgnął po zakrwawioną legitymację, która wisiała na mojej szyi i wytarł ją o moją koszulkę.

Tego dnia została również zatrzymana Wialeta Sauczyc. Posadzono ją nawet w tym samym busie, ale Anton jej nie widział, ponieważ klęczał plecami do siedzeń pasażerów.

Fotoreporterowi Biełsatu udało się uwiecznić moment zatrzymania dziennikarzy. Zdj. Belsat.eu

– Ręce miałem bardzo ciasno zakute w kajdanki. Po pół godziny jazdy nogi mi zdrętwiały i zacząłem się ruszać. Wtedy jeden z nich się odezwał: „Siądź na d*pie, przecież nie jesteśmy bestiami!”. Jak się czułem? Być może to dziwne, ale byłem spokojny, nie czułem ani strachu, ani złości. Wiedziałem, że nie warto się kłócić, to by nic nie dało. Nie wiedziałem, czego się spodziewać, bo nie przypominałem sobie, żeby kiedykolwiek wcześniej milicja była tak agresywna w stosunku do dziennikarzy.

Z samochodu milicjanci przeprowadzili dziennikarzy na komisariat milicji dzielnicy Zawadski Rajon. Nie mogli nawet podnieść głowy, kazano im stać twarzą do ściany w auli budynku. Funkcjonariusze OMON-u odeszli, na ich miejsce pojawili się milicjanci, którzy zachowywali się jak gdyby nigdy nic: pozwolili usiąść na krzesłach, byli uprzejmi.

“Cała podłoga była we krwi”. Na Białorusi zatrzymano wczoraj 30 wyborców

– Miało się wrażenie, że po pobycie w niewoli trafiliśmy do normalnych ludzi. To, co zrobili tamci, to było najprawdziwsze porwanie… Zażądaliśmy, by zadzwonili do rzecznik prasowej mińskiej milicji, Natalii Hanusiewicz. Po rozmowie z nią nie spisywali już naszych rzeczy osobistych, przestali wypełniać papiery. Godzinę później przyszedł szef wydziału ochrony porządku publicznego, zaczął żartować, przejrzał nasze dokumenty, a następnie ogłosił, że jesteśmy wolni.

Dziennikarzom nie postawiono zarzutów, nie dostaliśmy też żadnych dokumentów dotyczących zatrzymania.

Zastraszyć dziennikarzy

Anton z komisariatu pojechał do szpitala, gdzie, po wykonaniu zdjęć rentgenowskich, stwierdzono złamanie nosa i założono cztery szwy. Poza tym odnotowano otarcia na głowie i krwotok w oku. Rano złożył wniosek do Komitetu Śledczego o wszczęcie postępowania karnego z powodu utrudniania działalności zawodowej dziennikarza (art. 198 kodeksu karnego – przyp. red.). Potem udał się do lekarza medycyny sądowej na obdukcję. Tuż przy wejściu do budynku podeszło do niego dwóch mężczyzn. Szybko pokazali legitymacje milicyjne, wzięli jego telefon i zabrali na komisariat.

– Siedziałem tam dwie godziny, po czym dowiedziałem się, że postawiono mi zarzut „nieposłuszeństwa wobec milicji”. Rzekomo nie stosowałem się do poleceń, więc użyli siły fizycznej. Ale przecież nawet nie zdążyłem krzyknąć! Szef milicji pożegnał się ze mną słowami: ”Pańska przyszłość, zależy od tego, co pan zrobi”. Nie zrozumiałem, o co mu chodzi – wspomina Anton.

Pobity przez milicję dziennikarz usłyszał zarzuty

Na kilka dni przed upływem ważności aktu oskarżenia sprawa trafiła do sądu, ale została odesłana do rewizji, a następnie zamknięta, ponieważ termin minął. Tymczasem Komitet Śledczy poinformował Antona, że dochodzenie prowadzone na jego wniosek zostało wstrzymane. Dziennikarz jest pewien, że sprawa przeciwko milicjantom, którzy go pobili, nie zostanie wszczęta na nowo.

W ciągu 3 miesięcy protestów prawie 1500 ofiar działań funkcjonariuszy organów ścigania złożyło skargi do Komitetu Śledczego. Na chwilę obecną nie postawiono przed sądem żadnych funkcjonariuszy.

– Ci kolesie wyglądali jak banda osiedlowych dresów. Albo im coś odbiło, albo chcieli sobie nawzajem pokazać, na co ich stać, sprawdzić, kto jest silniejszy. Wszyscy mieli na sobie maski, ale jeden z nich szczególnie zapadł mi w pamięć, miał na twarzy zieloną dzierganą kominiarkę. To on wytarł krew z legitymacji. Wciąż mam tę kominiarkę przed oczami… Wyglądało to tak, jakby ich działania miały na celu zastraszenie moich kolegów: patrzcie, co może się z wami stać.

Sprawa Antona Trafimowicza była pierwszym od 5 lat atakiem na dziennikarza ze strony funkcjonariuszy organów ścigania. Na początku 2016 roku bezpośrednio w budynku sądu milicjanci w cywilnych strojach pobili korespondenta portalu TUT.by Pawła Dabrawolskiego.

– Wtedy uważano ten incydent za błąd systemu, był to skandal. Niestety okazało się, że to był dopiero początek. Fala przemocy narastała – mówi Anton.

„Towarzyszyły nam owacje, czuliśmy się jak gwiazdy”

3 tygodnie po pobiciu Anton relacjonował wybory. Wieczorem 9 sierpnia pracował w jednym z lokali wyborczych. Wspomina, że karty do głosowania do głosowanie nie mieściły się urnach, a ci, którzy chcieli oddać głos, ustawiali się w ogromnej kolejce ciągnącej się wzdłuż ulicy. Z tego miejsca kilka razy na żywo komentował wydarzenia dla Radia Swaboda, a potem udał do redakcji. Dziennikarze byli przekonani, że śledzi ich nieoznakowany busik.

Z redakcji ekipa udała się do centrum miasta, pod obelisk „Mińsk Miasto-Bohater” (tam mieli zebrać się protestujący – przyp. red.). Władze całkowicie zablokowały dostęp do mobilnego internetu, częściowo również ograniczyły działanie sieci komórkowej. Jednak dziennikarzom Radia Swaboda udało się połączyć z siecią Wi-Fi z jednego z mieszkań, z którego rozciągał się widok na obelisk. Pokazywali stąd rozproszenie protestujących na żywo, trwało to około godzinę.

9 sierpnia 2020 r. w powyborczą noc w stronę protestujących padły pierwsze strzały. Zdj. AW / Vot Tak TV / Biełsat

– Baliśmy się wychodzić z tego mieszkania, wiedziałem, że tam właściwie toczy się wojna. Białorusini dowiedzieli się o granatach hukowych w nocy z 9 na 10. Myślałem, że gumowe kule to coś takiego jak airsoft (terenowa gra zespołowa, w której strzela się plastikowymi kulami – przyp. red.), bo nigdy nie mieliśmy z nimi do czynienia. Wcześniej relacjonowałem tylko jedną rewolucję – w Armenii, ale to było jak trwająca miesiąc impreza z grillem. Tu po raz pierwszy w życiu poczułem strach.

Nocą dziennikarz i operator musieli dotrzeć do samochodu, szli przez ulice spowite dymem z wybuchających granatów.

– Wszystko wokół grzmi, znikąd pojawiają się ranni, pokazują zdjęcia na telefonie… Co może nas teraz uratować? Plastikowy kask snowboardowy, materiałowa kamizelka? Idziemy zlani potem, myśląc, jak ratować życie. Ludzie, widząc kamizelkę z napisem „prasa”, zatrzymują nas i zaczynają bić brawa. Kiedy szliśmy przez podwórka, towarzyszyły nam owacje. Czuliśmy się jak gwiazdy. Około godziny 3 nad ranem w końcu wróciłem do domu. Położyłem się ze świadomością, że relacjonowałem punkt zwrotny w historii Białorusi, że nic już nie będzie takie jak dawniej.

Następnego dnia, wieczorem 10 sierpnia najważniejsze wydarzenia w stolicy miały miejsce na placu przy centrum handlowym Ryga.

– W czystym, bezpiecznym dotąd Mińsku zobaczyliśmy dwu–, trzymetrowe barykady zrobione z koszy na śmieci i krat. Ktoś w tłumie krzyczał: „Wszyscy na barykady!”

Barykady przed uniwersamem „Ryga”. Mińsk, 10 sierpnia 2020 r. Zdj. IA /Biełsat

Dziennikarz wspomina, że atmosfera robiła się coraz bardziej gorąca. Na jego oczach autobusy miejskie zablokowały drogę tak, by funkcjonariusze nie mogli przedostać się do protestujących. On sam operatorem nadawali z dachu pizzerii.

– Gdy 20 metrów dalej zaczęli strzelać, zacząłem krzyczeć: „Spadamy!”. Operator nie reagował, ciągle nagrywał. Nie wytrzymałem, krzyknąłem: „Jeszcze minuta i dostaniesz tym mikrofonem po twarzy!” Nigdy wcześniej nic takiego mi się nie przydarzyło, nigdy nie zachowałem się w ten sposób… – opowiada.

Tego dnia od postrzałów gumowymi kulami w Mińsku zginął pierwszy demonstrant Alaksandr Tarajkouski.

Białoruscy partyzanci medialni

2 października 2020 roku Ministerstwo Spraw Zagranicznych Białorusi opublikowało nowe zasady akredytacji dla dziennikarzy zagranicznych mediów. Wszystkie wydane wcześniej automatycznie straciły tego dnia ważność. O zmianach MSZ nie uprzedziło dziennikarzy publicznie.

Anton Trafimowicz otrzymał akredytację w maju 2016 roku i nigdy nie było żadnych problemów z ponownym otrzymaniem dokumentów. Co więcej, jego akredytacja została przedłużona pod koniec maja – kiedy protesty nabierały już rozpędu.

Akredytowani korespondenci byli wcześniej na Białorusi generalnie nietykalni – nawet na protestach, gdzie zatrzymywano uczestników.

– Generalnie uważało się, że MSZ to najbardziej liberalny resort i takim było – aż do tego lata. Nagle 10 dziennikarzy Radia Swaboda pozbawiono akredytacji. Wszystko to działo się dlatego, że władze od miesięcy oskarżały nas o koordynowanie protestów. Mówiły, że ludzi podburzyły nasze relacje i dlatego wyszli na ulice. Minister spraw wewnętrznych (Juryj Karajeu – przyp. red.) nakazał „załatwić Radio Swaboda”. I właśnie w ten sposób to zrobili – wyjaśnia Anton.

Radio Swaboda zostało zmuszone do rezygnacji z relacjonowania na żywo, pracy na antenie, a nawet z komentarzy. Korespondenci pozostają w Mińsku, ale zbierając informacje w terenie, są bardzo ostrożni. Ostatnio Anton przeprowadzał wywiad nocą, w ciemnym podwórku, mimo to został sfotografowany przez tajniaka. Teraz znowu jest wzywany na milicję – postawiono mu zarzuty na podstawie art. 22.9 kodeksu wykroczeń (nielegalna dystrybucja produkcji medialnych – przyp. red.). Nie grozi za to aresztowanie, jedynie grzywna, ale dziennikarz nie zamierza iść na komisariat. Obecnie wezwanie na posterunek milicji może zakończyć się na Białorusi 15 dniami aresztu.

Władze stworzyły takie warunki, że wszyscy dziennikarze stali się medialnymi partyzantami. Zdobycie informacji wymaga niesamowitego wysiłku. Głównym kanałem ich dostarczania do odbiorców jest Telegram. To właśnie tam przeniosło się dziennikarstwo, reporterami są teraz wszyscy. Dziś wydarzenia na Białorusi, to nie tylko wyjątkowa historia rewolucji, lecz również bezprecedensowy przypadek na rynku mediów.

Kaciaryna Andrejewa dla SDP

Wiadomości