Obserwatorzy, feści i czaj. Były więzień polityczny o tym, jak przetrwać w kolonii karnej

„Za kratami nie chodzi o to, żeby przetrwać. Chodzi o to, żeby żyć” – to słowa byłego więźnia politycznego Michaiła Żamczużnego. Wykładowca z tytułem doktora spędził w więzieniu sześć i pół roku. W tym czasie zdobył trzy nowe zawody, napisał dwie książki i „poczuł się jak mężczyzna”, kiedy sprawił, że paru pułkowników przeszło na emeryturę, a jeszcze kilku zostało odwołanych ze służby.

O tym, jak przetrwać w więzieniu, Michaił Żamczużny opowiedział nam przy kawie i szarlotce.

Białoruski więzień polityczny wyszedł na wolność po 6,5 roku łagru

– Oczywiście, że tam trzeba żyć! Bywa, że więzienny stół jest zastawiony lepiej niż ten przed nami. Po tej stronie murów nie ma takich specjalistów cukiernictwa. Ciasta robi się, gdy więźniowie opuszczają izolatkę lub z bloku z celami są przenoszeni są do zwykłej kolonii. Mówi się na to „spotkanie”. Każdy, a jest to ze sto osób, oddaje wszystko, co ma. Zdejmuje się drzwi z zawiasów, kładzie się na nich ciastka, potem dodaje się do tego wszystkiego mleko z tubki, kruszy się ciastka, czekoladę, potem znowu mleko, a potem znowu ciastka – i proszę bardzo, więzienny tort gotowy. Jest tak duży jak stół, wystarczy dla wszystkich.

A do ciasta podaje się „herbatę”. A dokładniej – tzw. czaj.

Paczka herbaty na trzylitrowy słoik. Wychodzi gęsty i lepki. Nie da się tego pić. Prościej wypić spirytus niż taki napój. Boże uchowaj!

Odwiedzali mnie więźniowie wysokiej rangi. Oczywiście, oni nie mogą obejść się bez czaju. Zaparzyli tak, jak trzeba. Ja raczej go nie piłem, nie lubiłem tego. Ale tradycja to tradycja – to oznaka jedności, rytuał. Kiedy piłem, wszystkie wnętrzności mi się skręcały…

– Jedzenia wystarcza? Czego brakuje?

Więźniowie dostawali trzy posiłki dziennie. Codziennie na stołówce są ziemniaki na obiad lub kolację. Każdego dnia na pewno znajdzie się coś mięsnego. Zgodnie z prawem powinno to być codziennie 100 gramów mięsa lub 90 gramów ryb. W więzieniu w Horkach były kotlety i tak dobre zupy, że nawet na wolności takich nie jadłem. Przede wszystkim były tak gęste, że można było postawić łyżkę na sztorc. Pierwsza klasa! Kucharzami zostawali zazwyczaj Czeczeni, a oni umieli gotować.

Ulubiony posiłek? W poniedziałki, kiedy obchód robił naczelnik kolonii, na obiad podawano ziemniaki z konserwą. Naturalna konserwa, który pewnie leżała w magazynach jeszcze z czasów wojny.

Gdyby na wolności karmili, tak jak w więzieniu, zajmowałbym się tylko nauką i nigdy nie zaznałbym smutku! (śmiech)

Ale brakowało mi witamin. Nie ma ich ani w mięsie, ani w czaju. Nie dają też żadnych warzyw. Trzeba było sobie jakoś radzić. Kiedy byłem w „trójce” – tam rosły sosny – to robiłem napar z igieł. Nie dało się pić, ale trzeba było. A ci, jak ja ich nazywam, „OMON-owcy w białych kitlach”, nie dawali żadnych witamin.

Michaił Żamczużny. Zdj. belsat.eu

– Co najlepiej dostać w paczce?

Przede wszystkim papierosy. To jest waluta.

Jeśli masz papierosy, możesz dostać wszystko. I radziłbym przelać pieniądze na konto osobiste. W więziennym sklepie można kupić wszystko: jabłka, mandarynki, cebulę, kapustę, czekoladę.

Skazany może wydać tylko tyle, na ile mu pozwolono. 120 rubli plus stołówka to aż za dużo. Dają ci świstek, idziesz do sklepu, oczywiście bez pieniędzy w ręku. Jest tam lista towarów, które można kupić. Limity obowiązują tylko na cukier. W Horkach nie można było wziąć więcej niż pół kilograma na miesiąc.

– Które zakłady karne są najgorsze?

Byłem w pięciu koloniach: nr 3 (pod Witebskiem), nr 10 (Nowopołock), nr 14 (Nowosady), nr 11 (Wołkowysk) i nr 9 (Horki). Która jest najgorsza? Oczywiście, Horki. Ale tam trafiają tylko wtórniaki, zatwardziali recydywiści, tacy jak ja. (śmiech.) Ale jeśli ktoś siedzi po raz pierwszy, to tam nie trafi. Są specjalne kolonie dla pierwszaków. Na przykład „trójka”, a wcześniej była „dziesiątka”. Nie mogę się wypowiedzieć na temat innych, bo tam nie siedziałem.

Takie jest prawo – jeśli idziesz do więzienia po raz pierwszy, nie powinieneś mieć styczności z tymi, którzy siedzą po raz drugi lub trzeci. To dobrze. Ponieważ recydywiści to ludzie, którzy przeszli już wszystko, a jeśli trafi tam osoba nieświadoma, to tak jakby chudy okularnik wdał się w bójkę z podwórkowymi osiłkami. Oni mogą zrobić z tobą, co zechcą.

Michaił Żamczużny. Zdj. belsat.eu

Nie ma specjalnych kolonii dla więźniów politycznych. Chociaż ja na przykład zgłosiłem taki pomysł do administracji kolonii i napisałem do Wydziału Wykonywania Orzeczeń Karnych.

Poprosiłem, aby wydzielili specjalne miejsca dla tych, którzy nie popierają więziennych „bandyckich” tradycji, żeby tacy ludzie trafiali na oddzielne bloki, na inne odziały. W odpowiedzi usłyszałem, że tworzenie takich sekcji nie jest przewidziane w naszym kodeksie postępowania karnego.

Ujmę to w ten sposób: teraz politycznych będzie coraz więcej. Muszą ze sobą współpracować, by udało się w zorganizowany sposób przeciwdziałać prowokacjom zarówno ze strony kryminalistów, jak i administracji.

– Jak wyglądają pierwsze dni „na zonie”?

– Pierwsze „przyjęcie” odbywa się z dbałością o szczegóły. „Obserwatorzy”, czyli najwyżsi rangą więźniowie, w bardzo kulturalny sposób pomagają dopełnić wszystkich formalności. I to oni decydują o losie skazańców. Interesuje ich to, kim jesteś: pracownik wysypiska śmieci, robotnik ciepłowni, czy wykładowca na uniwersytecie. Zwracają uwagę na to, jak jesteś przygotowany fizycznie, czy masz jakieś defekty.

Ale pierwsze pytanie brzmi: czego potrzebujesz. Wydają papierosy i od razu nalewają czaju, mówi się, że to „wlewanie” do rodziny. I jest w tym pewna subtelność.

Kiedy wypijesz ten czaj, zapalisz papierosy, to przyjmujesz na siebie obowiązek, by dokładać się do „wspólnej kasy” do końca odbywania kary.

Michaił Żamczużny. Zdj. belsat.eu

Jeśli coś masz: papierosy, cukierki – kładziesz to na tym właśnie stole. Każdy, kto trafi do kolonii będąc w trudnej sytuacji, nie zostanie sam ze swoimi problemami. Istnieje tam pewien rodzaj solidarności. Niby wokół są złodzieje i bandyci, ale to też są ludzie.

– Jak się zachowywać i kim są „dołki”?

Podczas przyjęcia trzeba zachowywać się odpowiednio. Nie można dać się ponieść. Bez nadmiernej dumy i bez przechwałek. Nawet jeśli jesteś czterokrotnym mistrzem boksu, zabiją cię, jeśli będziesz się tym chlubił. Nawet jeśli masz mózg geniusza, to zrobią z ciebie durnia i to tak szybko, że zanim zdążysz zorientować się, co się dzieje, to już nim będziesz.

Twoje cechy charakteru są widoczne, trudno je ukryć. Siedzieć będzie dokładnie ta osoba, którą jesteś i odpowiednio do tego będziesz traktowany. „Obserwatorzy” to świetni psycholodzy.

Ale jeśli ktoś ma jakieś perwersje seksualne, jeśli skrzywdził dziewczynę lub zgwałcił nieletnią, jeśli popełnił przestępstwo w stosunku do starszej osoby i to za to go posadzili, to taka osoba nie jest akceptowana do wspólnej rodziny.

Mieszkają osobno i są uważani za „łobuzów” – skazańców o niskim statusie. Nie mają prawa do jedzenia i obcowania razem z resztą. Tam, gdzie istnieje podział na sekcje, skazani o niskim statusie mają swoją własną. Odwalają brudną robotę: sprzątają łazienki i toalety, kopią rowy.

Michaił Żamczużny. Zdj. belsat.eu

– Kogo „dołują” i jak z tym żyć?

Istnieje takie pojęcie jak „dołować”. Jeśli dana osoba popełniła przestępstwo na terenie kolonii, np. ukradła coś, została przyłapana na niedozwolonych stosunkach seksualnych lub sama przyznała się, że stosowała jakieś brudne metody – taka informacja jest odbierana negatywnie, a skazany jest natychmiast izolowany.

Innymi słowy nikt z takim skazańcem nie usiądzie przy stole, nikt nie wypije z nim herbaty, no i oczywiście dołączy do tzw. „dołków” – skazańców o niskim statusie.

Nie stosuje się jednak wobec nich żadnej przemocy. Jeżeli człowiek sam przyznaje się do popełnienia przestępstwa, jeżeli zgadza się z tym, że został uznany za osobę o niskim statusie, to przyjmuje to stanowisko dobrowolnie i nie ma do niego żadnych pretensji. Nie ma gwałtów ani zmuszania do uprawiania brudnego seksu. Jeśli nie chcesz wykonywać brudnej roboty, jeśli jesteś gotów zapłacić trzy lub pięć paczek papierosów, to pracę wykona ktoś, kto nie ma za co „odkupić win”.

Nie da się zlikwidować swojego statusu, jeśli został on ogłoszony i zaakceptowany. Jeśli rzeczywiście wpisujesz się w tę klasę, to nie ma już odwrotu. Ale jeśli jesteś przyzwoitym człowiekiem i udowodniłeś, że jesteś czysty, ale zostałeś wrobiony, sprowokowano cię i mimowolnie go zaakceptowałeś, to status ten nie działa na wolności. I żaden ze skazańców nie powie ci tego – to niepisane prawo.

– Jak nie dać się złamać, będąc „politycznym”?

– Sam miałem z tym do czynienia. Naczelnik kolonii nr 9, pułkownik Łapatka, powiedział, że otrzymał telefon od śledczych KGB i poinformowano go, że jestem szczególnie niebezpieczny dla Białorusi i jej władzy. Kazali mu zorganizować dla mnie najcięższe warunki. Powiedział o tym na pierwszym spotkaniu i wyglądało to jak rozkaz dla podwładnych, w obecności których padły te słowa. Musieli wywierać na mnie presję, żeby mnie złamać.

Jak naciskali? Spróbowali nadać mi „niski status”. To znaczy, sprowokować sytuację, która miała mnie tam sprowadzić. Jest wiele sposobów. Mogą nalać herbaty, którą piją skazańcy o niskim statusie. Kiedy bierzesz papierosa od skazańca o niskim statusie – od razu stajesz się skazańcem o niskim statusie. Nie ma innej opcji. Nie ma miejsca na sentymenty.

Ale w moim przypadku było tak. Kiedy przyjechałem z kolonii w Wołkowysku, w Horkach powiedzieli, że z poprzedniej kolonii przyszedł gryps, z którego wynikało, że wziąłem czekoladę za pomoc prawną dla skazanych w tej kolonii. To było kłamstwo. Dobrze wiedziałem, że zabranie czegoś potrzebującemu w kolonii karnej jest przestępstwem. Jest to uważane za czyn niski. Notatka została przekazana „obserwatorowi” kolonii, Saszy Lisowi. Wezwał mnie do swojego „gabinetu”, że tak powiem, przeczytał i oświadczył, że mam niski status.

„Nie wszedł na drogę poprawy”. Więzień polityczny Żamczużny zostanie w kolonii karnej

Ja z kolei powiedziałem, że po pierwsze nigdy w życiu nic nie brałem, a po drugie, że taka informacja nie może pochodzić stamtąd, bo kłamać skazańcom nie wolno. Powiedziałem mu, że nie zgadzam się na niski status i że zwrócę się z tym problemem do osób wysokiej rangi, nawet do „obserwatora” Białorusi. Tak też zrobiłem.

Z pomocą przyjaciół zwróciłem się z prośbą do poprzedniej kolonii. Przyszedł raport, który nie potwierdzał tego, co mi zarzucano, bo tak nie było i być nie mogło. Przyszły dwa pisma, aby anulować ten status. Ale rezygnacja byłaby dla „obserwatora” utratą wiarygodności, więc Lis nie zgodził się na oficjalne ogłoszenie tego faktu, notatki zniszczył. Został za to później przeniesiony do kolonii karnej w Wołkowysku, gdzie za kłamstwo został pobity przez „błatnych” („grypsujących” – belsat.eu) i uznany przez za „nieczystego”. Bardzo ucierpiał za tę współpracę z administracją.

Po moim zwolnieniu odwiedzili mnie lokalni przedstawiciele świata przestępczego, uścisnęli mi dłoń i ukarali Lisa za współpracę.

Zyskałem w ich oczach dzięki temu, że sam nie uznałem tamtej decyzji i nie zgodziłem się na dołączenie skazańców do niskiego statusu, broniłem swojej godności.

A ja pokonałem tych tzw. „festów” (więźniowie, którzy współpracują z administracją – belsat.eu). Udało mi się wygrać także walkę z administracją, która nie była w stanie zdyskredytować więźnia politycznego, nie była w stanie zastraszyć i stworzyć warunków do upokorzenia całego naszego ruchu. Było to trudne, ale nigdy nie straciłem godności więźnia politycznego i jestem z tego dumny nawet bardziej niż z tytułu doktora.

A Łapatka, swoją drogą, przeszedł na emeryturę. Pułkownicy nie odchodzą na emeryturę tak po prostu. Myślę, że to było moje zwycięstwo.

Міхаіл Жамчужны. Фота: Белсат

– Czego spodziewać się po administracji?

– Jeśli na kolonię „wjeżdża” osoba skazana np. za przemoc wobec milicji, czyli art. 364 Kodeksu Karnego Białorusi, z pewnością będzie postrzegana w kolonii jako bohater. Wojna z glinami jest procesem ciągłym, czy to u kryminalistów, czy u więźniów politycznych. Tacy więźniowie będą obdarzani szacunkiem. Siedzisz za organizowanie masowych zamieszek? Bez względu na to, co dzieje się naprawdę, skazańcy będą uważać również tych ludzi za bohaterów.

Kiedyś gułag, dziś kolonia karna. Białoruscy „polityczni” trafiają do obozów pracy

Ale są więźniowie, którzy współpracują z administracją. Niewykluczone więc, że przestępcy, którzy współpracują z administracją za jakieś datki w postaci cukierków i papierosów, będą prowokować i próbować w jakiś sposób upokorzyć i nastawić przeciwko sobie innych. I pewnie będą prowokacje, mające na celu nadanie takim skazańcom niskiego statusu. Trzeba być bardzo ostrożnym… Ale, powtórzę jeszcze raz, wszystkie te nadużycia mogą mieć miejsce tylko z inicjatywy administracji kolonii.

– Zdarzają się gwałty?

– Brudny seks zdarza się wszędzie, nie tylko w „haremie” (cele zamieszkane przez więźniów najniższej rangi – belsat.eu). W miejscach, gdzie jest duże skupisko mężczyzn, to się zdarza. Potrzeby fizjologiczne, że tak powiem. I homoseksualiści również tam trafiają.

Nie miałem z tym styczności, ale bywa, że proponują takie rzeczy za paczkę papierosów, za herbatę i niektórzy się zgadzają. A służą do tego specjalnie wyposażone obiekty. Ale dzieje się to tylko za zgodą. Nikt nie jest do tego zmuszany. Nikt nigdy nie zrobiłby tego używając przemocy, bo to jest przestępstwo i jeśli wyszłoby na jaw, to taką osobę czeka kolejny wyrok.

– Jak wygląda opieka zdrowotna?

– OMON-owcy w białych fartuchach… Nie nazwałem ich w ten sposób bez powodu. Mnie, osobę starszą, pozbawiono leków, które były mi niezbędne. Aspiryna na rozrzedzenie krwi, witaminy, wapń. A potem lekarz zdiagnozował u mnie wysokie ciśnienie krwi. Ale przed odsiadką przeszedłem badania lekarskie i wiedziałem, że jestem zdrowy jak ryba, mógłbym lecieć w kosmos.

Przywykłem wcześniej do tego, że lekarzom należy ufać, bo wypełniają ważną dla ludzi funkcję. Dostałem tabletki na wysokie ciśnienie krwi. Brałem je przez dwa, trzy dni i zacząłem mieć halucynacje: diabły na ścianach i czerwone pająki na podłodze. Nie mogłem wstać, wciąż robiło mi się ciemno przed oczami, nie mogłem chodzić, bo po paru krokach traciłem przytomność.

Zrozumiałem wtedy, że wolałbym doznać udaru niż cierpieć coś takiego. Mój mózg jest moim organem roboczym, moim instrumentem i staram się o niego dbać, więc kategorycznie odmówiłem przyjmowania tych tabletek. Wyrzuciłem je w porozumieniu z moim prawnikiem. Poinformowałem go, że dzieją się ty takie rzeczy, aby w jakiś sposób chronić pozostałych.

Michaił Żamczużny. Zdj. belsat.eu

W medycynie istnieje coś takiego jak „leczenie objawowe”. Jeśli to nie jest ząb, nie głowa, nie żołądek, dają ci środki przeciwbólowe. I nie ponoszą odpowiedzialności za konsekwencje. To nie jest leczenie. Dostawy leków do więzienia są naprawdę spore, napływa dużo pomocy humanitarnej. Jednak leki omijają więźniów.

Przecież o wiele łatwiej jest spisać na straty więźnia niż psa służbowego. Życie skazańca dla administracji nie ma żadnej wartości. Tak na marginesie, lekarze zarabiają tyle samo co milicja i nie ponoszą żadnej odpowiedzialności, więc mogą robić, co chcą. Z opowieści słyszałem na przykład, że cierpiącym na cukrzycę, że robiono zastrzyki jedną i tą samą igłą, aż się stępiła. Jak po czymś takim zwrócić się do tych lekarzy o pomoc? Pisałem i skarżyłem się na takie rzeczy.

Obrońcy praw człowieka: życie więźnia politycznego Żamczużnego jest zagrożone

Sam byłem świadkiem, jak mój sąsiad wbił sobie metalowy pręt w serce. Umył się, przebrał, napisał testament, a kiedy wróciliśmy ze stołówki, już nie żył. Wziął kawałek elektrody, naostrzył go na cegle i wbił sobie prosto w serce. Zrobił to sam.

Ciężko sobie uzmysłowić, że człowiek jest zdolny do takich rzeczy, kiedy jest chory i nie widzi żadnego wyjścia z sytuacji, ponieważ jest zastraszany przez administrację.

Ale to nie to jest najgorsze. Najgorsze, że ten zakład zajął pierwsze miejsce w konkursie między placówkami. A to, że zginął więzień, to dla nich drobiazg, przyszli prokuratorzy, zabrali ten testament – i jak gdyby nigdy nic. Żadnego przesłuchania świadków, żadnej sprawy karnej – nic…

– Jest sens pisać skargi?

– Napisałem dużo skarg na administrację w Horkach, w ciągu jednego miesiąca było to z 50 pism. Czy to działa? Oczywiście, że tak. Czy trzeba je pisać? Tę decyzję każdy powinien podjąć sam. Podam przykład. Napisałem skargę na to, że pomocnik strażnika pełniący służbę w kolonii nr 14 codziennie wynosił całą torbę konserw. Pismo trafiło do wydziału bezpieczeństwa wewnętrznego MSW. Przy wyjściu zamontowano kamerę, zarejestrowano, jak wychodzi z torbą. Więcej takich przypadków nie było.

Od tamtej pory karmiono nas nie kaszą z konserwą, ale konserwą z kaszą! Sportowcom bardzo się to podobało. A ja po raz pierwszy w życiu zobaczyłam, ile konserwy można pomieścić na jednym talerzu. Porcje mięsa stały się normalne, a mnie noszono na rękach, to było zwycięstwo.

Ale po tym, oczywiście, stałem się wrogiem administracji…

Michaił Żamczużny. Zdj. belsat.eu

– Co w praktyce oznacza praca w kolonii karnej?

Ja sam pracowałam na „promce” (strefa przemysłowa w kolonii karnej – belsat.eu) jako szwaczka. (śmiech) Potem też jako stolarz, skończyłem szkołę zawodową i zdobyłem czwartą kategorię mechanika samochodowego. Tak, w kolonii można zdobyć zawód. W kolonii nr 10, do której trafiłem na początku, robiono namioty dla naszych MAZ-ów, dla ciężarówek, a jeden taki namiot kosztował 10 tysięcy dolarów. Powstawał w ciągu jednego dnia.

Więźniowie, którzy pracowali przy wyrobnictwie tych namiotów, dostawali około 100 dolarów miesięcznie. To dla więźnia dużo pieniędzy. A skazańcy, którzy kończyli odsiadkę w kolonii nr 14 i pracowali w Mińskiej Fabryce Traktorów, wyjeżdżali z kolonii własnymi samochodami. Naprawdę! Ale to było przed 2006 rokiem.

Ale muszę zaznaczyć, że ja odmówiłem pracy dla państwa. Kategorycznie. To był dla mnie protest. Poszedłem do szwalni i szyłem tylko dla siebie. Dali mi maszynę, nici, materiały. Szyłem całkowicie dla siebie. Uszyłem ciepłą kurtkę, itd… Wielu ludzi zrobiło to samo. I wychodzili mając na sobie trzy czy cztery zimowe kurtki.

A ci, którzy pracowali w szwalniach dla państwa, otrzymywali nędzne pensje. Szyli mundury milicyjne, głównie dla Rosjan, na eksport. Kolonia przynosiła dobre zyski, a skazańcy, którzy dokonywali cudów w kwestii wydajności, dostawali grosze, mniej więcej równowartość paczki papierosów miesięcznie.

Pieniądze trafiają na konto osobiste skazanego. Kiedy wychodzisz na wolność, dostajesz to, co zarobiłeś w gotówce. Bywało, że ktoś wychodził z walizką z pieniędzmi, kupował samochód i jechał do domu (śmiech). Nie, ja wyszedłem bez walizki. Jestem emerytem, nie pracowałam w Horkach. Swoją drogą emerytura trafia na konto tylko w 20 procentach, reszta idzie na kolonię.

Można nie pracować, nikt nikogo nie zmusza. Ale wszystkim więźniom wyznacza się pewne normy i trzeba je wyrobić. Jeśli nie chcesz pracować – płacisz paczką papierosów na miesiąc, a ktoś, kto lubi palić, pracuje za ciebie. Ale norma musi być wyrobiona.

– Czy za kratami obowiązują prawa pracownicze?

Możesz próbować walczyć o swoje prawa jako pracownik, ale czy je wywalczysz, to już inna sprawa. Natychmiast stajesz się wrogiem administracji, ponieważ oni istnieją i bogacą się wykorzystując niewolniczą pracę więźniów. Np. na wezwanie Cichanouskiej w kolonii nr 3 zorganizowano nawet komitet strajkowy. Administracja została o tym oficjalnie poinformowana. Ale, o ile wiem, cały komitet wysłali prosto do izolatki. Strajk włoski? Jeśli nie wyrabiasz dziennej normy, to też trafisz do karceru.

Był przypadek w kolonii nr 10, gdy na rozkaz „obserwatora”, który był w karcerze, cała kolonia odmówiła jedzenia w ciągu jednego dnia. W ciągu godziny wszystkie żądania zostały spełnione. Strajk głodowy przerwano. Ale potem ten „obserwator”, niestety, umarł w karcerze.

Jest to przykład, gdy przywódcy biorą na siebie taką odpowiedzialność, ryzykują nawet swoje życie i bronią interesów więźniów. Nie byłem przywódcą, ale też wziąłem na siebie taką odpowiedzialność. Cały czas dochodziło do prowokacji samobójczych i represji fizycznych.

Michaił Żamczużny. Zdj. belsat.eu

– Co z solidarnością? Da się w więzieniu nawiązać przyjaźń?

– Boję się wprowadzać w błąd więźniów, którzy są teraz w koloniach, ale powiem od razu: przyjaźnić się z przestępcami, bandytami – to nie jest dobra rzecz dla politycznych, dla inteligencji.

Ale miałem też dobrych przyjaciół wśród kryminalistów. W kolonii nr 14 chronili mnie przed prowokacjami. Kiedy umieszczali mnie w karcerze, znajdowali sposoby, żeby przynieść mi ciasto lub czekoladki, okazać jakieś wsparcie albo przekazać gazety.

Byli nawet więźniowie, którzy zeznawali na moją korzyść jako świadkowie w sądach. Wzięli na siebie odpowiedzialność, mimo że potem spotkały ich represje. A może to nie jest oznaka poważnej męskiej przyjaźni? A solidarność tam, jeśli istnieje, to jest o wiele silniejsza niż na wolności. Dlatego, że poza solidarnością, na wszystkim ciążą jeszcze „złodziejskie” zasady.

Łukaszenka zmienia ciężkie więzienie w obóz dla „politycznych”

– Co robić, by nie zwariować?

Wszystko zależy od człowieka. Nie ma uniwersalnej rady, trzeba dalej robić to, co się robiło w wolności. Lubiłem uprawiać sport, znalazłem sobie towarzystwo. Dla niektórych ważna jest religia.

Relacje między wiernymi są bardzo dobre, nikt nikogo nie obraża, wśród wierzących zawsze będziesz miał wsparcie – mają swoją herbatę, swoją koalicję.

Biegałem boso po trawie, a potem sztanga, siłownia. Ćwiczyłem brzuch, ale nie podnosiłem ciężarów, bo uprawiałem też lekkoatletykę. I joga. Pokazałbym wam teraz pozę pawia, ale nie ma tu warunków. A więźniowie byli zachwyceni, nikt nie potrafił tego zrobić, mimo że fizycznie byli silniejsi ode mnie. Na wolności nie ma się czasu, by zadbać o kondycję: praca, dzieci, rodzina.

By nie zwariować, uprawiaj sport albo czytaj książki. Istnieją również różne kursy języków obcych. Bezproblemowo! Ja, choć mam doktorat, skończyłem tam trzy szkoły zawodowe. Nie czułem, że to mnie w jakiś sposób degraduje.

Ale chcę ostrzec: lepiej jest organizować się wśród swoich, politycznych. Inna sprawa jest taka, że administracja uruchomi wszystkie możliwe mechanizmy, aby uniemożliwić im jednoczenie się i gromadzenie, ponieważ jeśli ludzie są zjednoczeni, są silniejsi.

Kiedyś gułag, dziś kolonia karna. Białoruscy „polityczni” trafiają do obozów pracy

– Jak więzienie zmienia człowieka?

Jak zmieniło mnie więzienie? W pace poczułem się jak człowiek. Poczułem siłę i zrozumiałem, że mogę walczyć z władzami, reżimem, administracją i wygrać! Odniosłem wiele zwycięstw; nie chcę nawet liczyć liczby pułkowników i podpułkowników, których przeze mnie odsunięto od służby.

– Jak zareagował pan na wydarzenia z sierpnia?

– Po pierwsze, bardzo się zdziwiłem, gdy pokazano mi nagrania z tortur w areszcie przy ul. Akreścina.

Przerażające sceny. Nie wyobrażałem sobie, że takie rzeczy mogą się przytrafiać skazanym w więzieniu. Nigdy w życiu nie widziałem czegoś takiego!

Chociaż sam przeszedłem przez „maski-show” (proces zatrzymania i znęcania się nad aresztowanym przez funkcjonariuszy OMON-u – belsat.eu) i, jak mi się wydawało, właściwie przez wszystko. Ale nikt nigdy w życiu nie uderzył mnie pałką. A to, co widziałem w telewizji, było naprawdę okropne.

Tortury i rozpacz bliskich. Co się dzieje w białoruskich aresztach

Więźniowie, oczywiście, wiedzieli o wszystkim, przynajmniej czytali gazetę Nowy Czas. Nawet w izolatce nie można tego robić. Sam to widziałem w karcerze: jeśli przy wyprowadzaniu skazanego on krzyczy, że klawisze robią mu krzywdę, to cała cela zaczyna kopać w drzwi i jest taki huk, że strażnicy stamtąd uciekają. Nawet przyprowadzają „obserwatora” i pokazują mu więźnia przez wizjer: patrz, tam jest, żyje, nikt go nie pobił.

– Czy Białorusini się zmienili w czasie, gdy nie było pana na wolności?

– Kiedy skończyłem odsiadywać mój pierwszy wyrok w 2012 r., zostałem wypuszczony w tym samym ubraniu, w którym odbywałem karę. W ciągu pięciu lat pozbawiono mnie całego majątku. Dostałem pracę, były różne programy, żeby coś zarobić i przeżyć.

Teraz widać, co się stało w ciągu czterech dni. Tu były gołe ściany. Przyszedłem tu bez niczego – w więziennych butach i mundurze z metką.

Proszę spojrzeć na mnie teraz! Dali mi kożuch, komputer, nowy telefon. Codziennie ktoś przychodzi, ja zupełnie nie spodziewałem się tego po ludziach. Jestem bardzo wdzięczny!

To chyba mówi samo za siebie. (śmiech)

„Taka inicjatywa musiała się pojawić”. Uwięzionym Białorusinom pomagają wolontariusze

Pięć zasad Michaiła Żamczużnego, jak pozostać sobą w więzieniu:

  • Nie bać się nikogo i niczego.
  • Patrzeć prosto w oczy, nie spuszczać wzroku.
  • Nie przyjaźnić się z przestępcami.
  • Dbać o swoje zdrowie, ćwiczyć.
  • Troszczyć się o własną psychikę, aby nie zniszczyli cię od środka. Nie tracić poczucia humoru.

Michaił Żamczużny był pracownikiem Witebskiego Uniwersytetu Technologicznego, który pracował nad alternatywnym napędem dla samochodów. Jak twierdzi, jego kłopoty z prawem zaczęły się, gdy odmówił KGB donoszenia na swoich przełożonych.

Został skazany za wzbogacenie się w wyniku nadużycia pełnomocnictw i w latach 2007-2012 odbywał karę więzienia. Gdy wyszedł – rozpoczął działalność w organizacji Platforma zajmującej się monitorowaniem praw więźniów. Potem, gdy organizację rozwiązały władze, stworzył nową – Platform Innovation i zaczął monitorować przestępstwa urzędników i milicjantów. Wtedy padł ofiarą milicyjnej prowokacji. Szef miejscowej izby wytrzeźwień przekazywał mu tajne dokumenty o nadużyciach i przestępstwa ludzi władzy rzekomo w zamian za korzyści majątkowe.

W lipcu 2015 roku został aresztowany. Sąd w Witebsku skazał go na 6 lat pozbawienia wolności w kolonii karnej o zaostrzonym rygorze. 23 października kolegium sądowe ds. kryminalnych Sądu Najwyższego rozpatrzyło skargę kasacyjną i skazało Żamczużnego na jeszcze cięższy wyrok – 6 i pół roku pozbawienia wolności.

Naukowiec-obrońca praw człowieka został uznany za winnego popełnienia przestępstw polegających na: nakłanianiu do umyślnego zdradzania tajemnicy służbowej, nielegalnym kupnie i sprzedaży urządzeń specjalnych przeznaczonych do zdobywania informacji oraz wręczeniu łapówki.

zk, ksz, cez, zdj. WL/ belsat.eu

Wiadomości