„Siedziałem z osobistym pilotem Łukaszenki”: Brytyjczyk opowiedział o 2 latach w białoruskim więzieniu

Foto

Alan Smith – Brytyjczyk o kurdyjskich korzeniach został skazany na Białorusi za rzekome stworzenie kanału przemytu ludzi przez granicę. Mężczyzna kategorycznie odrzucał zarzuty i nawet odmówił przyznania się do winy, choć dzięki temu mógł wyjść na wolność po odbyciu połowy kary.

Nietypowy więzień z miejsca zaangażował się w obronę praw osadzonych, wielokrotnie protestował przeciwko naruszeniom prawa. Informował świat o sytuacji w białoruskich więzieniach przy pomocy listów i karykatur. Akcję wsparcia dla niego i innych cudzoziemskich więźniów koordynowała jego pochodząca z Polski żona Magdalena.

Więzienne obrazki Brytyjczyka skazanego na Białorusi

– Jakie było pierwsze wrażenie, gdy przystąpił Pan próg białoruskiego więzienia?

– [Alan Smith] To był szok, byłem kompletnie zagubiony. Warunki były okropne. Najpierw spędziłem 14 miesięcy w areszcie śledczym, potem po skazaniu trafiłem do kolonii karnej. Warunki w nich były podobne, ale w kolonii mogłem po raz pierwszy od 14 miesięcy zobaczyć niebo. Przez ten czas ani razu nie byłem na spacerze – siedziałem zamknięty w celi 4 x 2 metry z piątką innych więźniów. Pokój bez wentylacji, nieotwierające się okna, a do tego – wszyscy palą, no i otwarta toaleta w środku. Byłem jedynym obcokrajowcem.

„Autorski” rysunek celi, w której Smith spędził 14 miesięcy

– Jak pan się z nimi porozumiewał, nie znając języka?

– To było bardzo trudne. Używałem słownika, gdy chciałem coś powiedzieć. Na szczęście co jakiś czas w celi pojawiali się ludzie mówiący trochę po angielsku. Problemem był kontakt z więzienną administracja – gdzie nikt nie mówił po angielsku.

– Czy w tej celi w areszcie więźniowie się zaprzyjaźniali – czy udało się wam stworzyć jakąś wspólnotę?

– Raczej nie, bo więźniowie są bardzo przestraszeni z powodu panującego tam systemu. Obawiają się donosicieli – w każdej celi umieszczani są informatorzy współpracujący z administracją. Mnie się nie bali, bo ja wszystko mówiłem otwarcie i się nie kryłem. Oczywiście w celi byliśmy nagrywani i podsłuchiwani przy pomocy kamery i mikrofonu.

– Więźniowie wiedzieli, kto jest donosicielem?

– Naturalnie, że nie. Byłem jedynym więźniem, który spędził w tej samej celi 14 miesięcy. Wszyscy pozostali zmieniali się w celi co parę tygodni. Chodziło o to, by ludzie nie mogli nawiązać ścisłych relacji i byli podejrzliwi. Wszystkim nowym mówiłem od razu: „żadnego gadania o sprawach”.

– Gdy trafił pan do kolonii karnej, co się zmieniło?

– Na początku było to dla mnie jak wolność. Mogłem spacerować, otworzyć okno, drzwi – zobaczyć drzewa. Byłem niecodziennym przypadkiem. Po pierwsze byłem jedynym więźniem na całej Białorusi, który nie podpisał zobowiązania do przestrzegania więziennego regulaminu. I teoretycznie powinien trafić do karceru. Jako jedyny więzień w kolonii nie zgodziłem się na obcięcie włosów.

– Trafił pan do kolonii Wićba-3 pod Witebskiem, co to za miejsce?

– Była to specjalna kolonia przeznaczona dla byłych milicjantów, kagiebistów, sędziów i innych ludzi władzy. Administracja bała się, że szpieguję, bo zawsze zadawałem dużo pytań. Myślę, że władze popełniły gruby błąd, kierując mnie tam, ale potem było już za późno. Oni nakazali wszystkim więźniom, żeby ze mną nie rozmawiali. Jednak było to trudne, gdy w kolonii przebywało ich ponad tysiąc. Specjalnie wywierali presję na ludzi mówiących po angielsku, żeby mnie omijali szerokim łukiem. Jednak udało mi się zgromadzić pełno szokujących informacji.

– Jak postrzegał pan tych ludzi, którzy kiedyś byli po drugiej stronie – w aparacie represji?

– Rozmawiałem z byłymi sędziami – było ich tam około 10. Na początku byli przestraszeni, ale potem przyznawali na koniec, że to nie oni wydają wyroki, a tylko je ogłaszają. Decyzję podejmował prokurator, który dzwonił i mówił np. „daj mu dwa lata”. W przypadku sędziów i milicjantów decyzję o wyroku podejmuje KGB – które posiada specjalny areszt śledczy, gdzie trafiają. Były przypadki, że do kolonii trafił facet, który spotkał sędziego, który wydał na niego wyrok. A ten mu powiedział: – „Wiesz, jaki system panuje w tym kraju – ja jestem jedynie od ogłaszania wyroku”.

– Jakie były relacje między zwykłymi więźniami, a tymi sędziami czy milicjantami?

– Niedobre. Nikt z nimi nie rozmawiał i nie ufał im. I inni więźniowie traktowali podejrzliwe tych, którzy z nimi gadali. Mnie nie, bo wszyscy rozumieli, że ja z nimi rozmawiam, by uzyskać informacje. Byłem blisko z jednym byłym sędzią i zapytałem go otwarcie: „I tak dostałeś 14 lat, powiedz prawdę, ilu niewinnych ludzi wsadziłeś?”. On się uśmiechnął i powiedział: „Alan, to nie były moje decyzje”. A wsadził do więzienia z tysiąc niewinnych osób.

– A jak ci ludzie tłumaczyli pański przypadek?

– Byłem podejrzany o wiele rzeczy i moja sprawa trwała bardzo długo. A zgodnie z białoruskim zwyczajem, jeśli siedzisz w areszcie ponad miesiąc, po prostu nie możesz wyjść bez wyroku. Oni muszą ciebie skazać. Sędzia powiedział do mojego adwokata, że jeżeli się przyznam, to mnie wypuści – ja jednak odmówiłem. Co więcej, według białoruskiego prawa, po połowie kary w przypadku dobrego sprawowania możesz wyjść na wolność. Byłem jedynym więźniem na Białorusi, który odmówił przyznania się i odsiedział pełną karę.

– Jak było to komentowane przez administrację i innych więźniów?

– Dyrektor więzienia dostał instrukcję z sądu, żeby mnie zmusić do podpisania przyznania się do winy. Ja zresztą walczyłem z więziennymi władzami każdego dnia.

– Dlaczego pan tak walczył – co było źródłem determinacji?

– Pryncypia – nie byłem winny, dlaczego więc miałem przyznawać się do winy? Białoruskie władze wsadziły tylu niewinnych ludzi, w tym obcokrajowców, torturowały więźniów i nigdy za to nie zapłaciły. Postanowiłem walczyć z łamaniem prawa, bronić praw więźniów. Byłem jednym więźniem w tym więzieniu, który to robił i robiłem tak, żeby wiedział o tym świat. Krzyczałem, groziłem głodówką.

Brytyjczyk rozpoczął głodówkę w białoruskim więzieniu

– Jaki był wynik takiego zachowania?

– Dyrekcja bała się nagłaśniania sprawy. To ja np. opisałem, jak w więzieniu doszło do masowego zatrucia. Głodówkę rozpocząłem po tym, gdy władze chciały ukarać niesprawiedliwe innych więźniów. I wiem, że takie protesty nagłaśnianie sprawy ich uspokajały.

Alan Smith z żoną po przylocie do Wielkiej Brytanii – ubrany jest w zrobioną przez więźniów koszulkę z napisem „Walczę o prawa człowieka”.

– Siedziało z panem w kolonii podobno wielu biznesmenów.

– Biznesmenów i nie tylko – to była kolonia dla znanych ludzi. Jednym z nich był np. osobisty pilot Alaksandra Łukaszenki – próbowałem z nim rozmawiać, ale konsekwentnie odmawiał – był poinstruowany. Byli też byli oficerowie KGB i udało mi się wydobyć od nich pewną bardzo ciekawą informację. Nie chcę na razie jej ujawnić, by ich nie skrzywdzić. Tak, mieliby kłopoty do końca życia – a już teraz byli skazani na 15 lat. Siedziałem też z Tarasem Awatarowem — skazanym za udział w walkach w Donbasie po stronie Ukrainy.

– Na jakie grupy dzielili się więźniowie?

– Dwie grupy – pierwsza złożona tych byłych milicjantów i innych przedstawicieli władz – którzy gadali tylko ze sobą. Do drugiej zaliczali się więźniowie, którzy wyznawali swoje wewnętrzne reguły – typowe więzienne zakazy i nakazy w stylu, że nie wolno dotykać toalety itp. Jednak nie miało to związku ze stosunkiem wobec administracji. W mojej kolonii nie było np. recydywistów.

– Czy padł pan ofiarą agresji innych więźniów?

– Wręcz odwrotnie – byłem nawet poważany, bo byłem jedynym człowiekiem, który sprzeciwiał się administracji. Wielu starało się raczej mnie unikać, bo wiedzieli, że się niczego nie boję.

– Czy pana przyjaciele za kratami nie bali się kontaktów?

– Miałem tam wielu przyjaciół i nawet przed moim wypuszczeniem mówili mi, że spodziewają się, że zostaną ukarani. On bali się protestować, ale wiedzieli, że jestem jedyną ich bronią przeciwko systemowi.

Podarunki, jakie Brytyjczyk otrzymał od swoich przyjaciół w kolonii karnej

– Czy pomiędzy więziami panują jakieś specjalne zwyczaje?

– Tak, nadal pije się „czefir” (pol. “czaj” — bardzo mocna herbata powodująca lekkie odurzenie – belsat.eu) – gdy ktoś idzie do lub wraca z karceru, więźniowie organizują takie wspólne picie „czefiru”. Dołączałem do nich często. Główną walutą w więzieniu są papierosy – możesz za to zamówić sobie masaż, inni więźniowie upiorą ci ubrania itd.

– Jakie były pana kontakty ze zwykłymi strażnikami?

– Nie mogę o tym mówić, bo mogę im zaszkodzić. Strażnicy bali się rozmawiać ze mną – bali się, że wylecą.

– Czy otrzymywał pan wsparcie od brytyjskich władz?

– To trudna kwestia. Chodziło tu o politykę i nikt nie chciał z mojego powodu rujnować stosunków z białoruskimi władzami. Ale nie powiem, że w ogóle nie pomagali – przedstawiciele ambasady odwiedzili mnie ponad 10 razy, dzwonili z zapytaniami do więziennych władz. Otrzymałem też ogromne wsparcie od zwykłych Białorusinów – kocham ich za to. Dostałem wiele kartek i listów, wiele z nich nie dotarło do mnie niestety.

– Ale jak więzienne władze pozwoliły, by w świat poszły pańskie karykatury i ostre listy na temat warunków w więzieniu?

– To było wszystko nielegalne – ktoś je wyniósł na zewnątrz. Powiedziałem o tym władzom więziennym. „Skoro wy nie pozwalacie mi wysyłać listów, zrobię to sam”.

Więzienna karykatura Smitha: więźniowie: „Potrzeba nam lekarza, który umie leczyć ludzi”. Lekarze: „Więźniowie to nie ludzie”. Brytyjczyk informował w listach, że leczeniem osadzonych w jego kolonii zajmowali się weterynarze.

I oni nie mogli dojść, choć prowadzili śledztwo – przecież tam było kilkuset ludzi. Do kolonii zresztą można było przemycić nawet telefon – istniał cały łańcuszek ludzi biorący w takich rzeczach udział. I w moim przypadku nie musiałem za to płacić – bo ludzie wiedzieli, że jestem jak cierń w systemie i chcieli mi pomagać. Zabawne: jak zacząłem strajk głodowy – powiedziałem o tym strażnikom o godz. 4 po południu. I już po godzinie informacja o tym była opublikowana w całym kraju. Szef więzienia dostał telefon z departamentu wykonania kar z Mińska z zapytaniem, jak to do cholery było możliwe? Od razu zrobili mi pełne przeszukanie – chcieli znaleźć ukryty telefon komórkowy. A ja im mówiłem, że i tak nic nie znajdą.

 

Ostatni rysunek Alana Smitha przed opuszczeniem kolonii karnej

– A co usłyszał pan na pożegnanie w więzieniu?

– Więźniowie byli bardzo smutni, bo widzieli, że byłem ich jedynym obrońcą – mówili, że nie spodziewali się spotkać kogoś takiego. Inni zagraniczni więźniowie po prostu siedzieli cicho.

W sobotę przyszedł też do mnie specjalnie dyrektor więzienia i tym razem był bardzo miły. Przedtem mówiłem mu, że mu nigdy tego nie zapomnę i zapłaci za to, co mnie spotkało.

Rozmawiał Jakub Biernat

jb/belsat.eu

Zobacz też
Komentarze