Dyrektor Bulbamovie: Dekretem kina nie powstrzymacie. Będzie bunt!


Kto ogląda białoruskie filmy w Polsce, komu nie podoba się nazwa festiwalu, co stanie się po podpisaniu przez Łukaszenkę dekretu o kinematografii? Biełsat rozmawiał o tym z organizatorem festiwalu filmowego Bulbamovie Januszem Gawrylukiem.

– Literacka nagroda Nobla dla Swiatłany Aleksijewicz odnowiła pytanie języka w kulturze białoruskiej. Czym jest festiwal „kina białoruskiego”? Wg jakich kryteriów wybieracie filmy konkursowe?

– Gdybyśmy wybierali filmy tylko po białorusku, to nie byłoby festiwalu. W stosunku do Białorusi język nie powinien być żadnym kryterium. Jeżeli przychodzą filmy zrobione po białorusku, to oczywiście cieszy, bo wspiera to białoruski duch i białoruską kulturę. Ale jeżeli zrobiony na Białorusi film jest po rosyjsku, to dlaczego nie może być filmem białoruskim?

Wszystko zależy od koncepcji reżyserskiej: czy film będzie odzwierciedleniem rzeczywistości, czy całkowicie wymyślony. Jeżeli robić film we współczesnym białoruskim mieście całkiem po białorusku, to będzie sztuczny.

Dziwi mnie zresztą, że na konkurs nie są zgłaszane filmy z polskiego Podlasia, bo tam wszyscy znają język białoruski. Zresztą dopuściłbym do konkursu filmy polskie lub niemieckie, jeżeli byłyby zrobione po białorusku. Ale takich precedensów na razie nie ma.

– Masz poczucie jakiejś misji związanej z rozwojem białoruskiej kinematografii?

Oczywiście, ponieważ widzę wyniki. Pierwsze Bulbamovie, które było pokazem, a nie festiwalem, wzbudziło ogromne zainteresowanie, bo Białoruś w Polsce to swoista terra incognita. Za pierwszym razem, w 2011 r. zorganizowaliśmy dyskusje z polskimi i białoruskimi krytykami filmowymi, była dobra zabawa. Ale po pokazie nikt nie wiedział co robić dalej, bo wydawało się, że w ciągu trzech dni pokazaliśmy całe kino białoruskie.

Wtedy wymyśliłem konkurs. Nie wiedziałem ilu na Białorusi jest młodych reżyserów i czy ktoś coś przyśle, ale idea wydawała mi się słuszna. Z każdym rokiem zgłoszeń jest coraz więcej, poprawia się jakość filmów. W ub. roku na konkurs przyszło 70 filmów. W tym roku tylko 47, bo nie było reklamy.

Pamiętam, jak podczas pierwszego konkursu na short-listę trafiły wszystkie filmy, które otrzymaliśmy. A teraz możemy wybierać.

Festiwal staje się modnym ośrodkiem wśród młodych reżyserów, niezależnych od państwa. Wielu twórców wysyła film co roku i widzę ogromny postęp w ich twórczości. W tym roku wpadliśmy na pomysł, aby zaprosić do jury zwycięzcę ubiegłorocznego Bulbamovie Wiktara Krasouskiego. Jest bardzo ważne, aby młode pokolenie rozwijało się wszechstronnie.

Możliwe, że dzięki nam miński festiwal Listapad po 20 latach działalności zorganizował wreszcie konkurs filmów narodowych. I nasi laureaci zwyciężają teraz również tam – jak np. Daria Jurkiewicz z „Babą, Wanią i kozą”. W ten sposób nawiązujemy przyjaźń na gruncie sympatii do kina białoruskiego, co prawda na razie tylko na poziomie telepatycznym.

Zwiastun Bulbamovie-2015

– Bulbamovie to reakcja na wzrost zainteresowania produkcją filmową na Białorusi, czy realizacja tych filmów to reakcja twórców na zaistnienie miejsca, gdzie można się pokazać i rywalizować ze sobą?

– I tak, i tak. Jesteśmy zbyt małym festiwalem, aby spowodować masową produkcję filmów. Możemy tylko pomóc w tym, żeby filmy zostały pokazane w dobrym kinie. Możliwe, że ktoś kręci specjalnie na Bulbamovie, ale widzę, że Białorusini wysyłają zgłoszenia na inne festiwale europejskie: np. Hienadź Buto uczestniczy w konkursie Warszawskiego Festiwalu Filmowego, Mitry Siamionau zwyciężył w Wiedniu. I tak ma być! Ale boom zainteresowania kinem jest związany przede wszystkim z możliwością nagrywania telefonami i aparatami fotograficznymi.

– Przygotowywany właśnie nowy dekret Łukaszenki o kinematografii narodowej, zdaniem reżysera Andreja Kurejczyka zabije białoruskie kino. Ty zaś oświadczyłeś, że powinien on wywołać białoruską Nową Falę. Z czego wynika ten optymizm?

Myślę, że wśród twórców wybuchnie bunt. Możliwe, że jestem idealistą, ale wierzę w to, bo są tacy ludzie jak Nela Wasileuskaja, studentka reżyserii Akademii Sztuk Pięknych. Wysłała na Bulbamovie swoją „Rekonstrukcję bezsenności” i film trafił na short-listę.

Poprosiła mnie o zaświadczenie do rektoratu, że jedzie na festiwal, bo studenci potrzebują zgody rektoratu na wyjazdy zagraniczne. Na nasz dokument dziewczynie odpowiedzieli, że na ten festiwal jechać nie należy. A ona spakowała walizkę i pojechała. I zdobyła trzecie miejsce. Nela jest bardzo zdolna i chyba uczy się reżyserii dalej, bo w tym roku przysłała nam swój nowy film.

Niedawno rozmawiałem w Mińsku z Mikitą Łaureckim, który kręci filmy autorskie – absolutnie bez pieniędzy. Powiedział mi, że będzie kręcić filmy dalej, mimo wszelkich dekretów. Ci ludzie to przyszłość kina białoruskiego. W takich ludzi wierzę. Oni chcą robić filmy i nic ich nie powstrzyma. Dlatego jestem optymistą.

– A jak kino białoruskie odbierane jest w Polsce? Kto chodzi na Bulbamovie?

– Bulbamovie było finansowane z budżetu projektu „Polsko-białoruskie działania wspólne” polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Zazwyczaj mieliśmy trzy dni prawdziwego święta: warszawiacy przychodzili „się pokręcić”, napić się kawy, spróbować kuchni białoruskiej.

W tym roku nie dostaliśmy wsparcia finansowego. Jesteśmy więc zmuszeni zrezygnować z pokazu konkursowego, pokażemy tylko zwycięskie filmy. Jest to związane z pieniędzmi: nie ma środków na tłumaczenia, polskie napisy, wynajem sali. Short-listę pokażemy w Mińsku, w Centrum Sztuki Współczesnej, bo na Białorusi nie trzeba płacić tłumaczom i montażystom.

Nie wiem co będzie w przyszłym roku, ale jeżeli pieniądze się nie znajdą, to może nadejdzie czas, aby festiwal promujący kulturę białoruską za granicą, był finansowany przez Białoruś? Np. warszawski festiwal kina azjatyckiego „Pięć Smaków” finansuje Japonia, Tajwan i Hongkong. To międzynarodowa praktyka.

– Nie mówiono ci, że nazwa festiwalu może być obraźliwa dla Białorusinów?

– Tak, tak! Na początku niektórzy Białorusini podchodzili do mnie i mówili, że festiwal jest dobry, ale nazwa zła. Trzeba było dyskutować i przekonywać. Pewnego razu pomógł mi Michał Aniempadystau, który długo tłumaczył jednemu Białorusinowi, że „bulba” (ziemniak – od red.) to nie „bulbasz” (pogardliwe „kartoflarz” – od red.) i długo opowiadał o pięknie tego warzywa. No i już dwa lata nikt mi tego pytania nie zadaje. Zresztą inspirowaliśmy się wyrażeniem „spaghetti-western” i z czasem nazwa „bulba-movie” stała się jednym słowem.

– A kiedy ty zacząłeś interesować się kinem?

Urodziłem się w Bielsku Podlaskim przy granicy z Białorusią. Był tam jeden sklep ze sprzętem foto- i wideo, a w nim jedna kamera 8 mm, o której marzyłem od dzieciństwa. Ale w rodzinie nie było pieniędzy, dlatego pierwsza kamera, którą sobie kupiłem, była już formatu VHS. Coś tam na nią nagrywałem. A kiedy zacząłem interesować się Białorusią, to jedno z pierwszych pytań dotyczyło tego, jakie tam kręcą filmy…

Byłem pod wielkim wrażeniem filmu „Okupacja. Misteria”. Pracowałem wtedy w radiu, pojechałem do Mińska na wywiad z jego reżyserem Andrejem Kudzinienką. I spróbowaliśmy. Pomysł na pokazy białoruskich filmów w Polsce zrodził się samoistnie, bardzo dawno temu. I w pewnym momencie wypalił.

– Czego brakuje Bulbamovie – oprócz sponsorów?

Mocnych filmów. Siedzę wewnątrz festiwalu i trudno mówić mi obiektywnie, dlatego słucham ludzi z zewnątrz. A oni mówią, że jest platforma i konstrukcja festiwalu, a dobrych filmów na razie brakuje. Kiedy w tym roku nie dostaliśmy dotacji, westchnąłem z ulgą: no, wreszcie będę mógł się zająć własnymi sprawami. Bo kiedy były pieniądze, to wszystko było proste: płacisz i masz. Tłumaczenia, polskie napisy, plakaty. A bez pieniędzy znaleźć tych, którzy pomogliby z organizacją jest trudno. Ale kiedy kino „Muranów” zaoferowało salę bezpłatnie, zrozumiałem, że trzeba ciągnąć festiwal dalej.

Bulbamovie brakuje człowieka, który interesuje się kinem białoruskim. Marzę o spotkaniu z takim człowiekiem, bo mi już jest trudno.

Chcę zająć się kształceniem młodych twórców – planuję organizowanie warsztatów kina dokumentalnego i fabularnego. Wielu polskich reżyserów jest gotowych je poprowadzić, ale bez dotacji nie da się tego zrobić. Na razie szukam środków. Dopóki na Białorusi nie ma poważnych szkół filmowych, trzeba uczyć młodzież, budować fundament.

Rozmowa i zdjęcia: Dzianis Dziuba, belsat.eu

V Festiwal Kina Białoruskiego odbędzie się w dniach 23-25 października w Warszawie, Krakowie i Mińsku. Najlepsze filmy konkursowe zostaną nagrodzone Złotym, Srebrnym i Brązowym Ziemniakiem.

Zobacz też
Komentarze