Agnieszka Romaszewska-Guzy: Nagłośnienie sprawy obudziło wątpliwości wśród Białorusinów


Pospieszne wykonanie wyroku śmierci na Uładzisławie Kowaliowie i Dzmitryju Kanawałowie – wzbudziło na Białorusi bardzo żywą dyskusję. Trudno się dziwić wzburzeniu: na oczach opinii publicznej dokonano egzekucji, którą nie sposób nazwać inaczej niż mordem sądowym. Przeprowadzony proces, jeśli wykazał cokolwiek, to chyba tylko to, że winy podsądnych nie uwodniono.

Dyskusja ogniskuje się na pytaniu: czy śmierci dwóch młodych ludzi, a przynajmniej jednego z nich, można było uniknąć. Czy na to, że wypadki potoczyły się tak, a nie inaczej oprócz oczywistej woli białoruskiego dyktatora, miało wpływ na przykład zachowanie matki skazanego, białoruskiej opozycji, obrońców praw człowieka, wreszcie europejskich polityków? Rozmaite, często szacowne osoby wygłaszają przypuszczenia, że faktycznie na ostateczne wykonanie wyroków śmierci, wpłynęły protesty zewnętrzne i wewnętrzne, heroiczna aktywność matki, praca adwokata – bo przecież „Łukaszenka nie znosi presji” i w takiej sytuacji nie mógł skazanych ułaskawić. Obrońcy więc skazanym „zaszkodzili”.

Trzeba sobie jasno powiedzieć, że spekulacje tego rodzaju są nie tylko najzupełniej pozbawione podstaw, ale w dodatku są niszczące dla morale białoruskiego społeczeństwa oraz nieludzko krzywdzące wobec matki jednego ze skazanych.

Jest absolutnie oczywiste, że za akt terroru, w którym zginęło 15 osób – w rządzonym demonstracyjnie twardą ręką państwie Aleksandra Łukaszenki KTOŚ musiał ponieść odpowiedzialność. Jak wiedzą wszyscy uważni obserwatorzy procesu, skazani chłopcy zostali raczej do tego procesu wybrani, niż wyśledzeni w wyniku dochodzenia. Natychmiast po ich aresztowaniu Aleksander Łukaszenka wyraził pewność, że sprawcy właśnie zostali złapani i zostaną ukarani. Podczas procesu wina podsądnych nie została wykazana ani udowodniona. A przecież KTOŚ jednak popełnił tę zbrodnię. Skoro najprawdopodobniej, jak można przypuszczać po sądowym postępowaniu, nie popełnili jej Kowaliou z Kanawałowem, to popełnił ją ktoś inny.

Dopóki podsądni żyli sprawa wciąż była otwarta. Z punktu widzenia logiki dyktatury – sprawę trzeba było zamknąć. Nie po to aresztowano dwóch młodych ludzi i ogłoszono ich winę, by ich następnie trzymać przy życiu i ryzykować możliwość podważenia całej koncepcji tego kto stał za zamachem w mińskim metrze. Nie o humory, ani ambicje dyktatora tu chodziło, a o sprawy znacznie bardziej podstawowe. W związku z tym było absolutnie nieistotne czy matka skazanego zwracała się do Rady Europy, czy do ONZ, czy by się nigdzie nie zwracała, a tylko klęczała przed Kancelarią Prezydenta Białorusi – efekt niestety byłby taki sam.

Tylko dzięki nagłośnieniu sprawy, dzięki wysiłkom obrońców praw człowieka i niezależnych mediów, w społeczeństwie białoruskim obudziły się wątpliwości co do sprawiedliwości procesu i co do postępowania białoruskich organów ścigania. Tylko dzięki temu być może uda się choć częściowo ocalić cześć chłopców, którzy stali się kozłami ofiarnymi tej sprawy i zapłacili za to życiem.

Hipotezy, które obwiniają matkę i białoruskich obrońców praw człowieka o „zaszkodzenie” skazanym, niezależnie od intencji dyskutantów, służą głównie łamaniu międzyludzkiej solidarności i zniechęcają do sprzeciwiania się złu.

Agnieszka Romaszewska-Guzy
Dyrektor TV Biełsat

Zobacz też
Komentarze