Druga rocznica masakry na Majdanie: „Pierwszy raz poczułem wtedy uczucie prawdziwego strachu. Było to, jakby ktoś przykrył mnie ciężkim kocem”


Sasza dużo pali, mało mówi i jeszcze rzadziej się uśmiecha, tak jakby jego dusza nosiła jakieś brzemię. Ubiegły rok był dla niego czasem wielkich zmian. W ciągu paru miesięcy z dyrektora sprzedaży w firmie rozprowadzającej środki higieniczne stał  się  członkiem sztabu jednej z sotni Majdanu, a potem ochotnikiem Gwardii Narodowej walczącym na wschodzie Ukrainy. Teraz Sasza regularnie jeździ na wschód Ukrainy, by dostarczać żołnierzom zaopatrzenie. Po drodze do Słowiańska opowiedział mi o swojej życiowej przemianie.

Człowiek apolityczny

Od 1995 roku mieszkałem i pracowałem w Doniecku, gdzie zarządzałem przedstawicielstwem  firmy handlującej chemią gospodarczą i środkami higieny. Potem zmieniłem branżę i zacząłem w Doniecku handlować kawą.  Wybuchnął kryzys – pogorszyły się warunki finansowe, więc w 2010 r. wróciłem do Kijowa, gdzie znowu zostałem dyrektorem handlowym firmy sprzedającej chemię. I tak doczekałem do Majdanu.

Przedtem świadomie unikałem polityki. Nie chciałem wchodzić w to gówno. Nie brałem udziału w Pomarańczowej Rewolucji w 2004 r., bo na stałe mieszkałem w Doniecku i jedynie kilkakrotnie przyjeżdżałem do Kijowa. Wydarzenia z 2004 r. podobnie jak wielu innych napełniły mnie nadzieją. Również  wielkie było rozczarowanie polityką nowej ekipy. To sprawiło, że przestałem interesować się polityką.

Majdan musiał się zdarzyć

Majdan nie był dla mnie niespodzianką. Dobrze wiedziałem, jakim sukinsynem był Janukowicz. Władza Partii Regionów oznaczała dla człowieka kierującego firmą totalną presję  ze stron organów kontrolnych i podatkowych. By móc prowadzić biznes, należało nieustannie dawać haracz. Albo więc płacisz, albo tracisz mnóstwo czasu lub w ogóle nie osiągniesz założonych celów. A wielkość łapówek ciągle się zwiększała, tak jak chamstwo tych ludzi. Bliscy władzy: deputowani prokuratorzy, urzędnicy, czy biznesmeni czuli się absolutnie bezkarnie. Taki mógł przejechać człowieka na przejściu  i nie płacił nawet mandatu. Okazywało się, że to ofiara wypadku jest winna. Jeżeli nie mogłeś zapłacić – zawsze byłeś winny.

Nie spodziewałem się jednak, że wszystko zacznie się od zawiedzonych nadziei Ukraińców z powodu niepodpisania umowy stowarzyszeniowej z UE. Dla mnie eurointegracja nie była najważniejsza. Choć życzę Ukrainie, by stała się członkiem EU, to nie był powód, dla którego poszedłbym na demonstrację. Ja chciałem walczyć z tymi gnojami. Na Majdanie pojawiałem  się już 30 listopada (2013 r. – Belsat.eu), dzień po krwawym rozpędzeniu  studenckiego Majdanu. Już po dwóch tygodniach protestu widziałem, że to nie skończy się pokojowo i poleje się krew.

Od tłumu do miasteczka Majdanu

Wszystko zaczęło się od Soboru Michajłowskiego (cerkwi patriarchatu ukraińskiego – Belsat.eu),  który otworzył swoje drzwi najpierw dla pobitych studentów, a potem dla protestujących, którzy tam zaczęli organizować pierwsze punkty żywienia, pomocy prawnej i informacji. Drugą fazą tworzenia się Majdanu to powstanie samoobrony. Stało się to podczas demonstracji (1 grudnia – 2012 r. Belsat.eu) przeciwko pobiciu studentów. Wtedy zorganizowano oddziały do ochrony kolumny protestujących. Po prawej stronie demonstrację ochraniał oddział nazwany potem „Prawym Sektorem” – którego członkowie już wtedy wyposażyli się w pałki i łańcuchy. Po lewej stronie gromadzili się pozostali ochotnicy. Dołączyłem do nich i  po raz pierwszy raz założyłem kask budowlańca. Doprowadziliśmy kolumnę do Poczty Głównej na Chreszczatyku (główna kijowska aleja – belsat.eu). Szliśmy bardzo długo, chyba ze dwie godziny – tyle było ludzi. Gdy doszliśmy, zapytałem innych co dalej. A oni na to, że nasza misja została wypełniona i możemy się rozchodzić. Demonstrujący jednak zajęli już Chreszczatyk i zaczęli budować swojej miasteczko. Powstały pierwsze barykady i punktu kontrolne.

„By zmienić władze i historię”

Stałem na jednym z nich i moim zadaniem było niewpuszczanie pijanych i podejrzanych. Spędziłem tam pierwszy tydzień i poznałem pierwszych towarzyszy walki, np. Władysława – z zawodu muzealnika, z którym współpracuje do dziś w fundacji. Nasz posterunek otrzymał nr. 31. Dyżurowało na nim wielu inżynierów, ja miałem doświadczenie w zarządzaniu ludźmi – wspólnie wybudowaliśmy nasz kawałek barykady z opon, ogrodzeń, drutu kolczastego. Wtedy jeszcze starałem się łączyć Majdan z pracą. Powiedziałem szefowi: „rób ze mną co chcesz, ale ja tam muszę być”. Zrozumiał, tylko poprosił, żebym przychodził do pracy choćby co drugi dzień albo na popołudnia. W nocy więc  stałem na Majdanie, w dzień wracałem do domu, by się przespać, a po południu chodziłem do pracy. Tak spędziłem półtora tygodnia. W międzyczasie zaczęły się prowokacje tituszek, czekaliśmy na atak każdego dnia. Następnie zaczęły organizować się sotnie. Wład trafił do sztabu trzeciej sotni i tam mnie zaciągnął. Dowódcami sotni byli ludzie z wyższym wykształceniem, przedsiębiorcy i gorące głowy. Wszyscy wiedzieli po co to są – by zmienić władze i historię.

Walki  

Członkowie mojej sotni odegrali ważną rolę w zwycięstwie. W dniu zabicia dwóch pierwszych protestujących -22 stycznia- Berkut odciął prowizoryczny szpital przy Hruszewskiego. Na swoje nieszczęście z wizytacją przyszło do niego trzech wysokich rangą oficerów milicji – jednym z nich był generał lub pułkownik. Wtedy pozostający w szpitalu członkowie 3. sotni wzięli ich do niewoli zagrozili, że jeżeli nie wycofa Berkutu to stanie im  się krzywda. Milicjant przez krótkofalówkę polecił Berkutowi wycofać się z powrotem  do stadionu Dynamo i barykada na Hruszewskigo znowu dostała się w ręce protestujących. Dostarczałem  samochodem opony, które paliły się każdego wieczoru.

Wtedy spotkałem Mirosława (szefa fundacji – Belsat.eu) – ówczesnego  aktywistę automajdanu (grupy kierowców urządzających kawalkady protestujących – Belsat.eu). Mirosław zajmował się logistyką Majdanu. W międzyczasie podczas walk w Parku Marijskim całe dowództwo 3. sotni wpadło w ręce Berkutu i zostało ciężko pobite. I wtedy stałem się naczelnikiem sztabu, a Mirosław szefem logistyki.

Strach

Majdan dobrze nas przygotował do późniejszych walk w Donbasie. Pierwszy raz poczułem wtedy uczucie prawdziwego strachu. Było to, jakby ktoś przykrył mnie ciężkim kocem –  czułem przerażenie. Było to tego dnia, gdy strzelali do nas snajperzy. Cztery razy wtedy chciałem uciekać. Nie spałem od dwóch dób i szukałem tylko powodu, żeby opuścić Majdan. I  gdy tylko znajdowałem wymówkę, by uciec – pojawiało się zadanie dla mnie i zostawałem. Wtedy snajperzy strzelali z czterech kierunków i w każdej chwili  mogłeś się znaleźć na ich celowniku. Gdy tylko pojawiałeś się w kasku – mogłeś dostać kulę w głowę. Za czwartym razem, gdy powstrzymałem się od ucieczki – wtedy poczułem, że strach mnie opuszcza i powróciła wiara w to co robię.

Z Majdanu do Gwardii Narodowej

Po zwycięstwie Majdanu obserwowaliśmy co się dzieje – po miesiącu zaczęli wracać nasi ludzie z naszego sztabu: ciężko pobity Sotnik Globus, Żenia, którego cztery razy ratowano od śmierci, Artur, którego dziesięć minut bili żelaznymi łomami. Gdy padł Krym, a miejscowe jednostki ukraińskie zaczęły składać broń – Andrij Parubij (dowódca Samoobrony Majdanu – belsa.eu) zaczął  organizować bataliony ochotnicze. Z Mirosławem postanowiliśmy, że się przyłączymy. Ok. 500 majdanowców pojechało na poligon.  Nauczyli nasz strzelać. Choć wtedy jeszcze wydurnialiśmy się i dawano nam  po sześć nabojów na tydzień. Potem już wydawali naboje skrzyniami. Była nauka walki, budowy fortyfikacji. Nigdy nie służyłem w armii, podobnie Mirosław. I gdy kazali nam kopać okopy to długo się śmieliśmy, że to nam się nigdy nie przyda. Myśleliśmy, że będziemy walczyć w miastach. A okazało się, że do dziś 80 proc. żołnierzy walczy w okopach. Bardzo się przydało.

Spotkanie z dawnym wrogiem

Na szkoleniach było wiele niuansów związanych z żołnierzami MSW (przedtem zwalczających Majdan – Belsat.eu). My w każdym razie wybaczyliśmy – oni… nie wiem. Wiedzieliśmy, że będziemy walczyć razem. Gadaliśmy z nimi – często to byli ludzie, których twarzą w twarz spotykaliśmy po drugiej stronie barykady. Chodzili między nami i jedli w tej samej stołówce. Na początku  odnosili się do nas bardzo negatywnie – jednak tak naprawdę bardzo dobrze poznali prawdziwe oblicze poprzedniego reżimu. Wypełniali rozkazy i jest dyskusyjną sprawą czy mogli odmówić. Jednak wiedzieli, że to my mieliśmy rację, jesteśmy zwycięstwami i jak będziemy chcieli to rozniesiemy tę ich całą bazę w dwa dni. Na początku bali się nam nawet wydawać broń. Potem przydzielono nam  Kulczyckiego (gen. Serhij Kulczycki – generał major, szef centrum bojowego i specjalnego przygotowania Gwardii Narodowej Ukrainy – zginął 29 maja 2014 r. pod Słowiańskiem w helikopterze zestrzelonym przez separatystów – Belsat.eu). Na początku odnosiliśmy się do niego negatywnie, jednak powoli zyskał nasze zaufanie. Na początku było nas 480. Po przysiędze zostało nas 280 osób. To cztery niepełne kompanie, które pierwsze poszły w bój. Najpierw wysłano nas do Pawłogradu  i tam przed dwa i pół tygodnia staliśmy na posterunkach drogowych. Mnie mianowano komendantem plutonu.

14 godzin nienawiści

28 albo 29 maja najpierw przewieziono nas autobusami pod Słowiańsk, a potem wsadzono  w helikoptery i przerzucono gdzieś w szczere pole. Przedtem dyżurowaliśmy  we względnym spokoju na posterunkach drogowych, a tu nagle wsadzają cię do helikoptera i wysyłają do strefy realnych działań bojowych. Do tego wcześniej przyszła wiadomość, że tego dnia zestrzelono już dwa helikoptery. Jednak my byliśmy w dobrych nastrojach, zresztą wszyscy na to czekaliśmy. Nie wierzyliśmy, że wyślą nas na pierwsza linię,  myśleliśmy, że będziemy tylko dyżurować  na posterunkach. Trafiliśmy do Andrijiwki, na most między Słowiańskiem i Kramatorskiem, na którym żołnierze 95. brygady powietrznodesantowej dzień wcześniej zniszczyli posterunek separatystów.  Desantowcy po zajęciu mostu zostali okrążeni przez tzw. cywilów wykrzykujący „nich żyje Putin, niech żyje Rosja”. Żołnierze nie spali już drugą noc i poprosili,  żebyśmy oddzielili ich od cywilów. Ci non stop usiłowali nam coś powiedzieć.  I my, którzy przetrwaliśmy cały Majdan, przez 14 godzin bez przerwy dowiadywaliśmy się, że jesteśmy „pedałami”, „faszystami”,  „przyszliśmy na ich ziemię i obaliliśmy ich prezydenta”. A słowo „Majdan” wymawiali z ogromną nienawiścią. Wśród nich  biegali opłaceni prowokatorzy, którzy „zarządzali” tym tłumem. Tłum zresztą non stop się wymieniał. Co godzinę od nowa  wylewali na ciebie pomyje. Potem z jednej strony zagrodzili nam drogę lokomotywą – obok przebiegały tory kolejowe, a z drugiej ciężarówką.  Z biegiem czasu w tłumie  zaczęli pojawiać się przestępcy i byli więźniowie, co można było wywnioskować z ich żargonu. Zaczęto wyładować jakieś skrzynki, podejrzewaliśmy, że koktajle Mołotowa. Pojawiały się informacje, że w pobliżu dwóm naszym oddziałom odebrano pojazdy i broń. I tu także wszystko miało się rozegrać  według krymskiego scenariusza – okrążyć i rozbroić.

Oglądaj>>>Materiał o blokowaniu mostu w Andrijiwce pokazał rosyjski kanał 5 (od 1:19 minuty)

Incydent

Na dodatek,  doszło do incydentu:  gdy ze wsparciem przyjechał kolejny oddział 95. brygady, jeden z najbardziej aktywnych prowokatorów rzucił się na maskę jadącego na przedzie Hummera , wpadł pod koła i przejechano mu nogi.  Podnieśli takie larum, żądali od nas, by wydać kierowcę Hummera i grozili, że go rozerwą. Wszystko zaczęło  się od początku. Przyjeżdżali też do nas przedstawiciele samozwańczych władz Słowiańska i Kramatorska – widać było, że to byli więźniowie, którzy rozmawiali z nami posługując się kryminalnym żargonem i domagali się oddania broni.

Incydent koło mostu w Andrijiwce(WIDEO):

Pierwszy strzał

Gdy nadszedł wieczór, zdecydowaliśmy, że trzeba opuścić most. Jednak w międzyczasie z obu stron ludzie położyli na drodze opony. Do tego zaczęła się ulewa. Wysadzono nas na moście w jednym komplecie mundurowym – przemokliśmy do bielizny. I tak jeszcze przez kilka  godzin zmarznięci toczyliśmy rozmowy z cywilami,  potem przyjechali na rozmowy przedstawiciele grup przestępczych. Powiedzieli : „Wypuścimy desantowców, ale Gwardia Narodowa zostaje”. I wtedy po raz pierwszy poczułem wielką dumę, że jestem z gwardii. Następna grupa „negocjatorów” zażądała, żebyśmy wyjęli magazynki.  Trzecia grupa zażądała oddania broni. Było już ciemno i zebrała się grupa kryminalistów, którzy zaczęli wchodzić na most. Potem przyjechali jacyś kozacy, którzy zaczęli się chwalić, że strącili już dwa nasze helikoptery, i że nam będzie „pizdiec”. Jestem wdzięczny Kulczyckiemu, który dał mi rozkaz otworzyć ogień  w krytycznej sytuacji. Desantowcy nie mieli takiego jednoznacznego rozkazu.

Materiał o wydarzeniach w Andrijiwce zrobił też rosyjski państwowy Kanał 1 – w 2:58 min. pojawia się Sasza:

Nie uczestniczyłem w rozmowach, bo nie miałem odp. stopnia wojskowego. Jednak zapytałem przechodzącego obok żołnierza jak sytuacja. On powiedział, że nas nie wypuszczą. Wtedy w 10 sekund zrozumiałam co się święci, że z nami koniec. Wydaliśmy rozkaz założenia magazynków na broń. I wtedy przeżyłem  najbardziej nerwowe 10 min. w moim życiu. Nagle 250 żołnierzy zaczęło naraz strzelać w powietrze. Na początku nie rozumiałem dlaczego? Każdy wystrzelił po półtora magazynka, a każdy trzeci to nabój świetlny. Huk niesamowity. A te pedały (separatyści  – belsat.eu) zaczęły się cieszyć i klaskać, myśląc, że wystrzeliwujemy całą amunicję.

Na miejscu wydarzeń w Andrijiwce był też reporter CNN (WIDEO):

Wyjście bojem

Nasze wozy pancerne  były już ustawione do wyjazdu, jednak zablokowali nam koła. Chodziłem wokół pojazdów i strzelałem nad głowami wszystkich  znajdujących się obok ich. Wyszedłem na czoło kolumny, a z przodu stali tyko szeregowcy – dowódcy poszli do maszyn. Zacząłem krzyczeć: „Oczyścić drogę, wychodzimy!” – zaczęliśmy odsuwać opony, a z przeciwnej strony zaczęli je z powrotem rzucać na asfalt. Wyskoczył jakiś facet, zaczął rwać koszulę  na pierwsi i coś wrzeszczeć. Potem zaczęli podchodzić desantowcy i nagle rozległ się strzał – jeden z nich został zabity. W tym momencie nadleciał koktajl Mołotowa, którego zapomnieli podpalić, potem przyleciał drugi, który trafił w drugiego desantowca. Ja odskoczyłem zaczepiając nogą za resztki spalonych opon. Upadłem i to być może uratowało mi życie. Rzuciłem się do desantowców i zapytałem:  kto umie strzelać do ludzi? I nagle ktoś włożył mi w ręce dwa granaty hukowe. Rzuciłem je w tłum. W tym samym czasie pozostali  zdali sobie sprawę, że ich nie wypuszczą i zaczęli strzelać. Ja i paru innych oczyszczaliśmy drogę z opon i dałem komendę , by wozy ruszyły. I wtedy już oczyszczaliśmy drogę kałasznikowami. Według danych wywiadu, położyliśmy 80 osób. Rozumieliśmy, że albo oni nas – albo my ich. Jechaliśmy do przodu, miażdżąc stojące samochody.

Zabić wroga

Widziałem, że trafiłem kogoś w brzuch i nie żałuję. Bo jeżeli przez 14 godzin wysłuchujesz, że jesteś pedałem, chociaż  zrobiłeś coś wielkiego dla nich wszystkich,  i to  z potrzeby serca, a nie za pieniądze.  Nie jestem dumny z tego, oczywiście lepiej byłoby, gdyby przeciw nam stał równy nam przeciwnik. Jednak Rosja nie prowadzi uczciwej walki. To był nasz pierwszy bój. Jestem natomiast dumny, że znaleźliśmy wyjście z tej sytuacji. Desantowcy mówili nam zresztą, że gdyby nie my, to oni by nie widzieli, co mają  robić. Byliśmy pierwsi, których nie pozbawiono  broni w ten sposób. Potem tzw. „cywile” nikomu już nie odebrali broni czy sprzętu. To był przełomowy moment.

Życie pod ostrzałem

Potem okopaliśmy się na pobliskiej górze Karaczun, gdzie  jeszcze trzy dni wcześniej siedziało 50 separatystów. Tam spędziliśmy 60 dni. Codziennie ostrzeliwano nas  z moździerzy, dział samobieżnych, broni snajperskiej. Spotkaliśmy ośmiu berkutowców, przeciwko którym walczyliśmy na Majdanie. Okazali się być fajnymi chłopakami, nawet się zaprzyjaźniliśmy. Widzieli, że walczymy wspólnie – zyskaliśmy wzajemny szacunek i mogliśmy na siebie liczyć w walce. Tych ośmiu chłopaków zginęło razem z Kulczyckim (w katastrofie śmigłowca – Belsat.eu). Jechali na przepustkę – za dwa dni mieli być w domu.

Na Karaczunie zdarzyło mi się wyjeżdżać na akcje w okolicę Słowiańska. Ciekawa np. była operacja odciągnięcia uwagi separatystów od naszych żołnierzy atakujących lotnisko w Kramatorsku. Mieliśmy za  zadanie podjechać na transporterach jak najbliżej ich posterunków i związać ich walką,  a potem niszczyła ich nasza artyleria. Zbliżyliśmy się do wroga na jakieś 600 m.

Walczyć czy pomagać?

Pod Słowiańskiem spędziliśmy 60 dni, potem dostaliśmy 10-dniową przepustkę. I  wtedy zaczęliśmy się zastanawiać: albo jedziemy walczyć, albo zostajemy i pomagamy. Nie byliśmy tak dobrymi żołnierzami jak desantowcy, nie umieliśmy prowadzić np. walk ulicznych. Jednak wypełnialiśmy postawione zadania.

Gdy nas z powrotem zebrano – dowiedzieliśmy się, że nie będziemy już walczyć, tylko stać na posterunkach i pełnić funkcję miejscowej policji. Postanowiłem  wtedy odejść z Gwardii. Wróciłem do pracy, jednak straciłem poczucie sensu.  Organizowanie  sprzedaży wymaga przede wszystkim wiary w to co się robi. Zrozumiałam, że dopóki trwa wojna i moi przyjaciele giną – nie będę w stanie sprzedawać papieru toaletowego.

Gdy byliśmy na Karaczunie, zaprzyjaźniłem się z Jurą z organizacji Armia SOS. Mirosław zaczął z nimi wozić na front paczki i amunicję. Powiedział mi, że czuł się wtedy lepiej i spokojniej. I namawiał mnie, żebym zajął się pomaganiem armii. Gdy mi powiedział, że jest gotowy powołać swoją organizację – odszedłem z pracy. Ci, z którymi pracujemy w organizacji (Fundacja Mir i Co) to głównie znajomi znajomych, a potem przyszli ludzie poznani na Majdanie.  Ci jednak maja mniej czasu, bo muszą pracować.

Nienawiść do Ukrainy?

Nadchodzą mnie złe myśli, gdy widzę, że musimy pomagać tym uchodźcom, którzy krzyczeli „Rosja, Rosja”, ludziom, którzy przychodzili aresztować swojego krewniaka za to, że wywiesił ukraińską flagę. Nienawiść do Ukrainy bierze się z totalnej psychozy wynikającej z niewiedzy, w jakim gównie się żyje. Donieck to depresyjny region budowany przy pomocy więźniów i niewykształconych ludzi. Nie spodziewałem się jednak, że mogą nam zrobić coś takiego. Okazało się, że ci ludzie mają w głowach  śmietnik i głęboko zakorzenioną nienawiść. A teraz wykańczają samych siebie. Donbas już stał się królestwem bandytów, gdzie dzieli się wpływy, gdzie ludzie pracują za ziemniaki czy kaszę gryczaną. Niektórzy z nich  są zmuszani do walki, by wyżywić rodzinę. Nie rozmawiałem z separatystami, co najwyżej wyciągaliśmy zeznania, choć starałem się, by moi podwładni powstrzymywali się od stosowania najostrzejszych metod.

Armia samowystarczalna

Nie mamy dobrych menadżerów, którzy byliby  w stanie zapewniać armii  potrzebne rzeczy. Na Karaczunie musieliśmy prawie w 100 procentach zapewniać sobie wszystko sami. Odpowiedzialny był za to Mirosław, który przedtem koordynował logistykę na Majdanie. Dzieliliśmy się też z desantowcami, berkutem i artylerzystami. U nich dopiero po jakimś czasie pojawiła się kuchnia polowa. Armia otrzymywała tylko konserwy, kaszę perłową, chleb i wstrętne zestawy prowiantowe. A my mielimy owoce, warzywa nawet majonez.

Tępota i złodziejstwo

By państwo zaczęło sprawnie  działać –  należałoby zmienić całą strukturę. Do dziś króluje bowiem tępota, złodziejstwo  i marnotrawstwo: rzeczy marnują się w magazynach, albo trafiają do jednostek, w których nie są potrzebne, a tymczasem  żołnierze tygodniami czekają   np. na buty, bo armia dowozi je bardzo długo. Do tego dochodzą ustawione przetargi – kupuje się za drogo i u swoich znajomych. Kupuje się letnie rzeczy, gdy trzeba kupować zimowe.  My wiemy co komu trzeba,  ładujemy rzeczy na samochód i zawozimy.

Władza mówi, że woluntariusze są super – przy tym  zapominają, że robimy prawie wszystko za nich. Próbują organizować jakieś rady przy prezydencie. Byliśmy na takich spotkaniach i widzieliśmy, co to za klaka. Ostatnio proponowali, by całą naszą pomoc umieszczać najpierw w ich centralizowanych magazynach, a oni potem będą sami rozwozić. My nie chcemy uczestniczyć w tym gównie. Jeśli coś się w kraju zmienia to bardzo powoli i tylko dzięki ludziom, którym naprawdę na tym zależy. Pozostałym wszystko jedno.

Pomagać lub walczyć

Na razie zajmujemy się fundacją i jeśli uda się przekazać  pełnomocnictwa ludziom, których teraz powoli szkolimy – zajmiemy się czymś innym. Jeśli zacznie się wojna – pójdziemy walczyć. Jeśli wojna się skończy – będziemy pomagać rodzinom żołnierzy, którzy zginęli, zajmiemy się rehabilitacją żołnierzy, odbudową zniszczonych ziem.

A może polityka?

Gdyby  Mirosław chciał to mógłby zostać posłem  – jednak teraz są ważniejsze zadania – wygranie wojny. Nie chcemy jednak brać udziału w nowym podziale łupów. Nie wszystko idzie źle, bo nieodwracalnie zmieniła się mentalność ludzi. Oni przez 80 lat nie rozumieli, że mogą coś zmienić, a teraz wiedzą, że jeżeli się będą działać razem, to nawet ryzykując życiem mogą radykalnie zmienić historię. Do zmian potrzebny jest też rewolucyjny zryw , a dzięki temu gnojowi Putinowi  ludzie już  wiedzą, że nie można siedzieć z założonymi rękami. Wojna pokazała,  kto po jakiej stronie stoi,  nawet jeśli wielu się przemalowało po drodze. Najbliższe lata będą okazją do odsunięcia tych ludzi od władzy. Im nie dadzą żyć ci, którzy powrócą z frontu.

Rozmawiał Jakub Biernat

Na zdjęciu Sasza (pierwszy z prawej) podczas jednej ze swoich wypraw na wschód Ukrainy

jb/Biełsat

www.belsat.eu/pl/

Глядзі таксама
Каментары