“Tituszek” nie żal. Czy OMON sięgnie po pomoc półświatka?

Aleś
Kirkiewicz

Jeden mój znajomy, były funkcjonariusz milicji, powiedział mi kiedyś, że w młodości lubił jeździć na „klapsy” (bel. „chłapki”). Od razu pomyślałem o wydarzeniach z 2011 roku – tajnych akcjach. „Nie, nie” – zaprzeczył – „klapsy to zatrzymania. Świeżo upieczony milicjant zawsze ma frajdę, kiedy może dać komuś po łbie, obezwładnić albo rozbić szybę w samochodzie”.

A więc nie chodzi tu o premie, mieszkanie czy perspektywę emerytury. Chodzi o „frajdę”. A frajda jest wtedy, kiedy przemoc wobec innych ludzi można stosować całkowicie legalnie, pod przykrywką egzekwowania prawa.

Wyobraźmy sobie człowieka o przeciętnych umiejętnościach i średnich zarobkach. Widzi codziennie fajne samochody, bogatych ludzi, piękne dziewczyny. Jest zazdrosny. I nagle trafia się okazja, żeby na wszystkich się zemścić. Nabrać pewności siebie. Spełnić się – przynajmniej w ten sposób.

Ostatni bastion Łukaszenki. Jak “kryminalni” stali się głównym narzędziem represji?

Ale mowa tu nie o MSW. W organach ścigania i służbach specjalnych każdego kraju zawsze znajdzie się jakiś odsetek potencjalnych sadystów i im podobnych osobowości. Oni realizują się przez przemoc. Przy pomyślnych wiatrach systemowi udaje się wyodrębnić te jednostki i je przefiltrować – usunąć z szeregów. Stanowią oni przecież niebezpieczeństwo dla społeczeństwa i psują wizerunek organów ścigania.

Komendant mińskiego OMON-u Zmicier Bałaba (po środku). Zdj. belsat.eu

Chodzi tutaj o ludzi, którzy nie mają odznaczeń i tytułów, którzy nie są mundurowymi, ale którym może nadarzyć się okazja do używania przemocy. Oczywiście, z przyzwolenia tych utytułowanych. Mówimy o tak zwanych „tituszkach”.

30 rubli za godzinę „pracy w terenie”

Z białoruskiej państwowej telewizji słychać głosy o „narodowym gniewie”. Na protesty skarżą się rzekomo „zwykli obywatele” niezadowoleni z obecnej sytuacji. A wkrótce oni sami mają zacząć organizować samoobronę, by walczyć z „majdaniętymi”. Później pojawiły się materiały o zamaskowanych „ochotnikach”, którzy mieliby pomagać milicji w patrolowaniu dzielnic.

A trochę wcześniej, na prorządowych czatach i grupach pojawiła się informacja o rekrutacji wysportowanych chłopaków do „pracy w terenie”. Prościej mówiąc – do pomocy milicji podczas akcji. Stawka za godzinę wynosi 30 rubli białoruskich (ok.45 złotych). Praca przede wszystkim w weekendy, kiedy protestujących na ulicach jest najwięcej. Sprzętu werbujący nie zapewniają, ale można wziąć swój.

Zamaskowani mężczyźni w cywilnych ubraniach podczas Marszu Kobiet w Mińsku. Zdj. TK / belsat.eu / Vot Tak TV

To wszystko powinno zapalać w głowach czerwoną lampkę. Bo w ten sposób na białoruskich ulicach oprócz sił specjalnych, zwykłych milicjantów, wojskowych i „Brygady Karpienkowa” mogą pojawić się kolejne dziwne postacie, którym dano przyzwolenie na przemoc. A na pierwszy rzut oka nie da się ich odróżnić od funkcjonariuszy MSW, bo nawet oni od dawna pojawiają się na akcjach w sportowych spodniach, czapkach z daszkiem i maskach.

„Tituszki” też można aresztować. A potem wypuścić

Po raz pierwszy „tituszki” masowo pojawiły się na ulicach na Ukrainie w czasach rządów Wiktora Janukowycza. Nazwa pochodzi od nazwiska sportowca spod Kijowa – Wadyma Tituszki – który zasłynął podczas nagranych na wideo i rozpowszechnionych przez media, bójek na demonstracjach ukraińskiej opozycji. Co ciekawe, podczas Majdanu Wadym Tituszko publicznie wsparł protestujących. Ale było już za późno – nazwa zdążyła się przyjąć.

Do „tituszek” werbowano sportowców, półkryminalistów i jawnych przestępców, pracowników fizycznych i ludzi z marginesu społecznego. Wszystkich tych, którzy dali się przekonać do „pracy w terenie” za stosunkowo niewielkie pieniądze. Każdego, kto nie dbał o to, kogo ma pobić i gdzie przerywać protesty. Tych, których nie żal.

Uczestniczki Marszu Kobiet i zamaskowani mężczyźni. Mińsk, 17 października 2020. Zdj. TK / belsat.eu

To, że nikt ich nie żałuje to ważna kwestia. Jeśli do prowokacji wykorzysta się funkcjonariuszy MSW, a nawet kadetów Akademii Milicji, to przecież może się to źle skończyć. Powiedzmy, że kadeta w cywilnym ubraniu na proteście pobiją albo złamią mu rękę – trzeba się z tego wytłumaczyć jego rodzicom. A jeżeli zrobią milicjantowi krzywdę – trzeba mu dać premię i zwolnienie lekarskie.

Kiedy podczas bójki napastnik zostanie zidentyfikowany, informacja pójdzie w świat. Rządowi rzecznicy prasowi będą musieli znaleźć jakąś wymówkę. A jeśli chodzi o „tituszki” to jak i w ogóle o co pytać? Jacyś chuligani ludzi pobili, tak bywa. Milicja może ich również „zgarnąć” podczas prowokacji – na pokaz. Tylko po to, żeby później po cichu wypuścić. Nie będzie stanowić problemu, jeśli taki ktoś dozna urazu: na jego miejsce znajdzie się nowy chętny. A tych „zepsutych” spisze się na straty.

Prościej bez ideologii

„Tituszki” to dla Białorusi stosunkowo nowe zjawisko. Wcześniej zasoby kadrowe MSW i innych organów ścigania wystarczały. Najwyraźniej teraz milicja ma problem. Wielu mundurowych przebywa w koszarach od kilku miesięcy, nie mogąc zobaczyć się ze swoją rodziną. Zasoby ludzkie również nie są nieograniczone.

Kiedy OMON słabnie, jest bardziej agresywny i uderza na ślepo

Już wcześniej próbowano wykorzystywać ludzi z zewnątrz. Tak było z Rosjanami z faszystowskiej organizacji Rosyjska Jedność Narodowa (RNE), którzy utrzymywali przyjazne stosunki z białoruskimi władzami pod koniec lat 90. Zajmowali się pobiciami opozycjonistów na klatkach schodowych i wspólnie z milicją organizowali patrole. Ale ta przyjaźń nie skończyła się dobrze: przywódca RNE Gleb Samojłow zginął w tajemniczych okolicznościach, ktoś wylądował w więzieniu, a organizacja się rozpadła. Najwyraźniej trudno było kontrolować RNE, które miało jeszcze własną ideologię. Władza postanowiła zrezygnować z ich usług.

Z „tituszkami” zwerbowanymi wśród sportowców i przestępców jest prościej. Nie ma żadnej ideologii, są pieniądze i przyzwolenie na przemoc. Do niektórych przemówi pierwszy argument, do innych drugi. Jest motywacja. Idący za „ideologią” też się pewnie znajdą, ale to sztuczny produkt.

Na dłuższą metę nikomu niepotrzebni

Na Białorusi „tituszki” póki co nie są masowym zjawiskiem, ale tego należy się spodziewać w najbliższej przyszłości. Propagandyści już przygotowują pod nich teren. „Tituszki” to najbardziej ekonomiczna opcja: siły specjalne trzeba miesiącami przygotowywać, karmić, ubierać. A tu 30 rubli na godzinę i własny sprzęt.

Ci, którzy zajmują się sztukami walki powinni mieć się na baczności, bo w ich środowisku mogą pojawić się „headhunterzy”. Mogą przyjść sami albo na zaproszenie trenera, „po starej znajomości”. To będzie następny sygnał alarmowy. Takie fakty powinny być szeroko nagłaśniane.

Zamaskowani OMONowcy podczas Marszu Emerytów w Mińsku. 12 października 2020. Zdj. TK / belsat.eu

W kwestiach politycznych oznacza to tylko jedno – dalszą agonię i niedotrzymanie zobowiązań prawnych przez państwo. W przypadku Ukrainy i Janukowycza masowe pojawienie się na scenie „tituszek” było zapowiedzią bliskiego końca. Z kolei w Rosji praktyka ta istnieje od lat. Oni też próbowali wykorzystać nazistów, ale to nie zadziałało. Sportowcy i przestępcy okazali się bardziej odpowiednim i tańszym materiałem.

I jeszcze jedno. Los „tituszek” jest marny. Jeżeli zwycięży rewolucja, będą poszukiwani. Funkcjonariusze być może mają środki na to, by się „wykupić” lub wyjechać. Albo uratuje ich zbiorowa solidarność i jeden wyciągnie drugiego. Może uda im się przeforsować uchwalenie łagodnego prawa lustracji, żeby dało się wyjść z tego bez szwanku. Albo chociaż zasłonią się „odgórnym rozkazem” … coś na pewno się znajdzie. „Tituszki” nie mają niczego.

Jeśli wygra kontrrewolucja, to najprawdopodobniej władza pozbędzie się „tituszek”. Przecież oni coś wiedzą i po kieliszku mogą się wygadać: kto dawał pieniądze, kto gdzie wysyłał. Za bardzo wczuli się w rolę i mogą nie przestać – już teraz regularnie i bez rozkazów stosują przemoc. Dali się złapać w pułapkę, bo milicjanci będą usprawiedliwiani, a ci niby dlaczego? Na poczet imitacji sprawiedliwości mogą ich nawet zamknąć w więzieniu.

„Tituszek“ nie żal. Nikomu. Nigdy

Neobolszewizm i polityka „czarnego terroru”

Aleś Kirkiewicz, ksz/belsat.eu

Więcej tekstów autora w dziale „Opinie”

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów