Czyj Krym? Polska firma produkuje globusy i z ukraińskim, i z rosyjskim Krymem


Rosyjskojęzyczny globus firmy Zachem-Głowala pokazuje Krym jako część Rosji. Takie pomoce naukowe trafiły do białoruskich sklepów

Globusy podwarszawskiej firmy Zachem-Głowala przeznaczone na polski rynek pokazują Krym jako terytorium Ukrainy. Jednak na rynek rosyjski ta sama firma produkuje globusy z Krymem rosyjskim. Takie też trafiły do białoruskich sklepów, choć Białoruś nie uznała aneksji półwyspu.

Białoruskie wydawnictwa kartograficzne nie produkują globusów, dlatego do białoruskich sklepów trafiają globusy przeznaczone na rynek rosyjski. Na niektórych z nich Krym, Osetia Południowa i Abchazja wchodzą w skład Rosji, co jest niezgodne z oficjalnym stanowiskiem Białorusi, która nie uznała aneksji tych terenów przez Rosję. Takie pomoce naukowe trafiają jednak do białoruskich szkół i uczelni.

Kraj bez globusa

Jak działaczowi społecznemu Zmitrowi Szymanskiemu tłumaczyło państwowe wydawnictwo Biełkartografija, „produkcja globusów jest procesem bardzo skomplikowanym, wymagającym specjalnej technologii, której na Białorusi nie ma”. Takie pomoce szkolne nie muszą jednak trafiać do sal lekcyjnych, gdyż Ministerstwo Edukacji dostosowało się do panujących warunków i wykreśliło globusy polityczne z obowiązkowego wyposażenia pracowni geograficznej.

Chętni mogą jednak znaleźć w sklepie globusy produkowane za granicą.. Jednym z producentów  podwarszawska firma Zachem-Głowala, którą poprosiliśmy o komentarz.

– Produkujemy globusy na rynek białoruski. Są to globusy rosyjskojęzyczne, bo też nie mieliśmy zamówień na globusy po białorusku – dowiadujemy się od dyrekcji przedsiębiorstwa. – Gdyby było takie zapotrzebowanie, nie ma problemu, byśmy robili globusy w języku białoruskim.

“Globusy z rosyjskim Krymem miały trafić na teren Rosji i Ukrainy”

Na globusie wykonanym na rynek polski, Krym należy do Ukrainy.

To właśnie ta firma wyprodukowała pomoce naukowe, które wywołały na Białorusi burzę krytyki. Nie miały one jednak nigdy trafić na Białoruś, bo “firma nie może produkować i nie produkuje globusów niezgodnych z prawem międzynarodowym i unijnymi dyrektywami”.

– One nie miały trafić na rynek białoruski. Zamówił je klient z Rosji, albo nawet Ukrainy, który zgłosił zapotrzebowanie na takie. Tłumaczył nam, że Duma Państwowa Rosyjska uznała Krym za swoje terytorium, przesłał dokumenty. Producenci rosyjscy są zobligowani do tworzenia globusów, map i atlasów według rosyjskiego prawa i innych, z ukraińskim Krymem nikt tam nie sprzedałby. Na rynek Unii Europejskiej i innych państw nieuznających aneksji Krymu produkujemy globusy z Krymem ukraińskim, bo też innych nie mamy prawa tworzyć. Możemy nawet przedstawić odpowiednie zaświadczenie z polskiego MSZ. Ta sprawa to pomyłka i nabrała niepotrzebnego rozgłosu.

Winny pośrednik?

W państwie, które oficjalnie nie uznaje rosyjskich podbojów, a którego część społeczeństwa je pochwala, “afera globusowa” wywołała poruszenie. Jak tłumaczyli urzędnicy sprawujący w Mohylewie kontrolę nad sklepami, w których sprzedawano feralne globusy, po informacji o obywateli, asortyment został usunięty ze sprzedaży.

Jednak urzędnicy nie przyznają się do odpowiedzialności, a firma produkująca twierdzi, że nie miała wpływu na dystrybucję swojego produktu.

– Nie wiemy, jak rosyjskie globusy mogły trafić do Białorusi. Nie zajmujemy się bezpośrednią sprzedażą i nie mamy nawet jak kontrolować tego, gdzie trafia nasz produkt. Musiały one zostać tam sprowadzone od hurtownika z Rosji lub Ukrainy.

Pozostaje pytanie: skoro można produkować globusy w języku białoruskim i zgodne z białoruskim stanowiskiem, dlaczego nikt ich nie zamawia?

Zobacz też
Komentarze