Autorka kulinarnego show Biełsatu: „W dzieciństwie stałam w kolejkach po chleb i mleko”


O pierwszym na świecie kulinarno-terapeutycznym programie z bitwą szefów kuchni opowiada jego twórczyni Alina Kouszyk. Premiera show „Nie będę tego jeść!” – 25 lutego na antenie Biełsatu.

A my tymczasem rozmawiamy z Aliną: o sowieckim dzieciństwie, mięsie aligatora i o tym, dlaczego nowy program będzie ukazywać się po rosyjsku.

– Pytanie raczej oczywiste: czego nie lubisz jeść?

– Wiesz, jestem wszystkożerna. Mój mąż Marcin śmieje się ze mnie: kiedy jesteśmy w restauracji, zawsze zamawiam coś nowego. Nie zawsze mi smakuje, ale lubię próbować coś nowego. A on zawsze bierze coś, czego jest pewien. Nawet z dzieciństwa nie pamiętam takiego dania, którego bym nie zjadła. I bardzo wcześnie zaczęłam gotować.

– Właśnie chciałam zapytać, od czego zaczęła się twoja fascynacja sztuką kulinarną?

– To były chyba oładki. Mieszkaliśmy wtedy w Kirgizji i tam sprzedawano w torebkach takie ciastka z lekkiego ryżu. Mieszałam je z wodą i smażyłam. Było to moje pierwsze „świadome” danie, którym wszystkich częstowałam i bardzo byłam z tego dumna.

– Może to egzotyka tak na ciebie wpłynęła, że polubiłaś gotowanie? Byłaś chyba całkiem mała, kiedy tam trafiłaś?

– Nie, od 2. do 5. roku życia mieszkałam z rodzicami w NRD – w Preslau i Juteborgu. Radzieccy wojskowi zarabiali dobrze, ale czasem zdarzało się, że pieniędzy i tak nie starczało do pierwszego. Zawsze miałam oszczędności z kieszonkowego, które dawali mi rodzice. Kiedyś mamie skończyły się pieniądze, a trzeba było coś ugotować. Wyciągnęłam wtedy kilka swoich marek. Mama się ucieszyła i powiedziała: „- Idź do sklepu i kup ryż”. Poszłam i kupiłam cukierki – iryski…

Alina Kouszyk na planie programu „Nie będę tego jeść”. Zdj. Alena Sudzina.

– Potem przeprowadziliście się do Kirgizji?..

– I to był szok kulturowy po Niemczech, w których było wszystko. W Kirgizji ludzie nadal jeździli na osłach i wielbłądach. Mieszkaliśmy w osadzie Rybackoje na brzegu Issyk-Kul, cudownego górskiego jeziora ze słoną wodą. To był kurort i bardzo bym chciała tam wrócić i popatrzeć jak tam jest teraz.

Sklepy były tam wtedy puste. To był czas, kiedy rozpadał się ZSRR i bardzo dobrze pamiętam z telewizji pucz. Mama była lekarką, tata pełnił służbę, a ja zajmowałam się wychowywaniem młodszego brata – Saszy. Sama chodziłam do sklepu, gdzie stałam w kolejkach po chleb i mleko i na bazar, który był po prostu wspaniały. Jedno z najlepszych wspomnień to lepioszki, które pieczono tam na miejscu. Obok była dolina Osz, gdzie uprawiano winorośl. Na bazarze wszystko sprzedawano nie na kilogramy, ale na wiadra, koszyki i skrzynki.

– W domu gotowaliście lokalne potrawy czy białoruskie?

W naszym domu zostały do dziś dwie potrawy, które gotuje mama: lagman – gęsta zupa z baraniną i makaronem oraz wielką ilością warzyw. I manty. Pamiętam, że najsmaczniejsze manty były w budce na plaży. Były duże jak pięść i bardzo soczyste.

– Nie myślałaś, aby powiązać kariery z gotowaniem?

– Bardzo podoba mi się to co robię – wiadomości ze świata [Alina prowadzi w Biełsacie program „Praswiet” – od red.] A gotowanie to moje hobby. W życiu zawsze miałam takie podejście, że ze swoich pasji nie robić pracy. Tak było np. z tangiem argentyńskim. Mogłam zostać trenerka tego tańca, ale zostawiłam to sobie „dla duszy”. Bardzo lubię gotować, ale jeżeli musiałabym to robić codziennie jak prowadzący program „Nie będę tego jeść!” Wolha i Alaksandr, to szczerze mówię: nie wiem, czy bym wytrzymała.

Alina Kouszyk częstuje w Tłusty Czwartek kolegów pączkami własnego wyrobu. Zdj. Alina Kouszyk.

– Ale za program kulinarny się wzięłaś…

– Stworzyć show kulinarne to zupełnie inna sprawa. To bardzo twórcza praca. Lubię realizować idee – od pierwszego pomysłu do premiery. Zawsze mówię, że to moje dzieci. Zresztą kiedy byłam w ciąży, to tworzyłam „Praswiet”. W ubiegłym tygodniu ukazało się jego 300. wydanie. To dla mnie prawdziwe święto – jak urodziny.

– Jak wyszło, że wymyśliłaś absolutnie nowy format, którego nie było nigdy i nigdzie w świecie?

– To temat, którym żyję, dlatego zjawiają się pewne myśli. Nie chcę powtarzać tego, co już jest. A propos, jako reżyser pracuje z nami Marek Lamprecht, który w Polsce wyemitował osiem sezonów „Tańców z Gwiazdami”, 11 sezonów „Must be the Music”, pracował nad pierwszym sezonem „Top-Chef” i „Hell’s Kitchen” itd. Myślę, że przyjął on moją propozycję pracy dla Biełsatu również dlatego, że jego przodkowie pochodzą z Białorusi.

– Sama oglądasz show kulinarne?

– Bardzo lubię Jamie Olivera z jego podejściem do kuchni, bardzo lekkim. Szczególnie jego obiady „w 30 minut”. On nie przygotowuje wykwintnych dań w pięciogwiazdkowych hotelach, które mało kto może skosztować. To człowiek, który zmienia nawyki żywnościowe w Wielkiej Brytanii – w szkołach, u zwyczajnych ludzi. I to jest absolutnie niewiarygodne. Możliwe, że uda się też nam.

Syn Aliny, Mikołaj też lubi gotować. Zdj. Alina Kouszyk.

– Mieszkasz w Polsce. Ludzie odżywiają się tu bardziej zdrowo niż Białorusini? Wielu naszych rodaków doznało szoków żywieniowych w przedszkolu, albo w szkolnej stołówce. Jak z tym jest u naszych sąsiadów?

– Kiedy czytam szkolne menu, to nie wydaje mi się ono takie złe. Moim zdaniem problem polega na żywieniu w domu. Kiedy porównuję co ja daję synowi do szkoły, a co inni dają swoim dzieciom…

– A co ty dajesz?

– Na przykład kanapkę z czarnego chleba z hummusem i ogórkiem, jabłko, orzechy. Też chce czegoś słodkiego, bo inni jedzą, ale u nas to wyjątek. Wiele dzieci przynosi do szkoły nafaszerowane chemią croissanty z czekoladą. Takie kupione w supermarkecie, które nie psują się miesiącami. My z Mikołajem poszliśmy do piekarni i kupiliśmy prawdziwe. Sami zrobiliśmy krem czekoladowy, to bardzo łatwe. I mówię mu: „Spróbuj i powiedz, który jest smaczniejszy”. Często urządzamy takie gry. I bardziej posmakował mu ten croissant z piekarni. Tak właśnie przekonałam go, że nie należy kupować słodyczy szkodliwych dla zdrowia. Bardzo mnie złości, kiedy ludzie przychodzą w gości i przynoszą dzieciom słodką chemię.

– Wiem, że Marcin nie gotuje, ale czy Mikołaj przyłącza się do twojego hobby?

– Pomaga mi. Wczoraj np. smażyliśmy z nim naleśniki. Często bawimy się też w krytyka kulinarnego: próbuje moich dań i je ocenia. I trzeba przyznać, że ma bardzo dobry gust. Świetnie odróżnia zapachy, smaki i niuansy.

– Nie marzy jeszcze, aby zostać szefem kuchni, kiedy dorośnie?

– Na razie, jak prawie każdy chłopiec, chce zostać piłkarzem.

Smażone winogrona w Tuluzie. Zdj. Alina Kouszyk.

– Dużo podróżujesz i przywozisz nowe przepisy. Co było dla ciebie odkryciem kulinarnym?

– Smażone winogrona w Tuluzie bardzo mnie zaskoczyły. Nieprzyjemnym odkryciem było mięso aligatora, którego spróbowałam w USA. Postanowiłam zamówić, bo byłam ciekawa, ale jedzenie nie sprawiło mi przyjemności.

– Szkoda było aligatora?

– Chyba tak. W ogóle rzadko jem mięso. Ale ostatnio we Francji weszłam do sklepu mięsnego, gdzie polecono mi znakomite pasztety, do których kupiłam bagietkę i butelkę wina. Bardzo żałuję, że na Białorusi nie ma takich miejsc, gdzie ludzie pracują z pokolenia na pokolenie i bardzo dobrze wiedzą co sprzedają. I znają każdego swojego klienta.

Rozmawiała Inga Astraucowa

Zobacz też
Komentarze