Ihar Kuźniecou: przynajmniej 2/3 osób z listy Lebiediewej zostało rozstrzelanych


Czy to ostateczna lista rozstrzelanych, czy kolejny ślad zbliżający nas do prawdy?

– Jest to lista, dzięki której widać skąd i dokąd przemieszczono więźniów. I punktem docelowym jest Mińsk. Nie jest to lista osób przeznaczonych do rozstrzelania, czyli np. decyzja trójki specjalnej NKWD BSRR. Takich dokumentów nie odnaleźliśmy i nawet mogą nie istnieć – procederu przewidywała, żeby wyrok wykonać bez procedury sądowej. Myślę, ze list znalezionych przez Lebiediewą – co najmniej 2/3 zostało rozstrzelanych ale to muszą udowodnić badania.

Natalia Lebiediewa znalazła informacje o straconych polskich oficerach w dokumentach 15 brygady konwojowej NKWD – która działała na terytorium Białorusi – czy pan również podejrzewał, że ta lista tam się znajduje?

Ihar Kuźniecou – w 2010 r. razem z TV Biełsat w 2010 r. zrobiliśmy film dokumentalny „Katyń 70 lat później”. Tam również występowała Natalia Lebiediewa i już wtedy snuła przypuszczenia, że kluczowe dokumenty mogą znajdować się w archiwach 15 brygady – jednak wtedy jeszcze nie udało ich się znaleźć. Ja twierdziłem, że istniały dwie kopie list rozstrzelanych – jedna w archiwach NKWD BSRR a druga w Moskwie. Problem w tym, że 23 grudnia ub.r. Łukaszenka oświadczył, że na terenie Białorusi nie rozstrzelano ani jednego Polaka – i listy katyńskiej po prostu nie ma. Podobna sytuacja miała miejsce 15 maja br. w 90 rocznicę powstania białoruskich archiwów państwowych. Wtedy Uładzimir Adamuszka, Dyrektor Departamentu do spraw Archiwów i Sprawozdawczości Ministerstwa Sprawiedliwości powiedział, że białoruskiej listy katyńskiej nie ma i nie może być – że na naszym terytorium były jedynie obozy przejściowe w Orszy, okolicach Brześcia, Baranowiczach. W ten sposób pierwsza osoba w państwie i pierwsza osoba w białoruskich archiwach przekonywały, że coś takiego jak lista katyńska w przyrodzie nie istnieje. Dokumenty, do których dotarła Lebiediewa pokazują, że informacje przekazywane przez białoruską stronę mijają się z prawdą.

Ile Polskich oficerów zginęło na terenie Białorusi według pańskich szacunków?

Jeżeli chodzi o ilość – dysponujemy tajną notatką szefa KGB Aleksandra Szelepina z kwietnia 1959, która głosi, że w wyniku tzw. polskiej operacji w więzieniach zachodniej Ukrainy i Białorusi stracono 7305 osób. Jeżeli odejmiemy od tego liczbę rozstrzelanych znajdujących się na liście przekazanej przez ukraińskie władze – okazuje się, że na Białorusi powinno być straconych ok. 3870 oficerów. Lebiediewa znalazła listę z ponad 1906 nazwiskami, z czego przetransportowano do punktów przeznaczenia 1800 osób. Więc jest to prawdopodobnie połowa.

Tę liczbę potwierdza również rozkaz Berii z marca 1940 r., o opróżnieniu więzień na terytorium zachodniej Ukrainy i Białorusi, na podstawie którego do Mińska miało być przerzuconych ok. 3 tys. oficerów polskiej armii.

Czyli trafili do Mińska i ślad się urywa – najprawdopodobniej tu zakończyli życie

– Moim zdaniem na 99 proc. tak się stało – dlatego, że nie ma żadnych innych dokumentów i dowodów, że ci ludzie odnaleźli się w innym miejscu – w innych więzieniach czy łagrach. Możemy więc jednoznacznie stwierdzić, że zabito ich w Mińsku, choć nie można wykluczyć, że w pojedynczych przypadkach mogli być oni przewiezieni do innych miejsc.

Czy odnalezione dokumenty dają nowe podstawy dla złożenia powtórnego wniosku do białoruskich władz o zbadanie miejscowych archiwów pod kątem istnienia listy katyńskiej?

– Polska strona powinna wstąpić do białoruskich władz. W kwietniu brałem udział w konferencji IPN nt. zbrodni katyńskiej. Wtedy, gdy nowych dokumentów jeszcze nie opublikowano, namawiałem polską stronę, by wymogła na białoruskich władzach udowodnienie, że na terytorium Białorusi nie rozstrzelano ani jednego Polaka. Tymczasem ani polski MSZ, ani nawet ambasada nie zareagowały na stwierdzenia Łukaszenki i szefa archiwów.

Jaka powinna być ta reakcja?

Teraz trzeba po prostu poprosić białoruskie władze o wytłumaczenie, że skoro nikt ze znalezionej listy ich zdaniem nie został rozstrzelany – w takim razie – gdzie ci ludzi się podziali. Znając opór materii, trzeba to zrobić w sprytny sposób – powiedzieć, że nie twierdzimy że oficerów rozstrzelano – tylko poprosić o udowodnienie, że ci ludzie zostali przewiezieni do innych łagrów i nie zostali zabici. I tak będzie prościej, bo jeżeli Polska będzie naciskać na ujawnienie listy zabitych – Białorusini odpowiedzą, że dokumentów nie ma i nikt nie został rozstrzelany. A tak po prostu trzeba poprosić o poinformowanie o dalszym losie osób konwojowanych przez 15 brygadę.

Dlaczego białoruskie władze negują istnienie listy?

– Robią dokładnie to, co robiło kierownictwo ZSRR przez długie lata, a i do niedawna rosyjskie władze, które udawały, że problemu nie ma. Jest to oficjalna polityka białoruskiego państwa, które absolutnie ignoruje problem represji komunistycznych i ich ofiar. Nikt o tym oficjalnie nic nie mówi, nie ma oficjalnych publikacji – nie wydano żadnej oficjalnej księgi pamięci. Nie ma ani jednego oficjalnego znaku pamiątkowego ustanowionego przez państwo. Nie obroniono żadnej pracy doktorskiej na ten temat. Nie są prowadzone, żadne badania historyczne, nawet na poziomie Białoruskiej Akademii Nauk. Wszystko zostało wyrzucone poza nawias państwa.

Z Iharem Kuźniecowem rozmawiał Jakub Biernat

Ihar Kuźniecou jest białoruskim historykiem badającym represje komunistyczne i szefem białoruskiego oddziału „Memoriału”. Jest współtwórcą dokumentu Biełsatu „Katyń 70 lat późnej”. Gdy w lutym br. skrytykował Aleksandra Łukaszenkę za zaprzeczanie istnieniu białoruskiej listy katyńskiej, został wezwany przez KGB, które zagroziło mu oskarżeniem o dyskredytowanie kraju.

Zobacz też
Komentarze