Plotki – bronią w ręku dyktatury?


Dziennikarze kilku niezależnych lokalnych gazet białoruskich twierdzą, że w ciągu kilku ostatnich dni zetknęli się z dziwną sytuacją – ktoś uparcie rozpowszechnia plotki, że osobom krytykującym Aleksandra Łukaszenkę przydarzają się nieprzyjemne niespodzianki w różnych dziedzinach życia.

Dziennikarz z Brześcia Aleś Liauczuk usłyszał historię o kobiecie, która rzekomo w autobusie zaczęła źle mówić o Łukaszence, po czym siedzący obok mężczyzna miał wyjąć legitymację KGB i wyprowadzić ją z autobusu. „Od tamtej pory tej kobiety nikt nie widział” – brzmi zakończenie historii.

W mieście Gorki z kolei opowiada się inną miejską legendę – o mężczyźnie, który przez telefon skrytykował białoruskiego dyktatora – a po kilku minutach miał otrzymać sms-a od operatora sieci z informacją, że jego zadłużenie na rachunku telefonicznym wynosi 300 dolarów.

Jak mówi dziennikarz najstarszej białoruskiej gazety Nasza Niwa Siamion Piaczanko, historie typu – „źle powiedział o Łukaszence – źle skończył” pojawiają się w całym kraju. „Ma się wrażenie, że na tle pogorszenia sytuacji ekonomicznej te plotki szerzy się po to by zniechęcić ludzi do krytyki” – dodaje.

Historycy, zajmujący się badaniem propagandy z czasów radzieckich twierdzą, że taka metoda zastraszania ludzi przez plotki była na stałe wpisana w arsenał środków działania KGB ZSRR. Niewykluczone, że tradycje historyczne z czasów radzieckich w kryzysowych momentach istnienia KGB odżywają z nową siłą.

Michał Janczuk (TV Biełsat)

www.belsat.eu/pl

Zobacz też
Komentarze