Podatna na „russkij mir” Mołdawia jest miękkim podbrzuszem Europy

Europejska terra incognita leżąca między Prutem a Dniestrem to kraj, oprócz Białorusi, najbardziej narażony na wpływ „russkiego miru”. Rosja może nie sprawuje „rządu dusz” nad całym krajem, przy władzy w końcu jest prozachodnia prezydent Maia Sandu, ale Rosja nadal jest w stanie używać swojej niszczycielskiej mocy do działań naruszających stabilność kraju.

Mołdawia, mimo że jej oficjalnym językiem jest rumuński, jest w praktyce krajem dwujęzycznym. Według ocen politologa Walerija Paszy około połowy mieszkańców posługuje się nim codziennie. W mołdawskiej stolicy brzmi on na każdym kroku.

W Gagauzji – autonomicznej prowincji zamieszkałej przez prawosławnych Turków – jest on właściwie głównym językiem komunikacji. Nie mówiąc o Naddniestrzu. To separatystyczny twór, zarządzany wprost z Kremla od lat 90. XX wieku, kiedy to miała miejsce wojna w Mołdawii podsycana z Moskwy. Stacjonuje tam rosyjski garnizon.

Rosyjskojęzyczność niestety to kanał, którym do głów Mołdawian wlewa się jak choroba rosyjska propaganda. Ukraińców przed „russkim mirem” ostatecznie „zaszczepiła” wojna. Mołdawianie, którym na głowy nie spadają rosyjskie bomby, jeszcze tej odporności nie osiągnęli. Choć parokrotnie słyszałem, że wojna u sąsiada i ogromna jak na ten kraj fala uchodźców kazała im się zastanowić nad stosunkiem do Rosji.

Opinie
Mołdawia: nowy rząd, nowa narracja, stare zagrożenia
2023.02.19 09:58

Jak podatność na rosyjską propagandę wygląda w praktyce, zobaczyłem podczas mojej niedawnej wyprawy do tego kraju. W marszrutce – czyli pasażerskim minibusie – na mołdawskiej prowincji spotkaliśmy Rosjanina. Okazało się, że Sasza po rozpoczęciu wojny uciekł z kraju, gdzie pracował w wydawnictwie drukującym książki duchowych spadkobierców Lwa Tołstoja. Pisarza, który łączył prawosławną duchowość z pacyfizmem i elementami anarchizmu. Towarzysz naszej podróży, mimo że Rosjanin, otwarcie popierał Ukrainę, w pełni rozumiejąc, że została napadnięta. Mówił, że wojna skończy się rozpadem Rosji i nie ma innego wyjścia. Wygłaszał więc tezy kontrowersyjne dla większości Rosjan. Rozmowie, która toczyła się w obecności moich kompanów: Białorusina i Rosjanki urodzonej w Kazachstanie, przysłuchiwała się Mołdawianka, która nagle wypaliła:

– Słyszałam, że ktoś tu jest z Rosji. To ja chcę powiedzieć, że jesteśmy za Putinem, tylko on może zaprowadzić porządek.

Na dalsze dyskusje nie było czasu, bo akurat wysiadaliśmy. Ale na pierwszy rzut oka widać, że lata sączenia, a raczej polewania głów Mołdawian potokami rosyjskiej propagandy, odcisnęły swoje piętno. Mołdawia zakazała emitowania rosyjskich programów informacyjnych dopiero w czerwcu 2022 r., 3,5 miesiąca po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji! W historii niepodległej Mołdawii krajem rządziły głównie partie i oligarchowie powiązani z Kremlem, dla których rosyjskie wpływy nie były zagrożeniem. Nadal jednak dostępne są rosyjskie gazety i kanały tematyczne w TV, które utrwalają sowieckie i rosyjskie wpływy kulturowe i symboliczne.

Oczywiście nowe prawo nie dotyczy obszaru Naddniestrza – czyli eksportowej wersji „russkiego miru”, podobnej jak ta np. z Białorusi. Tam można poczuć w pełni, jak działa kremlowska „kuźnia dusz”. Dla przeciętnego mieszkańca Zachodu, a nawet ludzi zajmujących się Wschodem, wszechobecność i agresywność rosyjskiej propagandy może być szokiem. Widz rosyjskiej TV jest codziennie wręcz bombardowany potokiem absolutnie jednostronnych i spreparowanych treści, gdzie prawda absolutnie się nie liczy. Przełączając z kanału na kanał, co rusz ogląda a to program o „psychologicznych operacjach ukraińskiej armii”, a to o spisku Zachodu, o amerykańskich biolaboratoriach, o „sekcie Zełenskiego” albo o „oddziałach SS na Ukrainie”. A wieczorem wszystko to jest utwardzane w krzykliwych talk-shows. Wszystko to jest dostępne w Naddniestrzu. Wyjazd tam, na razie dość swobodny, jest świetną namiastką podróży do kraju agresora.

Dla Rosji język to oręż taki sam jak rakiety czy czołgi. Dlatego robi wszystko, by utrzymać ten kanał rozprzestrzeniania własnej propagandy. Jest to bowiem oręż służący do kształtowania świadomości. Jest to broń na tyle silna, że liczni Mołdawianie, którzy nie mają przeszkód, by dowiedzieć się jak wygląda Zachód, a nawet często jeżdżą tam do pracy, nadal nie wyzbywają się – wbrew faktom – prorosyjskich opinii. Dodatkowo obecność rosyjskojęzycznych obywateli daje Rosji pretekst do ich „obrony” przed rzekomymi prześladowaniami.

Warunkiem zbliżenia do Zachodu musi być derusyfikacja językowa i kulturowa. “Russkij mir”, zawsze będzie czymś innym niż soft power brytyjskiego Commonwealthu czy wpływy Francji w świecie frankofońskim. Trudno sobie wyobrazić, by Brytyjczycy bronili „anglojęzycznych” na Jamajce, czy Francuzi frankofonów w Maroku grożąc suwerennym krajom wojną.

Przykład Mołdawii pokazuje, że Unia Europejska, by przyciągnąć kraj w stronę Zachodu, musi nie tylko budować infrastrukturę i związki gospodarcze. Musi w tym samym czasie na serio zainwestować w zmianę świadomości jej obywateli. Inaczej Mołdawia nigdy nie opuści tej szarej strefy, która jest wymarzonym środowiskiem do budowania rosyjskich wpływów.

Jakub Biernat/ belsat.eu

Redakcja może nie podzielać opinii autora.