Jakich białoruskich autorów czytają Polacy? Wywiad z wydawcami


Alaksandr Paszkiewicz i Hienadź Winiarski w studiu Biełsatu

Na Zamku Królewskim w Warszawie obyły się Targi Książki Historycznej, w których uczestniczyli także białoruscy autorzy. O najlepszych eksportowych białoruskich pisarzach Alina Kouszyk rozmawiała z Alaksandrem Paszkiewiczem (redaktorem naczelnym czasopisma ARCHE) i Hienadziem Winiarskim (dyrektorem wydawnictwa Knihazbor)

Alina Kouszyk: Jakie wrażenia po pracy przy międzynarodowej wystawie książek historycznych? Jakie nasze tytuły najlepiej odbierali goście?

Hienadź Winiarski: Wrażenia są bardzo pozytywne. Widać, że mieszkańców Warszawy książki interesują, także białoruskie. Historycy, ci, których interesują białoruskie książki i historia w ogóle, podchodzili i kupowali. W porównaniu do polskich stoisk wyglądaliśmy nie najgorzej, a może nawet lepiej.

Jakie pozycje były najpopularniejsze? Do studia przynieśliście niemało książek.

Alaksandr Paszkiewicz: Mamy trzy kategorie klientów. Pierwsza to Białorusini, którzy z różnych przyczyn mieszkają w Warszawie, pracują tu i studiują. Drugą są polscy naukowcy badający tematy związane z Białorusią. Trzecia to ludzie czujący jakiś sentyment do Białorusi, bo ich przodkowie pochodzili z naszych kresów lub sami są z nimi jakoś związani. Od tego zależy popyt.

Białorusini oczywiście poza historyczną, nabywają i literaturę piękną, książki dla dzieci, bo mieszka tu wiele młodych rodzin z dziećmi, które chcą wychować po białorusku.

Naukowcy kupują to, co interesuje ich ze względu na ich badania. To przede wszystkim historia Wielkiego Księstwa Litewskiego, Rzeczypospolitej. Interesują ich także kwestie II wojny światowej.

Weźmy na przykład książkę „Brześć. Lato 1941 roku” („Брест. Лето 1941 года”). To wspólny białorusko-niemiecki projekt zawierający unikalne dokumenty. Książka unikatowa, a wielu Polaków ten temat interesuje, wiec naturalne, że ją biorą, kartkują, a niektórzy nabywają.

A oto cudowna książka „Litwini w gwardii Napoleona” („Ліцьвіны ў гвардыі Напалеона”) – bardzo ładny, solidny tytuł. On także był wśród faworytów.

AP: Tak, ta książka cieszy się popytem. Jeżeli nawet jej nie kupują, to biorą ją do rąk, przeglądają. W Polsce tematyka napoleońska jest bardzo popularna. Całe wydawnictwa praktycznie się w tym specjalizują. Dodajmy, że o mieszkańcach byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego walczących w armii Napoleona w 1812 roku mówi także świeżo wydana książka wydawnictwa Technalohija, którą także tu mamy.

Oczywiste jest, że takie książki cieszą się największym popytem. Tym bardziej, że ich wartością nie jest sam tekst, a raczej ilustracje.

W związku z tym, że w Polsce zmniejsza się liczba młodych osób, które umieją czytać cyrylicę, wydania bogato ilustrowane są tym, co przyciąga ich najbardziej. Dlatego, że nie muszą tu czytać, a mogą odbierać treść wizualnie.

Dlaczego te książki są tańsze w Warszawie, niż w białoruskich księgarniach? Z czego to wynika?

HW: Rzecz w tym, że my sami, wydawcy, przyjechaliśmy tu i sprzedajemy swoje produkty bez pośredników. Ponosimy tylko koszty wydania. Nie ma księgarń, które rezygnują z marży na rzecz sprzedaży. Chcemy, by książki były dostępne dla jak najszerszego koła odbiorców, nie chcemy ich straszyć cenami.

AP: Dodałbym jeszcze, że gdy w Mińsku odbywają się targi literackie, to tam także książki są tańsze o 20-30%. Dlatego, że pośrednik zazwyczaj bierze 30%.

A który z białoruskich pisarzy jest teraz najlepszym towarem eksportowym? Czy udało się Swietłanie Aleksiejewicz, dzięki Nagrodzie Nobla, zwrócić uwagę nie tylko na swoją osobę, ale i na białoruską literaturę?

HW: Po tym jak Aleksiejewicz została odznaczona tym wysokim tytułem, o białoruskiej literaturze mówiła cała Europa. Zaczęli się interesować – Aleksiejewicz skądś się wzięła, czyli jest coś więcej. Widzę, że w Europie wzrasta zainteresowanie białoruską literaturą. Mamy już autorów popularnych w Europie.

Na przykład kogo?

HW: Choćby Wiktar Marcinowicz, którego tłumaczą na niemiecki, a Niemcy kręcą filmowe adaptacje jego książek. Niemieckie wydawnictwa jego książki wypuszczają wielokrotnie. Można tu też dodać Alhierda Bacharewicza, który też jest osobą całkiem znaną.

Zyskał dużą popularność jako polityk, co pewnie pomogło zdobyć sławę jego wierszom.

HW: Można powiedzieć, że jedno pomogło drugiemu. W polityce pomogło mu to, że jest pisarzem z głośnym nazwiskiem, z kolei polityka pomogła jego twórczości literackiej.

Alaksandrze, co białoruska literatura może dać światu, zagranicznym czytelnikom? W czym jesteśmy wyjątkowi, dlaczego warto czytać białoruskie książki?

AP: Trochę trudno mówić mi o literaturze pięknej, bo nasze wydawnictwo specjalizuje się w historiografii. Lepszym specjalistą jest w tej kwestii Hienadź, bo Knihazbor drukuje także dzieła literackie.

Co do książek historycznych to mogę powiedzieć, że stoi przed nimi misja otwierania stron ojczystej historii. Nie tylko przed białoruskim czytelnikiem, ale też zagranicznym. To jednak wymaga przede wszystkim tłumaczeń.

I to wielka wada białoruskiej nauki, że jej osiągnięcia bardzo rzadko pokazują się w językach obcych. Nam, jako wydawnictwu białoruskiemu, bardzo trudno się tym zajmować, bo to jest już zupełnie inny poziom, wymagający zupełnie innych pracowników.

My pracujemy w odwrotnym kierunku: jesteśmy faktycznie jednym z nielicznych wydawnictw, które tłumaczą zagranicznych autorów na język białoruski.

Mamy bardzo dużo takich książek, na przykład z angielskiego przełożyliśmy książkę białorusko-izraelskiego historyka Leanida Rejna „Królowie i pionki. Kolaboracja na Białorusi podczas II wojny światowej”. Z litewskiego przetłumaczyliśmy „Skarb Wielkiego Księstwa Litewskiego podczas wojny dwudziestoletniej” litewskiego badacza Antanasa Cily. W ten sposób osiągnięcia światowej historiografii dotyczące Białorusi stają się dostępne dla białoruskiego czytelnika.

Gdyby jeszcze udało się rozpocząć odwrotny proces – by białoruskie książki zaczęły być przekładane na języki obce. To byłby przełom.

Działalność wydawnicza nie jest zazwyczaj prosta, szczególnie na Białorusi. Skąd bierzecie środki na wydawanie książek? Czy autor rzeczywiście musi za to płacić, czy poszukujecie grantów? Jak to wszystko działa?

HW: Są różne przypadki. Gdy widzimy, że autor nie tworzy najlepszej prozy czy poezji, to wydaje na swój kosztu, szuka sponsorów.

Czy wydawanie za własne pieniądze jest więc popularne?

HW: Tak. Inna sprawa, gdy zobaczymy, że książka jest bardzo wartościowa. Wtedy zaczynamy pomagać w poszukiwaniu środków, częściowo albo całkowicie uczestniczymy w projekcie. Bardzo ściśle współpracujemy ze Związkiem Białoruskich Pisarzy, Zgromadzeniem Białorusinów Świata „Baćkauszczyna”. Wraz z nimi staramy się wesprzeć tą literaturę, którą uważamy za wartą przeczytania nie tylko przez odbiorcę białoruskiego, ale i zagranicznego.

Oczywiście, jesteśmy zainteresowani jak najszerszym wyjściem do rosyjskojęzycznych czytelników z Białorusi, by ich także zainteresować.

Trzymasz świetną rzecz – książkę Svena Nurdqvista „Findus odjeżdża”. To przykład serii dla dzieci od Związku Białoruskich Pisarzy.

Powiedzcie, dlaczego jest taka popularna? Mój syn ma prawie całą serię. Dlaczego te książki trafiły do serc naszych dzieci?

HW: Gdy zaczynaliśmy, mieliśmy przetłumaczoną ze szwedzkiego książkę Svena Nurdqvista „Petson i Findus obchodzą Gwiazdkę”. Dogadaliśmy się ze Szwedami, że dadzą nam prawa autorskie na 1000 egzemplarzy każdej książki o Petsonie i Findusie. Myśleliśmy, że dla Białorusinów to i tak za dużo. Ta książka wyszła na święta w dwa lata temu i cały tysięczny nakład rozszedł się w dwa tygodnie.

I to bardzo dobra tendencja. Dodam jeszcze, że białoruskie książki pojawiły się w Warszawie dzięki wsparciu Białoruskiego Domu. Dziękuję wam za rozmowę.

Wywiad pokazał się w programie „Świat i my” z Aliną Kouszyk.

Zobacz też
Komentarze