Felietony Maksyma Czyhunki We come in peace! – czyli jak i za co Rosjanie napadną Białoruś


Zawsze rozśmiesza mnie do łez przekonane Łukaszenki, że dzięki jego polityce językowej tzn. kompletnym zduszeniu białoruskiego Rosja nigdy nie zrobi krzywdy Białorusi. Nie darmo mówił na swojej konferencji prasowej.

„Wiecie od czego zaczął się konflikt na Ukrainie. Z bezmózgowej polityki wobec mniejszości narodowych. Jestem dumny z tego, że ukręciłem łeb temu nacjonalizmowi.”



Czasem zresztą zastanawiam się, czy na początku panowania Łukaszenka nie podpisał jakiegoś cyrografu z Rosją. I w nagrodę za wypełnianie obietnic rusyfikacji i oddania Białorusi na pastwę rosyjskich wpływów kulturowych i medialnych otrzymuje gigantyczne wsparcie ekonomiczne. Oglądanie telewizji to niby nic takiego, a okazuje się, że np. na takiej Ukrainie zasięg separatyzmu jest silnie powiązany z oglądalnością rosyjskich kanałów, które jak pająk powoli wysysają mózg telewidza. Na Białorusi jest podobnie. Nie ma się więc co dziwić, że gdy dziennikarze Biełsatu pytają na ulicach mińska przechodniów, z której strony może przyjść zagrożenie dla Białorusi – pada odpowiedź:

„Ze strony NATO – ja wiem – przecież oglądam telewizję”.

Przekonanie jednak, że Rosjanie pogłaszczą po główce posłusznego Łukaszenkę jest błędne. Dla Rosjan celem jest doprowadzenie do sytuacji, gdy każdy Białorusin będzie mówił o sobie „Jestem Rosjaninem” i to bez znaku jakości. A kraj zejdzie do poziomu Czeczenii, w której Ramzan Kadyrow już chce odgrywać rolę autorytetu moralnego dla całej Rosji.

Białoruski prezydent może sobie oświadczać jak to kocha Rosję i „nie dopuści, żeby język” itp. A mimo to czujny dziennikarz z rosyjskiej agencji państwowej Regnum i tak wyczuje, że na Białorusi się dzieje się źle. Okazuje się, bowiem, że od dłuższego czasu mamy tu do czynienia z procesem „wyszywanizacji” – czyli masowego procesu przebierania dobrych, mało uświadomionych narodowo Białorusinów w „faszystowskie” wyszywanki – czyli ludowe koszule, w których sami wiecie podczas II wojny światowej kto i pod jaka flagą chodził i komu się wysługiwał.

No, a o co chodzi? Otóż białoruski minister edukacji ośmielił się zaproponować, by historia i geografia w białoruskich szkołach były nauczane po Białorusku. Publicysta Andrzej Goriaczew delikatnie napomina, że takie pomysły mogą się bardzo źle skończyć. I przypomina to na przykładzie Ukrainy. „12 lat temu Ukraińcy przełożyli na swój język geografię i historię potem kurs średniej edukacji”. Takie perwersyjne zachowania, zdaniem Goriaczewa doprowadziły do tego, że „Ukraina zwróciła się w stronę Europy”, popisała umowę o pomocy humanitarnej z USA. Dalej było niszczenie pomników, „tych którzy stworzyli Ukrainę w dzisiejszych granicach” itp. itd. A w efekcie „Ukraina przestanie funkcjonować w tych granicach”. Prosta sprawa – nauka historii Białorusi po białorusku doprowadzi was, kochanych Białorusinów do wojny.

No ale przy dzisiejszym praktycznym monopolu rosyjskich mediów na Białorusi – Białorusini mogą nawet tego nie zauważyć. Rosjanie bowiem zawsze przynosili wojnę tak z taką gracją jak Marsjanie z filmu Mars atakuje. Miłego oglądania:

Maksym Czyhunka, belsat.eu

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Inne wpisy
Komentarze