Felietony Maksyma Czyhunki Jak iść na dno to razem


Zakaz eksportu żywności z Białorusi do Rosji to znak, że Putin ma dość patrzenia jak Białoruś zarabia na „cudzej krzywdzie”. Sojusz Rosji i Białorusi tymczasem zaczyna nabierać cech „braterstwa w biedzie”.

A miało być przecież inaczej. Dzień, w którym Kreml ogłosił wprowadzenie embarga na wwóz zachodniej żywności był pięknym dniem w życiu Aleksandra Łukaszenki. No nareszcie pojawiała się okazja do wprowadzenia w życie nowego schematu oszukania starszego brata. Ostatnio było bowiem z tym krucho, Białoruś co najwyżej usiłowała sprzedawać za granicę benzynę udającą mieszanki bitumiczne, tak by nie zapłacić cła do rosyjskiego budżetu.  Ale co tam tego było – ledwie parę milionów dolarów.   

Tymczasem: jedzenie – Łukaszenka już widział oczami wyobraźni tysiące ton mleka – całe rzeki płynące z Polski i Litwy do Rosji przez Białoruś. Na brzegu tymczasem stoi białoruski prezydent i tylko pobiera myto za tranzyt. Ale co  tam mleko, białoruski prezydent uwierzył, że Rosjanom można sprzedać wszystko z etykietką „made in Belarus” – nie na darmo dał się sfotografować przy zbiorach białoruskich arbuzów. No bo jeśli na Białorusi można wyhodować arbuzy to Rosjanie nie będą mogli się czepiać, że Białoruś nagle stanie się eksporterem tych raczej ciepłolubnych owoców.  

„Możemy przywozić do siebie wyroby z dowolnego miejsca planety. Trzeba przywozić, przetwarzać i sprzedawać. Tylko trzeba to dogadać z Rosjanami, żeby nas nie oskarżali, że działamy wbrew ich polityce.” – mówił w sierpniu Łukaszenka. 
No i na końcu okazało się, coś się nie dogadali, bo Rosjanie tym razem nie przymknęli oczu na eksportowe machinacje. Trudno było nie zauważyć setki ciężarówek jadących wiozących do Kazachstanu polskie owoce i warzywa, których ładunek wyposażony we wszelkie dokumenty od białoruskich służb rozpływał się po przekroczeniu rosyjskiej granicy. Kryzys w Rosji robi się coraz gorszy, a tu Białorusini chcą zarabiać na cudzej krzywdzie. I swoim zwyczajem Rosjanie znaleźli groźne bakterie i antybiotyki w białoruskich wędlinach wytwarzanych z importowanego mięsa. Do tego de facto  na nowo odtworzyli rosyjsko-białoruską granicę dla białoruskich przewoźników. Wszystko po to, by czasem nie przychodziło im do głowy zbaczać z drogi do Kazachstanu i sprzedawać w Rosji polskich jabłek. 

Putin chyba już wie, ze przy takich cenach ropy Rosję czekają ciężkie czasy i dlatego za wszelką cenę chciałaby sobie znaleźć towarzysza w niedoli. I Białoruś jest pierwszym kandydatem. 

Maksim Czyhunka/Biełsat

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Inne wpisy
Komentarze