Felietony Maksyma Czyhunki Dlaczego śmieję się Łukaszenki, a z Trumpa już nie


Niby obydwaj są podobni do siebie pod względem manier i fryzury, jednak ten drugi został prezydentem z woli swojego narodu, a pierwszy choć może i nadal popularny, konsekwentnie nie daje narodowi dojść do głosu.

Przeciwnicy polityczni nowego amerykańskiego prezydenta i liczni Europejczycy zaśmiewają się z Donalda Trumpa. „Cham i prostak”, do tego o dziwnie niespokojnej fryzurze przypominającej wczesnego Łukaszenkę. Jednak mogę się założyć, że za chwilę Trump nie urządzi referendum, w którym po sfałszowanym głosowaniu rozszerzy swoje pełnomocnictwa i usunie z konstytucji zapis o dwóch kadencjach. Jakby amerykańskie wybory nie były zagmatwane dla świata ze swoim systemem głosów elektorskich – wygrał – a wybory odbyły się pod kontrolą społeczną. W amerykańskich lokalach wyborczych nie można było spotkać ciotek z „Sajuza Żenszczyn Amieriki”, które zrywały się i wręczały międzynarodowym obserwatorem przygotowane zawczasu kratki, że wybory są najuczciwsze na świecie. Frekwencja nie wzrastała podczas przedterminowego głosowania nagle o kilkadziesiąt procent, głosów nie liczono w milczeniu, pozwoliwszy obserwatorom podjeść na co najwyżej trzy metry. Co więcej na światło dzienne powychodziły wszelkie grzechy i grzeszki kandydata – kontrowersyjne wypowiedzi i fakty z życia. Amerykanie wiedzieli więc kogo wybierają, i że nie jest to wzór cnót.

Tak więc Trump został wybrany wolą swojego narodu, który miał możliwość wziąć odpowiedzialność za swoje czyny. A za cztery lata sam kandydat i tak zostanie zweryfikowany w kolejnych wyborach.

I w efekcie groteskowy Trump jest kandydatem, który otrzymał nawet mniej głosów niż jego konkurentka – jednak i tak ma o wiele większy mandat do rządzenia niż ci wszyscy dyktatorzy i autokraci zaludniający przestrzeń postsowiecką. Ci robią wszystko, by naród nie mógł realnie ocenić ich pracy – jeśli wygrywać to z ratingiem zawyżonym o kilkadziesiąt procent.

Zawsze się zastanawiam dlaczego Łukaszenka, Putin, Nazarbajew, te wszystkie Baćki, Liderzy Nacji inni Jełbasy czy Turkmenbasze nie dopuszczają myśli, że wyborów można nie sfałszować. Przecież jest niemal pewne, że w takim przypadku i tak by wygraliby. Są przecież najbardziej rozpoznawalnymi politykami w swoich krajach, przez lata propaganda karmiła obywateli, że bez nich ani rusz. Jednak nie! Nie mogą sobie pozwolić zwycięstwo na poziomie Trumpa, zawsze muszą mieć to najmniej kilkadziesiąt procent więcej niż marionetkowi kontrkandydaci. Wygrać małą ilością głosów, to dla nich po prostu desakralizacja ich władzy. Podobnie jak dopuszczenie do wyborów poważnych kontrkandydatów.

Ameryka może wybrała źle, może prezydentura skończy się katastrofą, ale nikt nie powie, że ktoś wybierał za Amerykanów. A jego zwycięstwo jest okazją dla przeciwników, by coś zmienić.

I dlatego Trump choć niepoważny jest poważniejszy od wszystkich Ojców Narodu, którzy do dziesiątek lat nie umieją się odkleić od stołków.

Maksym Czyhunka/Biełsat

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Inne wpisy
Komentarze