5 powodów, dla których Rosji należy się obawiać bardziej niż ZSRR

Felietony
Maksyma

Zimna wojna oprócz wielu wad, które szczególnie odczuły kraje leżące na wschód od żelaznej kurtyny miała też jedna niezaprzeczalną zaletę: zapewniła pokój i stabilność w Europie. ZSRR i Zachód – głównie USA – prowadziły wojenki między sobą na odległych peryferiach wysyłając uzbrojenie, doradców, czy nawet wojska. Jednak wiedziały, że zaatakowanie przeciwnika w Europie skończyłoby się nuklearną zagładą.

Koniec komunizmu nie zmienił tego stanu rzeczy i wydawało się, że wojna w Europie to zły sen. Wszystko to do aneksji Krymu i rozpoczęcia przez Rosję wojny w Donbasie. Rosja pod rządami Putina zaczęła działać na arenie międzynarodowej jak chuligan i to do tego wyposażony w broń masowej zgłady. Prezydent Rosji i jego otoczenie nie powstrzymało się od sugestii, że mogłoby skorzystać również z tej opcji. Dlaczego Rosja, choć słabsza od Związku Radzieckiego jest jednak od niego groźniejsza?

[vc_single_image image=”230228″ img_size=”large”]

Putin uwierzył w swoja boskość

Od śmierci Stalina sowieckie kierownictwo postarało się by nie powróciły czasy kultu jednostki, który mógł skończyć się kolejną czystką w sowieckiej partyjnej elicie. Mimo, że sekretarz generalny był najwyższym autorytetem, to jednak stracił status bóstwa, który niegdyś przysługiwał generalissimusowi. Biuro polityczne mogło odwołać pierwszego sekretarza, a jego wybór był owocem ścierania się rozmaitych grup interesu – dyrektorów wielkich fabryk, generałów, lokalnych przywódców itp.

Swoja niemoc boleśnie odczuł Nikita Chruszczow, gdy przyszło mu zapoznać się z wykładem październikowego plenum KC KPZR w 1964 r. Oskarżono go o wyrwanie się spod partyjnej kontroli, próbę zdobycie nieograniczonej władzy i o awanturnictwo na arenie międzynarodowej. „Nasz kraj nie raz okazywał się być wciągnięty w tę lub inną sytuację stanowiącą bardzo realne zagrożenie wojenne” – oskarżał pierwszego sekretarza wicepremier Dmitrij Polański. I tu po kolei wymienia kryzysy sueski, berliński i karaibski, których eskalacja była dziełem polityki ówczesnego sekretarza. Efektem tej kolektywnej krytyki była utrata stanowiska.

Pytani przeze mnie rosyjscy eksperci, politycy czy członkowie rosyjskiej elity jak jeden mąż podkreślają, że Putin podejmuje najważniejsze decyzje takie jak np. aneksja Krymu praktycznie sam. Można się tylko domyślać, w jaki sposób są one podejmowane i jaki jest stopień ich racjonalności. Ciekawie na ten temat wypowiada się jeden z najwybitniejszych rosyjskich analityków Dmitryj Trenin – szef moskiewskigo Centrum Carnegie, który od lat usiłuje przekazać, co Putinowi siedzi w głowie. Trenin w jednym w swoich raportów pisze:

„Pod koniec czteroletniego pobytu na stanowisku premiera Putin prawdopodobnie uwierzył w swoją daną przez Boga misję historyczną. Człowiek znany ze swojego pragmatyzmu, nazywający siebie sługą społeczeństwa i zarządcą, przekształcił się w posłannika sił wyższych. Putin nie tylko zaczął w swoich publicznych wystąpieniach zachowywać się jak Bóg, ale zachowywał się jak człowiek, czyniący rzeczy nakazane przez Najwyższego. Później podczas ukraińskiego kryzysu w 2014 r. pozwalało mu to zachować zimną krew i wiarę, że w nowym ostrym konflikcie z USA Bóg stoi po jego stronie – po stronie Rosji.”

Putin nie musi się więc obawiać się żadnego biura politycznego, czy szerzej – partii. To samo w sobie powoduje, że doradców musi sobie dobierać tak by potwierdzali jego boskość.  Rosja idzie zupełnie inną drogą niż sąsiednie Chiny, które mimo zachowania autorytarnych rządów – utrzymały partię komunistyczną, jako organizację reprezentującą zbiorowe interesy i co kilka lat wymieniają lidera kraju. I taki lider nie ma nawet czasu, by dojść do przekonania, że jest niezastąpialnym posłańcem niebios.

Porównania Putina do niegdysiejszego przywódcy Niemiec nasuwają się same. Na szczęście w odróżnieniu od niego Putin ma dzieci, co może powstrzymać go od pomysłów w stylu „po mnie choćby potop”, czy raczej atomowy popiół.

[vc_single_image image=”230231″ img_size=”large”]

Media rządzą Kremlem 

Wśród ekspertów oraz niezależnych dziennikarzy w Rosji panuje przekonanie, że rosyjska propaganda państwowa jest o wiele silniejsza i skuteczniejsza niż ta, z jaką mieli do czynienia obyweatele radzieccy. Lew Gudkow z ośrodka badań społecznych Lewada Centr podkreśla, że obecnie telewizja dociera do 90 proc. rosyjskiego społeczeństwa, a w czasach ZSRR program TV docierał do 40 proc. obywateli. Zatem prawie wszyscy Rosjanie znajdują się w zasięgu rosyjskich programów państwowych lub zależnych od władzy stacji w stylu NTV, która należy do Gazpromu. I jest to propaganda znacznie bardziej wyrafinowana i skuteczna niż w Związku Radzieckim.

Zdaniem Gleba Pawłowskiego, w przeszłości doradcy Putina, Kreml sam chodzi na pasku swojej machiny medialnej wierząc szczerze w kłamliwy obraz świata produkowany w Ostankino.

Jednak rosyjskie media to nie tylko media stricte państwowe, które można jakoś kontrolować, ale też setki czy tysiące wydań lokalnych, portali finansowanych przez struktury zależne od państwa nie wprost. Do tego dochodzą fabryki internetowych troli, które agitują w sieciach społecznościowych. W porównaniu do ZSRR jest to sytuacja niewyobrażalna. Wtedy też można było wywołać masowa histerię, ale też można było równie szybko wyciszyć społeczne emocje. Każdy, bowiem artykuł czy scenariusz programu przechodził przez ręce cenzora, a polityka medialna była ręcznie sterowana podczas posiedzeń Biura Politycznego. Teraz rozpędzona machina propagandy jest praktycznie jest nie do zatrzymania.   

[vc_single_image image=”230232″ img_size=”large”]

Propaganda wojny

Na kogokolwiek napadłby Związek Radziecki, robił to w imię pokoju. Hasła pokojowe wyjątkowo pasowały też sowieckiemu społeczeństwu, które pamiętało okropieństwa II wojny światowej i nawet do dziś na Białorusi słyszy się hasło „aby tylko wojny nie było”. Jednak rosyjskie społeczeństwo zapomniało o wojnie, a nawet wręcz przeciwnie podskórnie jej pragnie  – 64 proc. Rosjan jest przekonane o nieuchronności konfliktu z Zachodem. Rosjanin od dekady bombardowany jest serialami i filmami, w których w jednoznacznie jasnych barwach przedstawia się siły zbrojne, panuje kult siły i munduru. W głównym programie informacyjnym główny propagandzista Kremla Dmitrij Kiseliow nie krępuje się wcale grożąc USA atomową zagładą. Nawoływanie do wojny i zabijania Ukraińców do niedawna były domeną fanatyków – dziś weszły do medialnego mainstreamu.

Zapał, z jakim Kreml zwalcza wszelką liberalną i demokratyczną opozycję i niemal absolutne z przyzwolenie dla radykalnych podżegaczy wojennych pokazuje, że władzy zależy na przygotowaniu społeczeństwa do ewentualnego konfliktu.

[vc_single_image image=”230235″ img_size=”large”]

Kompleks przegranej zimnej wojny

ZSRR w odróżnieniu od Rosji miał swoją chwalebną legendę zwycięstwa w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej. Rosja nawet zdaniem jej prezydenta jest trochę niechcianym dzieckiem „największej katastrofy geopolitycznej”, czyli upadku ZSRR i cokolwiek trąbionoby o przeszłej chwale, zawsze w głowie Rosjanina cię kołacze – „taki kraj rozwalili”. Ta przegrana nie na darmo porównywana jest do klęski Niemiec w I wojnie światowej, gdy Cesarstwo Niemieckie wprawdzie skapitulowało, jednak pozwolono na zachowanie ducha niemieckiego militaryzmu. Z Rosją jest podobnie: komunizm upadł, jednak nikt go nigdy nie rozliczył do końca.

A wraz z przyjściem do władzy Putina rozpoczął się proces tworzenia „Rosji hybrydowej”. W warstwie ideologicznej czerpie ona pełnymi garściami i z imperialnej Rosji przedrewolucyjnej jak i jeszcze bardzie imperialnej porewolucyjnej. W tej wersji Stalin jest wprawdzie właściwe zły, bo tylu ludzie zabił, ale bez tych czystek przecież nie byłoby industrializacji i zwycięstwa w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej, więc w sumie był całkiem niezły.

Rosja po upadku komunizmu poszła inną drogą niż Niemcy Zachodnie po 1945 r. czy Turcja porażce w I wojnie światowej. O ile w ich przypadku porażka stała się punktem do wybudowania nowego lepszego państwa opartego na zupełnie innych zasadach, Rosja nadal wraca do swojej imperialnej przeszłości biorąc z niej to, co najgorsze. Chodzi o przekonanie, że sąsiedzi muszą podporządkowywać się jej woli. To zresztą jedynie w wersji „light”, bo jak dowodzi wspominany Dmitryj Trenin  Putin chce udowodnić, że Rosja powinna być co najmniej równa USA na arenie międzynarodowej.

W efekcie zamiast zacząć rzecz od nowa, nadal jak Niemcy Weimarskie karmi się wszelkimi resentymentami. Według tej wersji ZSRR mógł trwać gdyby nie doszło do zdrady jakiejś V kolumny, że Rosję oszukano, obiecując jej zachowanie wpływów w Europie Środkowej, a tu NATO się rozszerzyło. I zamiast pozbyć się imperialnych ciągot Kreml na odwrót ciągle je pielęgnuje i na nieszczęście swoich obywateli wydaje miliardy dolarów na wsparcie swoich politycznych wasali w stylu Łukaszenki, płaci za aneksję Krymu, wojnę w Donbasie itd.

[vc_single_image image=”230236″ img_size=”large”]

„Ruskij mir” – szowinizm powraca 

W ZSRR mimo dominacji etnicznych Rosjan panował swoisty sowiecki internacjonalizm. W oficjalnej propagandzie podkreślano podobieństwa i wspólnotę losów między narodami nawet za cenę wytarcia z kart części ich historii. Oczywiście było to podszyte hipokryzją, jednak zakaz nienawiści wobec innych narodów wyciszał konflikty. Cześć z nich ulęgła zamrożeniu i wybuchła na nowo lub została sztucznie wzniecona przez rosyjskie władze jak w Abchazji czy Naddniestrzu. Jednak w czasach ZSRR nikt nie mógł powiedzieć o przedstawicielach innych narodów, że są zwierzętami, bydłem. Internacjonalizm był oficjalną ideologią państwową.

To jednak już przeszłość.  Rosyjska władza pokazała, bowiem swoje nadzwyczajne umiejętności do manipulowania opinią publiczną. Naród ukraiński, który przez lata traktowany był, jako bratni i najbliższy, dzięki kilkumiesięcznej propagandzie stał się w świadomości Rosjan narodem morderców i wrogów, który najlepiej powinno się zetrzeć z powierzchni ziemi. Profanując pamięć milionów ofiar nazizmu nie zawahano się sięgnąć do kłamliwych porównań Ukraińców do hitlerowców.

Problem w tym, że w każdym innym kraju europejskim nie byłoby to możliwe, bo po pierwsze istnieją tam niezależne media, które musiałyby zareagować na taką propagandę, a i obywatele zaraz zdali sobie sprawę, że ktoś ich robi w konia. Rosjanom niestety wmówić można wszystko.  Do tego dochodzi absolutnie płynna kategoria obrony „russkiego miru” – mitycznej przestrzeni, która czasem dotyczy jedynie rosyjskojęzycznych, albo w wersji maksimum prezentowanej przez patriarchę Wszechrusi ciągnie się od Karpat po Władywostok – tam gdzie wyznawane jest prawosławie.

Rosyjski historyk Andrej Zubow przed bez trudu znalazł podobieństwa pomiędzy aneksją Krymu, a anschlussem  Austrii przez Niemcy w 1938 r. W obydwu przypadkach odwoływano się do tego samego mglistej idei ochrony „rodaków” czy to rosyjsko, czy niemieckojęzycznych. 

Szowinizm zakorzeni się na długo w głowach Rosjan, bo jest o wiele bardziej trudną do wyplenienia ideologią w porównaniu do abstrakcyjnego naukowego marksizmu-leninizmu, którym swoją ekspansję tłumaczył ZSRR.

Maksym Czyhunka/Biełsat

Więcej materiałów