„Zburzą lub się zawali”. Ostatni taki kościół pod Mohylewem czeka na odbudowę

Zdjęcie: belsat.eu

Zbliżając się do wsi Kniażyce w obwodzie mohylewskim najpierw zauważamy górujące nad wsią ruiny. To kościół pw. św. Antoniego z XVII wieku.

Opuszczoną świątynię próbowano już kilka razy remontować, a wokół stoją stare rusztowania. Ostatnio wymieniono też drewniany parkan i tabliczkę z zakazem wstępu. Na samą renowację nie ma bowiem pieniędzy.

Podobnych kościołów było w regionie więcej – mówi Biełsatowi krajoznawca Aleh Dźjaczkou. Stały w: Białyniczach, Mohylewie, Czusach i jeszcze kilku wsiach i miasteczkach Mohylewszczyzny. Do naszych czasów niestety nie przetrwały.

– Uchował się jedynie kościół w Kniażycach – skomentował krajoznawca. – Dlatego jest teraz dla naszego regionu unikatowym pomnikiem architektury. Takich zabytków nie ma więcej wzdłuż całej przechodzącej przez wieś drogi Mińsk-Mohylew.

Mieszkający tu od 1966 roku pan Hienadź miał szczęście widzieć jeszcze wnętrze kościoła. W jego młodości drzwi były otwarte, a sam budynek znajdował się w lepszym stanie.

– Tam były takie ładne, ciekawe obrazy na ścianach, sklepienie. Pięknie tam było. Wciąż jest klatka schodowa prowadząca na dzwonnicę, ale jest drewniana i już pewnie zgniła. Ogólnie, wcześniej było pięknie, a przez ostatnie lata kościół marnieje.

Odbudowę świątyni zaczynano już wiele razy. Wciąż widać stare rusztowania, ale robót nigdy nie doprowadzono do końca. Pan Hienadź uważa, że kościół będzie stał, aż sam się rozpadnie.

Kto ma ratować zabytki – państwo, czy mieszkańcy?

– Na dziś trzeba znaleźć środki na to, by zrobić dokumentację projektową i zakonserwować budynek. To też wymaga niemałych pieniędzy. Dlatego już wielokrotnie prosiliśmy o nie władze obwodowe i państwowe. Coś nam obiecano, ale do dziś finansowania nie ma – mówi Dźjaczkou. – Powinni się tym zająć urzędnicy, ale społeczeństwo też powinno uczestniczyć. Już w ubiegłym roku założono rachunek bankowy do zbiórki środków na odbudowę. Ale skoro społeczeństwo jest niebogate, to powinny się tym zająć władze.

Formalnie kościół pw. św. Antoniego jest zamknięty. Pod budynkiem często można jednak zobaczyć ludzi, nie tylko miejscowych.

– Wierni tam nie chodzą, bo nie ma gdzie. Tylko nowożeńcy przyjeżdżają tu robić sobie zdjęcia. Ale myślę, że gdyby go wyremontować, to pojawiliby się turyści, a i miejscowi zaczęliby tam chodzić. Gdy idę do sklepu to przechodzę pod nim i często widzę samochody z części kraju. Więc chyba wielu by przyjeżdżało – mówi mieszkająca niedaleko Weranika.

Po powstaniu styczniowym w 1863 roku katolicki kościół przebudowano na prawosławną cerkiew. Dach zwieńczyły pseudokopuły z krzyżami. Wychodząc z domu pani Nadzieja widzi codziennie pozostałości dachu z przechylonym krzyżem.

– Mogą nawet nie odbudowywać, byle wyglądało po bożemu. Mogą z niego zrobić pomnik: wzmocnić ściany, otynkować, pobielić. Oni próbują to zrobić już od dawna. Postawili rusztowania, a potem powiedzieli, że nie ma pieniędzy, bo państwo nie dało. I poszli sobie. A on może kiedyś runąć, zobaczcie te pęknięcia. Spadnie jeszcze na drogę i kogoś zabije. Trzeba go jakoś wzmocnić, albo rozebrać. Inaczej dojdzie do czegoś strasznego. A jak już runie, to się nim zainteresują – mówi pani Nadzieja.

Rozebrać kościoła oczywiście nie można. Znajduje się na liście zabytków architektury i jest chroniony. Ale czy zostanie naprawiony, czy też sam runie – to pokaże czas.

Renowacja “białoruskich Łazienek” wstrzymana z powodu braku środków

Daria Czulcowa,pj/belsat.eu

Wiadomości