„Zaufani ludzie z karabinami”: co Łukaszenka mówił o swoich szwadronach śmierci

Białoruski prezydent podczas swojego ostatniego Orędzia do Parlamentu i Narodu nie omieszkał pochwalić się, że w latach 90 ub.w. likwidował niewygodne osoby przy pomocy specjalnego oddziału służb specjalnych.

– Czy wy powariowaliście? Czy ja mam podjąć ostre kroki, tak jak w pierwszych latach mojej prezydentury, gdy zabijano ludzi na trasie Moskwa-Berlin? Wtedy wysłałem grupę zaufanych ludzi z karabinami, którzy połowę rozstrzelali i w ciągu miesiąca był porządek – powiedział 24 kwietnia Łukaszenka swoim parlamentarzystom.

Лукашенко угрожает убийством

Тот момент, когда твой президент чокнутый псих 😬 #agl24

Opublikowany przez Мая Краіна Беларусь Wtorek, 24 kwietnia 2018

Więcej na ten temat białoruski lider powiedział w 2013 r. podczas konferencji prasowej dla rosyjskich dziennikarzy:

– Zetknąłem się z problemem bandytyzmu, gdy byłem jeszcze „smarkatym prezydentem”. Przychodzą do mnie i raportują – tam zatrzymali samochód i kogoś zabili, a samochód zabrali. Wtedy w Rosji i u nas nie było tyle mercedesów. To była rzadkość i bandyci od razu zasadzali się na te samochody i ich właścicieli. I gdy widzieli, że jedzie mercedes czy jakiejś audi – wychodzili przebrani za milicjantów. Gdy się opierałeś, mogli zabić albo okaleczyć. Zabierali samochód i wszystko, co w nim było – opowiadał.

Łukaszenka, jak mówił, był zmuszony do podjęcia radykalnych decyzji.

– Wykryliśmy parę grup. Takich samochodów było niewiele – wzięliśmy fajne samochody i urządziliśmy pułapki na trasie od rosyjskiej granicy do Brześcia. Wszystkich tych, którzy stawiali opór, zabijaliśmy na miejscu. Trzy takie grupy wykryliśmy. Czwartej już nie było. I odtąd zrobiło się cicho i spokojnie. Może trochę przesadziliśmy, ale nie znalazłem innej metody odpowiedzi na takie rozboje niż danie w mordę – podkreślał Łukaszenka.

W 2011 r. podczas wystąpienia w parlamencie Łukaszenka również wspominał o wojnie swoich „szwadronów śmierci” z bandytami.

– Szczerze wam powiem, że jeszcze 10 lat temu gangi, które w swoich czasach wyrosły z sowieckich korzeni, miały silne związki z Moskwą, a my ich szybko przywołaliśmy do porządku. Któryś się nie podporządkował? Jego kości gniją.

W październiku 2001 r. Alaksandr Łukaszenka podczas wizyty w Homlu opowiedział, że pięć lat wcześniej „z powodu pewnych gangsterów” ostrzegał kryminalne autorytety.

– Nie daj Boże, urządzicie tu bandytyzm, ja wam pourywam głowy. – I dodał – był moment, gdy źle się zachowali – pamiętacie tych Szczawlików? Gdzie oni teraz są i dlatego w kraju jest porządek i wszyscy są zadowoleni?

Wspomniany przez Łukaszenkę Szczawlik, to białoruski „wor w zakonie” – czyli kryminalny autorytet. Zaginął bez wieści 10 października 1997 r. Wszystko wskazuje, że został porwany spod domu i zlikwidowany.

Po lewej Dzmitry Pauliczenka, eksperci uważają, że to on był waśnie dowódcą jednego ze „szwadronów śmierci”. Fot. – sb.by

Opozycyjni politycy, dziennikarze i obrońcy praw człowieka uważają, że oddziały likwidatorów, które w latach 90 ub.w. zabijały kryminalistów, zostały potem użyte przeciwko politycznym oponentom Alaksandra Łukaszenki: Juryjowi Zacharczence, Wiktorowi Hanczarowi, biznesmenowi Anatolowi Krasouskiemu oraz dziennikarzowi Dzmitryjowi Zawadzkiemu. Wszyscy oni przepadli bez śladu w latach 1999-2000. Według śledztwa prowadzonego przez obrońców praw człowieka głównym podejrzewanym w sprawie ich zniknięcia jest właśnie Łukaszenka, a także Wiktor Szejman – wtedy przewodniczący Rady Bezpieczeństwa, Jury Siwakou i Uładzimir Naumau – w różnych okresach szefowie MSW. A także Uładzimir Pauliczenka – ówczesny dowódca elitarnej jednostki wojskowej nr 3214 i Mikałaj Wasilczenka – szef ochrony Łukaszenki. Wnioski białoruskich aktywistów potwierdził raport deputowanego Zjednoczenia Parlamentarnego Rady Europy Christosa Purguridesa, który przeprowadził własne dochodzenie.

Jednak Łukaszenka zawsze dementuje swój związek z zabójstwami oponentów politycznych. Mówił niejednokrotnie, że na Białorusi ginie bez wieści wiele osób, więc nie ma sensu przykładać tak dużej wagi to tych zaginięć.

Jednak raz białoruski prezydent publicznie wypowiedział się na temat praktyki „znikania” opozycjonistów. W 2010 r. kandydat na prezydenta Uładzimir Niaklajeu w dniu wyborów został silnie pobity przez specnaz, a potem wykradziony ze szpitala i wywieziony w nieznanym kierunku. Przez prawie dobę krewni opozycjonisty nie wiedzieli, gdzie się znajduje. O losie polityka Łukaszenka wypowiedział się podczas konferencji prasowej 20 grudnia 2010 r.

– Myślicie, że go porwaliśmy i gdzieś wywieźliśmy? Nie. Takich prezentów WIĘCEJ już nie będzie.

Łukaszenka o Niaklajewie:

Іhar Ilasz, jb/belsat.eu

Zobacz też

Wiadomości