Zamieszki w Jekaterynburgu: erozja systemu Putina


Przeciw protestującym w Jekaterynburgu wysłano OMON i „tituszki”, FORUM, Alexei Kolchin/TASS

Mieszkańcy Jekaterynburga wymusili na władzy ustępstwo. A Kreml pokazał, że jego strategia polega na gaszeniu lokalnych pożarów za wszelką cenę.

Protesty w Jekaterynburgu wybuchły z banalnej przyczyny. Miejscowa hierarchia prawosławna i władze postanowiły odbudować cerkiew św. Katarzyny, zniszczoną jeszcze w czasach stalinowskich. Tyle, że miała ona powstać na terenie zielonego skweru w centrum miasta, bo działka, na której stała niegdyś świątynia, jest już zajęta. Mieszkańcy i miejscy aktywiści oburzyli się, że nikt nie przeprowadził w tej sprawie konsultacji.

W poniedziałek zaczęły się protesty. Władza zareagowała standardowo. Przyjechały oddziały specjalne policji OMON i „tituszki”, czyli młodzi, wysportowani mężczyźni. Jak się okazało, byli to wychowankowie klubu sztuk walki przy koncernie miedziowym sponsorującym odbudowę cerkwi. Zaczęły się przepychanki, a potem regularna bitw między demonstrantami i policją wspieraną przez „sportowców”.

Zdusić w zarodku

Trudno uwierzyć, że rozbudowana struktura aparatu bezpieczeństwa nie monitoruje i nie raportuje do Moskwy o każdym lokalnym przejawie buntu. Moskwa najpierw daje lokalnej administracji wolną rękę i przygląda się rozwojowi wypadków. Miejscowi urzędnicy za każdym razem reagują podobnie. Najpierw próbują wariantu siłowego i zastraszenia, by zdusić bunt w zarodku.

W ubiegłym roku największe i podobne w charakterze do tych z Jekaterynburga, były tzw. protesty śmieciowe. Równie duże zamieszki w Inguszetii, czy Osetii Płn. miały inne, etniczne podłoże. Największe protesty śmieciowe w podmoskiewskim Wołokamsku i innych miejscowościach wokół stolicy wybuchły, kiedy do szpitali trafiło 57 dzieci zatrutych oparami z wysypiska śmieci.

Tysiące mieszkańców niewielkich miejscowości wyszło protestować przeciw lokowaniu w ich okolicy gigantycznych wysypisk śmieci. Władza najpierw próbowała presji na liderów i aktywistów. Potem wysyłała niewspółmiernie duże siły policji. Dochodziło do starć i przypadków brutalnych pobić demonstrantów. Po jednej z większych akcji w Wołokamsku w kwietniu 2018 r. aresztowano dziesięciu liderów protestów.

Kiedy oburzenie nie ustępowało, władza próbowała pozornych ustępstw. Miały one pozorować zatroskanie Moskwy o pokrzywdzonych obywateli i zrzucać odpowiedzialność na lokalnych „biurokratów”. Doszło do szeregu dymisji lokalnych urzędników, a gubernator obwodu moskiewskiego skierował do problematycznych miast swoich specjalnych pełnomocników.

Putin mówi

W śmieciowych protestach władza początkowo zastosowała pełną blokadę informacyjną. Centralne media milczały. Dopiero, kiedy władza zaczęła czystki wśród lokalnych urzędników i ogłosiła, że pomogła w sprawie wysypisk śmieci (np. instalując w Wołokamsku tablice informujące o zanieczyszczeniu powietrza), federalne telewizje obudziły się. I opowiadały o wielkim sukcesie władz, które rozwiązały problem mieszkańców. A także sugerowały, że protesty były inspirowane przez opozycję od Aleksieja Nawalnego.

W Jekaterynburgu było identycznie. Federalne stacje i media po kilku dniach milczenia dopiero wczoraj przystąpiły do ataku. Dziennik Komsomolskaja Prawda powiązał protesty na jekaterynburskim skwerze z… kijowskim majdanem. Straszył wybuchem podobnej rewolucji. Dmitrij Kisielow, szef państwowego koncernu medialnego Rossija Segodnia uznał, że w genach mieszkańców Jekaternburga przejawiły się diabelskie geny. W końcu to w tym mieście zamordowano cara Mikołaja II.

W Jekaterynburgu trwa „majdan” przeciwko budowie cerkwi WIDEO

Zaś Dmitrij Pieskow, rzecznik Kremla, przestrzegał przed łamaniem prawa. Tak samo było po pożarze w centrum handlowym „Zimniaja Wisznia” w Kemerowie w marcu ubiegłego roku. W mieście wybuchły protesty. Wówczas Władimir Sołowiow, inny propagandysta, również porównywał manifestacje do „majdanu” i wietrzył spisek. Jednego z liderów protestów FSB tak zastraszyło, że w końcu sam wzywał, by nie winić za nic Władimira Putina. Wtedy Putin nie spotkał się z rodzinami ofiar, tylko rozmawiał z lokalnymi władzami.

Rosyjska elita o pożarze w Kemerowie: „cios w plecy” albo „próba Majdanu”

Wczoraj w końcu Putin zabrał głos.

– Protestują przeciw czemu? – zapytał Putin zagadnięty wczoraj przez dziennikarza w czasie konferencji. W odpowiedzi usłyszał, że przeciw budowie cerkwi. – Czy są bezbożnikami? – zapytał prezydent. Kiedy dziennikarz odparł, że nie, Putin zapytał się wątpiąc – Nie?..

Ostatecznie jednak prezydent polecił zorganizowanie wśród mieszkańców dzielnicy Leninskij Rajon w Jekaterynburgu sondażu, czy też czegoś na kształt referendum w sprawie skweru. Co państwowe media natychmiast nagłośniły, jako bardzo łaskawy krok ze strony władzy.

W rzeczywistości nie jest to łaska Kremla, lecz przemyślana taktyka duszenia protestów. Kiedy emocje w zbuntowanej społeczności są tak silne, że próba siłowego dławienia mogłaby się wymknąć spod kontroli, władza pozoruje krok wstecz. Bunty są przecież objawem erozji putinowskiego systemu. Wybuchają prowokowane przez władzę ignorującą zdanie obywateli. A potem są przez tą władzę skutecznie gaszone.

Ten drugi rodzaj działania kremlowska administracja póki co kontroluje, bo bunty są lokalne i dotyczą tylko niektórych społeczności. Łatwo je wyizolować i spacyfikować.

Michał Kacewicz/belsat.eu

Zobacz też
Komentarze