„Zaczął strzelać bez chwili namysłu. Do mnie!” Czym ryzykuje fotokorespondent na Białorusi

Uładzimir Hrydzin, jeden z najbardziej znanych białoruskich fotografów był w najgorętszych miejscach białoruskich protestów, gdzie przyszło mu pracować pod kulami i wśród wybuchających granatów hukowych. Nie uniknął też zatrzymania i spędził w areszcie 11 dni.

– Wstajemy! Telefon do kieszeni!

W barze panuje półmrok, a funkcjonariusze OMON-u krzyczą i kopią ludzi, którzy jeszcze niedawno spokojnie siedzieli przy barowych stolikach.

– Pozwólcie mi przynajmniej zabrać sprzęt – mówi Uładzimir Hrydzin, przyszedł do baru z kolegą, by wysłać zdjęcia do redakcji. Wideo z ich zatrzymania szybko obiegło białoruskie media.

Relacja Uładzimira Hrydzina weszła w skład e-książki „Jestem dziennikarzem. Dlaczego mnie bijecie?”. Stanowi ona efekt współpracy Europejskiej Federacji Dziennikarzy, Narodowego Związku Dziennikarzy Ukrainy, Białoruskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy i Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. 1 grudnia z ich inicjatywy i pod patronatem Biełsat TV odbył się w Kijowie „Okrągły stół solidarności z białoruskimi dziennikarzami”.

Tego dnia, 13 września, Hrydzin robił zdjęcia podczas Marszu Bohaterów – masowej akcji protestacyjnej w Mińsku, w której wzięło udział około 200 tysięcy osób. Po marszu Hrydzin wraz z innym fotografem Biełsatu Alaksandrem Wasiukowiczem, poszli do baru „1067”. Usiedli tam, by odesłać materiał do redakcji, ponieważ nie dało się wysłać zdjęć bezpośrednio z akcji – mobilny internet w mieście właściwie nie działa podczas akcji protestu. Pół godziny później grupa zamaskowanych mundurowych wdarła się do środka: skrępowali dziennikarzy, zabrali ich na zewnątrz, wsadzili do czarnego busa i zabrali na komisariat dzielnicy Frunzeński Rajon.

– Na początku myślałem, że popełnili błąd, pomylili nas z kimś. Miałam na szyi identyfikator dziennikarski, próbowałem im powiedzieć, że jesteśmy dziennikarzami. Zero reakcji – wspomina Hrydzin.

Kiedy dziennikarze zostali przywiezieni na komisariat, dokumenty kierujące ich sprawę do sądu za „udział w nielegalnym zgromadzeniu” były już gotowe. Wtedy stało się jasne: nie było żadnej pomyłki, w areszcie spędzą przynajmniej 72 godziny. Na posterunku milicji zatrzymanych przejął agresywny funkcjonariusz.

Fotografowie Uładzimir Hrydzin i Alaksandr Wasiukiowicz po opuszczeniu murów aresztu. Zdj. Alisa Hanczar / belsat.eu / vot-tak.tv

– Od razu zabrał nam karty pamięci z aparatów. Kiedy czekaliśmy, zadzwonił mój telefon. Kazał mi go wyłączyć, a ja po prostu odrzuciłem połączenie. Zauważył to, zdenerwował się i kopnął mnie w brzuch.

Mundurowy kilkakrotnie uderzył również przyjaciela Wasiukowicza – projektanta Jahora Kalahina, którego również zatrzymano w barze „1067”. W nocy wszyscy trzej zostali przewiezieni do aresztu przy ul. Akreścina i umieszczeni w różnych celach.

„Tu miało być zdjęcie”

– Sasza i ja uważamy, że zatrzymali nas przypadkowo, a dopiero potem gdy przejrzeli nasze dane i dowiedzieli się, co fotografowaliśmy, postanowili nas ukarać. Jednak większość naszych kolegów jest zdania, że mieli rozkaz: zlokalizowali nas, przyjechali i zatrzymali.

Hrydzin i Wasiukowicz zostali zatrzymani w niedzielę 13 września , ale sąd zajął się ich sprawą dopiero we wtorek. Dziennikarze nie zostali doprowadzeni do budynku sądu, uczestniczyli w procesie za pośrednictwem łączenia wideo, pozostając w areszcie śledczym. Taki format procesu stał się już normą na Białorusi. Władze wyjaśniają, że to środki ostrożności związane z koronawirusem. Mimo że Łukaszenka wielokrotnie wyśmiewał pandemię i nazywał ją „psychozą”, jednak dla celów politycznych władze chętnie stosują ograniczenia związane z Covidem.

Podczas Marszu Bohaterów 13 września ub.r., który fotografowali Hrydzin i Wasiukiowicz milicja zatrzymała ponad 700 osób. АВ / Vot Tak TV / Belsat.eu

Hrydzin został oskarżony o udział w nielegalnym zgromadzeniu 13 września. Miał rzekomo wykrzykiwać hasła „Wstyd!”, „Odejdź!” i „Żywie Biełaruś!”. Oprócz skierowania do sądu do akt dołączono zeznania milicjanta. Głównym absurdem sytuacji było to, że według milicyjnego protokołu Hrydzin uczestniczył w proteście na ul. Ramanouskaja Słaboda 7, czyli dokładnie tam gdzie dokonano zatrzymania. Tymczasem tego dnia w tej okolicy nie odbywały się żadne demonstracje. Sąd otrzymał nawet nagranie z monitoringu, na którym wyraźnie widać, że zatrzymanie miało miejsce w momencie, gdy Hrydzin pracował na swoim komputerze w barze. Nie było mowy, żeby w tym momencie wykrzykiwał jakiekolwiek hasła.

Sędzia odesłał milicji akt skierowania do sądu „w celu dopracowania”, jednak dziennikarze i tak zostali w areszcie. Następnego dnia milicja oddała do sądu poprawiony dokument. Funkcjonariusze stwierdzili w nim, że Hrydzin i Wasiukowicz protestowali w pobliżu stacji metra Puszkińska na dwie godziny przed aresztowaniem. Rzeczywiście tego dnia protesty odbywały się w tym miejscu, ale dziennikarze pełnili tam obowiązki służbowe.

– Przedstawili w sądzie nagranie, gdzie Sasza i ja wychodzimy na jezdnię, fotografujemy protestujących i odchodzimy. Zostało to uznane za dowód naszego udziału w akcji. Choć było jasne, że po prostu wykonywaliśmy swoją pracę – mówi Hrydzin.

Obaj fotografowie otrzymali wyroki -11 dni aresztu. Po tej decyzji sądu wszystkie niezależne media Białorusi w akcie solidarności na 24 godziny zrezygnowały z publikowania w materiałach zdjęć. Fotografie zostały zastąpione białą ramką z napisem „Tu miało być zdjęcie” i krótką informacją o aresztowaniu fotografów.

Białoruski internet protestuje. Strony bez zdjęć

„Areszt to dla mnie jeszcze nie do końca zamknięty rozdział”

Dwóch chłopaków, z którymi Hrydzin początkowo dzielił celę w areszcie na Akreścina, dostało po 13 dni aresztu. Jeden z nich, był jednak później sądzony z art. 342 kodeksu karnego za udział w zamieszkach. Jest to artykuł, który w czasie obecnych represji politycznych na Białorusi stosowany jest na szeroką skalę. Hrydzin opowiada, że jeden z „politycznych” z jego celi nie otrzymał rzeczy osobistych, w tym ciepłych ubrań. Marzł i szybko zachorował. Ubogie więzienne posiłki były uzupełniane jedzeniem z paczek od bliskich. Choć niektóre produkty nie docierały do zatrzymanych, znikały bez śladu.

Fotografia jaką wykonał Alaksandr Wasiukowicz podczas Marszu Bohaterów. Kilka godzin później trafił do aresztu. Zdj. Alaksandr Wasiukowicz. Zdj. Vot-tak.tv/ Belsat.eu

– Najtrudniej było dostosować się do rytmu życia za kratami. Czas płynie tam inaczej. Zwykle dobrze sypiam, a tam pół nocy nie mogłem zasnąć – wspomina dziennikarz.

Pewnego dnia do celi Uładzimira trafił bezdomny. Był pijany, strasznie śmierdział i nie przestrzegał norm zachowania. Hrydzin uważa, że administracja aresztu mogła zrobić takie małe świństwo celowo. Jego zdaniem był to najprawdopodobniej pomysł milicjantów z komisariatu. Mimo to jednak udało się uniknąć konfliktu z nowym współwięźniem.

Wychodzących po 11-dniowej odsiadce Hrydzina i Wasiukiowicza witali inni dziennikarze i bliscy, czekający pod murami aresztu. Zdj. Alisa Hanczar/ belsat.eu / vot-tak.tv

Ostatnie godziny aresztu były dla Uładzimira szczególnie stresujące. Na Białorusi niejednokrotnie po odsiedzeniu jednego wyroku dodawano kolejny. Na szczęście fotografa to nie spotkało. On sam nie ma on jednak wątpliwości, że areszt był zemstą na nim i Wasiukowiczu. Jego zdaniem kara mogła być znacznie niższa, choćby trzy dni aresztu lub tylko grzywna.

– Areszt to dla mnie jeszcze nie do końca zamknięty rozdział. Po czymś takim zaczynasz odruchowo zastanawiać się, czy warto teraz ryzykować… Bo przecież to oczywiste, że następnym razem będzie dużo gorzej.

Sierpniowe walki

Uładzimir Hrydzin zaczął zajmować się dziennikarstwem 12 lat temu. W tym czasie zatrzymano go kilkukrotnie, ale nigdy wcześniej nie był w areszcie przy ul. Akreścina. Nigdy nie pracował też w czasie ostrzału. Robienie zdjęć podczas rozpędzania protestów w dniach 9-12 sierpnia było dla niego zupełnie nowym doświadczeniem. Już pierwszego dnia protestów wykonał jedno ze swoich najpopularniejszych zdjęć z tego okresu. Fotografia przedstawia zakrwawioną, ranną od granatu hukowego dziewczynę, która siedzi na ziemi.

Pięciu z sześciu dziennikarzy oskarżonych o wszczynanie zamieszek, to współpracownicy Biełsatu

– Najpierw zrobiłem zdjęcie chłopakowi, którego nieśli na rękach. Widziałem, jak obok niego doszło do wybuchu, ludzie zabrali go do karetki. Obok ktoś udzielał pomocy tej dziewczynie. Potem powiedziała mi, że nie pamięta niczego z tego dnia. Teraz jest w Czechach, miała dwie operacje. Przez ponad miesiąc w ogóle nie słyszała na jedno ucho. Odzyska słuch tylko częściowo… Czasem wymieniamy się wiadomościami.

Drugiego dnia protestów, 10 sierpnia, Hrydzin pracował w pobliżu stacji metra Puszkińska, gdzie żołnierze jednostki specjalnej Ałmaz zabili demonstranta Alaksandra Tarajkouskiego.

– Na Puszkińskiej pracowałam w grupie dziennikarzy. Nagle zaczęli do nas strzelać: została ranna dziennikarka Naszej Nowy Natalia Łubnieskaja. Fotokorespondentce portalu TUT.by Daszy Burjakinie kula odcięła identyfikator, jakiś odłamek trafił w Saszę Wasiukowicza. Trochę później wyszliśmy zrobić kilka zdjęć szeregu mundurowych, staliśmy 70, może 100 metrów od nich. Jeden z nich zaczął strzelać bez chwili namysłu. Dobrze, że nie trafił. Strzelał do mnie, za to, że robiłem zdjęcia.

Fotoreporter opowiada, że wtedy, będąc pod ostrzałem nie czuł jeszcze strachu:

– Zacząłem się naprawdę bać dopiero po tej masakrze na Puszkińskiej. Znalazłem się w ślepym zaułku razem z protestującymi, a gdy chciałem stamtąd odejść z przeciwnej strony nadeszli milicjanci. Któryś z nich powiedział: „Dziennikarzy nie ruszamy”. Odetchnąłem z ulgą, ale potem zobaczyłem, że prowadzą duńskiego fotografa. Skończyło się na tym, że poszedłem sam jakimiś krętymi ścieżkami przez park. I wtedy po raz pierwszy się bałem. Bo w takiej sytuacji lepiej jest być z kimś – wspomina.

Jego zdanie w sierpniu, pomimo ryzyka postrzału czy i doznania obrażeń od wybuchu granatów, pracowało mu się dużo bardziej komfortowo niż parę miesięcy później. Jak twierdzi w pierwszych dniach protestów milicjanci mieli przyzwolenie na nieograniczoną przemoc, jednak nie operowały jednostki, które koncentrowałyby się na represjonowaniu dziennikarzy.

Dziennikarze jako zakładnicy

W ostatnich latach Hrydzin pracował jako fotokorespondent białoruskiego Radia Swaboda. Jednak pod koniec sierpnia, bez żadnego wyjaśnienia, wraz z kilkoma innymi dziennikarzami został pozbawiony akredytacji Ministerstwa Spraw Zagranicznych Białorusi. Zaczął współpracować z portalem TUT.by. Jednak władze 1 października odebrały portalowi status środka masowego przekazu. Wszystko to odbywa się w jednym celu – chodzi o to, by niezależne media nie mogły działać w świetle prawa.

Hrydzin i Wasiukowicz starali się być jak najbliżej wydarzeń. Na zdjęciu żołnierze wojsk wewnętrznych zatrzymują uczetnika Marszu Bohaterów 13 września ubr. Zdj. Alaksandr Wasiukowicz / Belsat.eu/ Vot-tak.tv

Uładzimir uważa, że źródeł bezprecedensowego „polowania” na dziennikarzy należy szukać w lipcowym oświadczeniu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Napisano w nim, że protesty uliczne są koordynowane przez korespondentów Radia Swaboda. Przedstawiciele organów ścigania i wtórująca im państwowa propaganda, zaczęły publicznie wymieniać dziennikarzy jako organizatorów masowych protestów. Zaczęły się prześladowania.

– Nie wiem, czy służby mają „czarne listy” dziennikarzy, którzy powinni znaleźć się w areszcie. Ale za kraty trafiają głownie ci, którzy robią zdjęcia i nagrywają. Władze najbardziej boją się obrazu. Dlaczego obrazu? Mundurowi łamią prawo, biją ludzi. Uważają, że przez dziennikarzy mogą zostać zidentyfikowani, a następnie ukarani.

Według Uładzimira zatrzymania sądy dziennikarzy odbywają się jak na taśmie produkcyjnej. Jednych wypuszczają, drugich zatrzymują Tak, jakby specjalnie trzymali zakładników.

– Wszystko to nie może nie mieć wpływu na pracę w mediach. Naprawdę chcę robić zdjęcia. Ale chcę wybrać moment, kiedy rzeczywiście warto będzie ryzykować. Może się przecież zdarzyć, że pójdę i nie zrobię nawet jednego zdjęcia, bo od razu mnie zatrzymają. Jaki to ma sens?

Kaciaryna Andrejewa/ belsat.eu dla SDP

 

Wiadomości