Z Putinem na zawsze

Michał
Kacewicz
dziennikarz

Już nie superprezydent Związku Białorusi i Rosji, ani nie wariant „kazachski” ojca narodu. Putin wybrał najprostsze i najbezpieczniejsze rozwiązanie: po prostu zostanie na Kremlu dożywotnio.

Dziś w rosyjskiej Dumie Państwowej rozegrał się rozwiązujący wątpliwości akt układania kremlowskiego procesu sukcesji władzy. Izba niższa rosyjskiego parlamentu wprowadziła ekspresowo 390 poprawek do konstytucji. Wśród nich tę kluczową. Głosami 383 deputowanych (43 się wstrzymało, żaden nie był przeciw) wykreśliła ograniczenie kadencji prezydenta do dwóch. Oprócz tego, zgodnie ze zgłoszoną wczoraj inicjatywą deputowanej Walentiny Tiereszkowej kadencje prezydenckie będą „wyzerowane” po przyjęciu zmian konstytucji.

W praktyce oznacza to, że po zakończeniu obecnej prezydentury w 2024 r. Władimir Putin może kolejny raz startować w wyborach prezydenckich.

Zmiany mają być zatwierdzone najpierw przez Sąd Konstytucyjny, a potem w ogólnorosyjskim referendum 22 kwietnia. Możliwe, że po nim Duma rozwiąże się sama i jeszcze w tym roku odbędą się przedterminowe wybory parlamentarne. A po nich, całkiem prawdopodobne są przedterminowe wybory prezydenckie, w których prawdopodobnie Putin obejmie władzę na nowych warunkach. I będzie mógł ją sprawować do 2032 r. (dwie kadencje), lub do 2036 r., jeśli wybierze wariant dokończenia obecnej kadencji za cztery lata.

Zmiany w rosyjskiej konstytucji już uchwalone. Putin będzie rządzić do 2036 roku?

Ustawienie procesu sukcesji było dobrze przygotowane. Wczoraj w Dumie zaraz po zgłoszeniu inicjatywy poprawek wystąpił Putin. I zaakceptował niby-oddolne pomysły, zgłoszone przez legendarną pierwszą kobietę w kosmosie.

W tym spektaklu nie ma przypadków. W kwietniu zmiany zatwierdzą w referendum Rosjanie. A potem Putin będzie gwarantował stabilność systemu przez kilkanaście lat.

Jeśli tak będzie, przebije najdłużej rządzącego Rosją w XX wieku Józefa Stalina, a wiekiem Leonida Breżniewa. W maksymalnym i najbardziej dla niego szczęśliwym wariancie będzie rządził jeszcze w wieku 84 lat.

Najprostsza opcja

Przez ostatnie dwa miesiące Władimir Putin utrzymywał świat w niepewności. Wygłoszone 15 stycznia orędzie wprowadziło mnóstwo zamieszania i spekulacji. Jasne było, że na Kremlu trwa gorączkowe poszukiwanie rozwiązania problemu roku 2024 – końca obecnej kadencji Władimira Putina i sukcesji tronu. W orędziu Putin opowiadał rzeczy pozornie zdumiewające. Że trzeba więcej demokracji, że ciężar władzy należy przesunąć z prezydenta na parlament i rząd, że potrzebne są zmiany w konstytucji. Nie były to puste słowa. Po orędziu do dymisji podał się rząd Dmitrija Miedwiediewa, a nowym premierem został, wyciągnięty z trzeciego szeregu, sprawdzony urzędnik skarbowy Michaił Miszustin.

Putin nie chce dalej rządzić, chyba że naród zadecyduje inaczej

Media, eksperci i politycy snuli różne teorie. Co zrobi Putin? Może, jak Nazarbajew w Kazachstanie, usunie się w cień. Pozornie. Bo tak naprawdę zostanie kimś w rodzaju „ojca narodu”. Czyli np. liderem partii władzy, albo przewodniczącym jakiejś rady, lub parlamentu. Utrzyma faktyczną władzę nad fasadowym prezydentem, fasadowym rządem.

To rozwiązanie miało wadę zasadniczą. Rosyjski system władzy przywiązany jest do legalizmu i litery prawa, konstytucji. Jeśli w ustawie zapisane jest, że władzę ma prezydent, to utrzymywanie fikcji pod tytułem prezydent-marionetka, a prawdziwa władza przywiązana do jakiegoś honorowego i prestiżowego stanowiska nie sprawdzi się. Rosja to nie Azja Środkowa.

Prestiż władzy i jej charyzma muszą być podparte autentycznymi kompetencjami zapisanymi w ustawie. Putin jest wyjątkowo przywiązany do utrzymywania pozorów legalizmu.

Choćby właśnie teraz wprowadzany proces sukcesji władzy musi być solidnie zatwierdzony głosowaniami, referendum i przez sąd konstytucyjny. Putin nie chce być na świecie traktowany jak satrapa i uzurpator, ale legalnie i demokratycznie wybrany przywódca.

Połowa Rosjan uważa, że Putin zmienia konstytucję pod siebie

Łukaszenka zyskał czas

Z tych samych powodów trudna byłaby powtórka z wariantu „na Miedwiediewa”. W latach 2008-2012 Putin zamienił się z premierem Dmitrijem Miedwiediewem. Wówczas ten patent słabo sprawdził się. W kluczowych momentach panował chaos decyzyjny, a Putin nie godził się z tradycyjnie przypisaną premierowi rolą nadzorującego głównie sprawy gospodarcze. Chciał mieć wpływ na zarezerwowane dla prezydenta kwestie bezpieczeństwa i politykę międzynarodową. Nawet jeśli w ramach zmian konstytucyjnych część kompetencji w np. dyplomacji przeszłaby pod skrzydła premiera, to i tak trudno oczekiwać, że Putin wejdzie drugi raz do tej samej rzeki

W grze znalazła się również opcja „imperialna”. Czyli po zintegrowaniu Rosji i Białorusi powstaje de facto nowy podmiot. Związek Białorusi i Rosji musiałby mieć nową ustawę zasadniczą i nowe organy władzy. W tym prezydenta.

Putin, jako prezydent Związku Sowieckiego-bis? Spełnienie marzeń nie tylko jego, ale milionów Rosjan, a i być może Białorusinów. Taki neo-ZSRR nawet w kadłubowej formie dałby Putinowi powtórkę z efektu krymskiego, czyli euforię z odzyskiwania dawnych terytoriów, uznawanych za niesprawiedliwie utracone.

W czasach spadków popularności, stagnacji gospodarczej i społecznej depresji ten efekt miałby niebagatelne znaczenie. Tyle, że pozostawał jeden kluczowy problem, który nazywa się Alaksandr Łukaszenka. Jak pokazały zażarte targi o cenę ropy i integrację, nie zamierzał łatwo ustępować. I najprawdopodobniej w ogóle nie zamierza być drugim w nowym Związku. Woli być pierwszym w swojej republice. Nawet takiej zwasalizowanej przez Rosję i całkowicie od niej zależnej, ale jednak formalnie niepodległej.

Putin będzie miał nową konstytucję. Da spokój Białorusi?

Putin najwyraźniej uznał, że koszt przeprowadzenia operacji usuwania Łukaszenki będzie zbyt wysoki i ryzykowny. Co oczywiście nie oznacza, że pomysł pogłębiania wasalizacji Białorusi Kreml odłożył do szuflady. Nie będzie musiał się teraz spieszyć i ryzykować.

Putin nadal chce przejść do historii, jako odnowiciel imperium. Teraz zyskał na to czas.

Celem przeprowadzonej operacji pt. „sukcesja” była jednak przede wszystkim konsolidacja kremlowskiej elity. I pokazanie Rosjanom, że gwarant stabilności systemu nigdzie nie odchodzi, a będzie na długo na swoim miejscu. Jest to szczególnie ważne właśnie dziś, kiedy nadchodzi pogłębienie kryzysu gospodarczego, a ceny ropy są rekordowo niskie. Putin musiał rozwiać wątpliwości. I wybrał najprostszy z możliwych wariantów. Żadnych zmienników i tworzenia nowych bytów i struktur państwowych. Po prostu Putin na zawsze.

Michał Kacewicz/belsat.eu

INNE TEKSTY AUTORA W DZIALE OPINIE

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów