Wywiad z najemnikiem Grupy Wagnera: o Donbasie, Syrii i mięsie armatnim

Wywiad

Zdjęcie ilustracyjne, Reuters

Były rosyjski oficer zawodowy, najemnik z Grupy Wagnera, opowiedział dziennikarce Biełsatu o tym, jak brał udział w wojnie w Syrii i Donbasie.

Żołnierz ukrywa swoją twarz i nie podaje prawdziwego imienia, a jedynie pseudonim – Omen. Mieszka teraz w Moskwie, łącząc wypoczynek z rehabilitacją – został ranny podczas kontraktu. Żadnych innych danych osobowych bojownik nie chce podać. Omen był najemnikiem w „prywatnej firmie wojskowej Wagnera” przez równo rok – od końca 2014 do końca 2015 roku. Odszedł, bo „zmniejszyły się zarobki”.

Według jego słów, pracuje teraz w prywatnej firmie ochroniarskiej, której państwo rosyjskie płaci za pilnowanie złóż surowców naturalnych w Afryce. Co miesiąc otrzymuje około 400 tysięcy rubli (prawie 27 tys. złotych). Mowa najprawdopodobniej o prywatnej firmie wojskowej Patriot, którą szereg mediów łączy ze śmiercią rosyjskich dziennikarzy w Republice Środkowej Afryki.

Reporterzy zginęli, bo chcieli pokazać prawdę o nowej, afrykańskiej awanturze Kremla

Redakcja nie ma możliwości sprawdzenia wszystkich informacji podanych przez najemnika. Jednak niektóre fakty (na przykład udział „wagnerowców” w walkach pod Debalcewem) potwierdzają także inne źródła, w tym Bellingcat.

Przejście do rezerwy – luty 2014 roku

– Czy służył pan w Siłach Zbrojnych Federacji Rosyjskiej do początku wojny w Donbasie?

– Tak, służyłem jako oficer kontraktowy w 76. Dywizji Desantowo-Szturmowej. Mówiąc prościej – w pskowskim desancie. Oficjalnie odszedłem do rezerwy w lutym 2014 roku w stopniu kapitana. Po kilku miesiącach, w maju, znajdowaliśmy się już „za miedzą”, czyli na Ukrainie.

Pierwszą delegację odbyłem w składzie łączonego oddziału Ługańskiej Republiki Ludowej. Większość jego członków to byli niedawno zwolnieni żołnierze zawodowi. Co prawda, odbierali dokumenty z zachowaniem wynagrodzenia i stażu. O Wagnerze nie było wtedy jeszcze mowy.

Zdjęcie Reuters

– Jakie zadania wykonywał ten oddział latem 2014 roku w Donbasie?

– Pewne operacje oczyszczania terenu, wszystko lokalnie: wykrywamy-zabezpieczamy, wykrywamy-zabezpieczamy. Pracowaliśmy w konkretnych punktach, częściowo asystowaliśmy „konwojom humanitarnym”. Także na ukraińskim terytorium, póki nie było dróg ewakuacyjnych.

– Kto wydawał rozkazy?

– Oczywiście, wszyscy ci ludzie znajdowali się na terenie Federacji Rosyjskiej. Dowodzenie było stamtąd.

– Jaką żołd wtedy dostawaliście?

– Miałem wtedy dokładnie sto tysięcy rubli miesięcznie. Pieniądze i amunicję regularnie przywoził specjalny kurier. Nam naprawdę zapewniali wszystko, aż po papierosy. I ani razu nie wstrzymali żołdu.

– W jaki sposób współpracowaliście z formacjami zbrojnymi ŁRL-DRL?

– Absolutnie niczego im nie tłumaczyliśmy. Żołnierze Ługańskiej i Donieckiej Republik Ludowych w składzie samodzielnych oddziałów, tak zwane pospolite ruszenie, przechodzili przygotowanie w bazie w obwodzie rostowskim (Rosji – przyp. red.). Tam ich trenowano, uczono podstaw prowadzenia walki, a potem przerzucano z powrotem. Wątpliwe, by ta baza teraz istniała. A w Donbasie stacjonowaliśmy osobno, absolutnie nie byliśmy im podporządkowani, sami ich nie szkoliliśmy. Ale i liczyć na nich nie można było.

– Dlaczego?

– Dowodzenie w ŁRL było potwornie zdezorganizowane, przez co bardzo wielu ludzi wyprawili „do pieca”. Miejscowi porzucali swoje umocnione posterunki (ros. blokposty), gdy tylko widzieli wroga. Zasypiasz w przejściu pomiędzy dwoma schronami, a rano widzisz, ze jednego nie ma, rozbiegli się. To i teraz jest powszechne.

– Zabici desantowcy z Pskowa byli w opisywanym przez pana oddziale?

– Nie chcę odpowiadać na to pytanie.

– Kto jest odpowiedzialny za katastrofę rejsu MN-17?

– Jeśli powiem, to mnie potem na sto procent namierzą, znajdą.

Bojownik DRL trzyma zabawkę z bagażu w miejscu katastrofy malezyjskiego boeinga latem 2014 roku. Zdjęcie: Reuters

W Grupie Wagnera walczyli też byli agenci białoruskiego KGB

– Jak się pan zaciągnął do prywatnej firmy wojskowej Wagnera?

– Pierwszy raz od Wagnera trafiłem do Donbasu w grudniu 2014 roku. Już latem tym, którzy byli w oddziale połączonym, proponowano przejście do Wagnera, na co się zgodzili. Cały „połączony” tam wstąpił. Już w lipcu znaliśmy dalszy plan działania. W październiku przyjechałem na dwa dni do domu, żeby odpocząć, a potem do bazy w Molkinie. Wyglądała wtedy jak plac z barakami, całą infrastrukturę dobudowano potem, gdy na początku 2016 roku zaczęto aktywnie inwestować w prywatne firmy wojskowe.

Porządek dnia i treningi fizyczne w Molkinie były bardziej bardziej surowe, niż w zwykłym wojsku. Co ważne, by tam trafić, trzeba mieć jeszcze mózg. Należy wiedzieć, czym jest subordynacja.

Chcę podkreślić, że prywatne firmy wojskowe to specjaliści, a nie mięso armatnie, które rzucają, by leżeli z automatami w rowie. To nie ochotnicy. Tam naprawdę można pojechać i zostawić formularz ze swoimi danymi, ale człowieka bez doświadczenia bojowego nie wezmą. To może być Czeczenia, Donbas, biorą też ludzi ze specnazu typu Witiaź i Alfa [jednostki specjalnej MSW Rosji i jednostki specjalnej FSB – przy. red.]. Wśród instruktorów też jest wielu ludzi z Alfy.

Po przeszkoleniu w Molkinie, rozrzucano nas po punktach. Wojna nie była pozycyjna, wszystko musieliśmy robić bardzo szybko.

– Czy spotkał pan samego Wagnera, Dmitrija Utkina?

– Widzieliśmy się wtedy, w grudniu 2014 w rosyjskim przygranicznym mieście Donieck [w obwodzie rostowskim – przyp. red.], przed wyjazdem na misję. Żadnych prywatnych rozmów nie było, omówiliśmy działania naszego pododdziału po tamtej stronie.

Dowódca prywatnej firmy wojskowej Wagnera Dmitrij Utkin (pierwszy z prawej) podczas audiencji na Kremlu. Zdjęcie z sieci społecznościowych

– Czy istnieje jakaś procedura oficjalnego zaciągu do Wagnera?

– Jest kontrakt z dokładnie określonymi punktami i klauzula tajności. Zabierają wszystkie cywilne dokumenty, wydają nieśmiertelnik. Brak ubezpieczenia medycznego, ale przewidziana jest rekompensata dla rodziny za śmierć, około 2 milionów rubli. Od zarobków nie płaci się też podatków.

– A ile otrzymywali najemnicy Wagnera za operacje w Donbasie?

– Od 100 do 350 tysięcy – to żołd szeregowego specjalisty w zależności od trudności operacji i miejsca jej przeprowadzenia. Najwięcej zostawał zwiad, samodzielne bataliony rozpoznawcze, szczególnie za Debalcewo. Ja byłem właśnie tam.

– Spotykaliście obcokrajowców w szeregach najemników?

– Tak, i pani Białorusinów jest tam dużo. Ja ich nawet po tamtej stronie spotkałem. Podczas wypadu wzięliśmy do niewoli jednego z Azowa. Powiedział, że jest z Mińska. Potem oddaliśmy go miejscowemu Ministerstwu Bezpieczeństwa Państwowego, bo sami nie prowadziliśmy przesłuchań. Czy przeżył? Skąd mam wiedzieć…

Co do Wagnera, to dwóch Białorusinów na pewno tam spotkałem. Chociaż przyjęte było nie afiszować swojej biografii. Podczas całego pobytu w Donbasie widziałem ich około dziesięciu. Zwykłe chłopaki, głównie byli funkcjonariusze służb, wojskowi.

By trafić „za miedzę”, obcokrajowcy nie rejestrują się w przejściu granicznym typu Izwarino – przepływają granicę przez rzekę pod rosyjskim Donieckiem bez odprawy. W ten sam sposób wracają.

– Ludzie z KGB tez tam trafiali?

– Oczywiście. Tacy ludzie są wszędzie.

Zdjęcie: Piotr Szełomowskij/Kommiersant

Przed Debalcewem najemnicy dezinformowali ukraińskie dowództwo

– W jakich operacjach w Donbasie brał pan udział w szeregach Grupy Wagnera?

– Debalcewo, walki pod wsią Metalist w Ługańskiej Republice Ludowej, ochrona „konwojów humanitarnych”. Prywatna firma wojskowa Wagnera ma tylko trzy zadania: stymulowanie, prowokowanie i bezpośrednie niszczenie. Na przykład mogliśmy zidentyfikować baterię przeciwnika, wziąć do niewoli. Specjaliści innych prywatnych firm wojskowych, nie Wagnera, do teraz pracują w strefie kontaktu na granicy z Ukrainą. Ktoś musi, poza separatystami, ją zabezpieczać i organizować dywersję. A kto będzie organizować dywersje – górnik, który w tym roku pierwszy raz automat widział?

Debalcewo to w pełni my opracowaliśmy. Nie myślicie chyba, że trzej górnicy ze szpadlami mogli coś takiego zrobić? Oni teraz biją się w piersi, mówią, że są wielkimi wojownikami. Ale naprawdę to nie tak.

Kocioł był zaplanowany zawczasu. Ukraińców po prostu okrążyliśmy i roznieśliśmy w pył. Na długo przed tym grupy dywersyjne zaczęły wlewać ukraińskiemu dowództwu „dezę” [dezinformację – przyp. red.]. W rejon Debalcewa napływały siły…

– Krytycznie podchodzi pan do formacji ŁiDRL, mówi pan o dezorganizacji. Z jakimi konkretnymi przejawami tej dezorganizacji się pan spotkał?

– A czy myślicie, że tylko Ukraińcy strzelali do „biednych separatystów”? Sami do siebie strzelali, oddawali posterunki. Podczas walk pod Metalistem w grupie Batmana był celowniczy, który kierował za pomocą kompasu.

Naszym zadaniem było przeniknąć pod osłoną ognia i wziąć „języka”. Dochodzimy na stanowisko, dajemy sygnał do ostrzału. A Batman, zamiast w Ukraińców, zaczyna strzelać do nas. Ledwo przeżyliśmy. Chcieliśmy temu cudownemu oddziałowi nogi wyrwać, ale przeprosili.

Jeden z dowódców separatystów – Giwi, na donieckim lotnisku. Zdjęcie: ria.ru

Wielu dowódców polowych nawet nie pojawiało się na pozycjach. Teraz ci ludzie noszą stopnie pułkowników, generałów, a tak naprawdę nie mają wyższego wykształcenia. To w najlepszym wypadku wczorajsi sierżanci. Nie znali ani taktyki, ani strategii. Mogę dokładnie powiedzieć, że śmierć dziennikarzy Wszechrosyjskiej Państwowej Kompanii Telewizyjnej i Radiowej jest na sumieniu batalionu Zorza i kozaków.

Tam w ogóle są wielkie problemy z pijaństwem, narkotykami. Sam widziałem, jak za hotelem w mieście Antracyt działał tak zwany „sklep nocny” – po 8 wieczorem handlowali narkotykami.

– Niech pan poda wielkość strat Wagnera. Ilu najemników zginęło pod Debalcewem?

– Około 40 osób. Jeszcze dwóch straciliśmy pod Metalistem przez zeza łnr-owców.

– Czy Grupa Wagnera jest odpowiedzialna za likwidację Biednowa, Mozgowoja i innych dowódców polowych?

– Gdy formacje stają się bandami, trzeba je likwidować. Giwi i Motorola stali się osobami medialnymi. Taka aktywność kończy się wiadomo czym. A co do zabójstwa Zacharczenki… On był poważną figurą. Wcześniej czy później interesy kierujących DRL musiały się rozejść. Gdy człowiek nie idzie na ustępstwa, wynik jest jeden.

– W takim razie Puszylin jest bardziej zgodny?

– Boję się, że czeka go ten sam los. W ogóle, z całej tej braci najbardziej podoba mi się Striełkow. Chętnie właśnie jego widziałbym na czele Donbasu. Poznaliśmy się w maju 2014 roku w Słowiańsku, potem woziliśmy mu „pomoc humanitarną”. Teraz się kumplujemy.

Zdjęcie: Reuters

Wagner był pierwszy w Syrii

– Do Syrii pojechał pan także z Wagnerem?

– Nie, tam pojechałem już z nową firmą już w 2016 roku. Ale chcę podkreślić, że Wagner pierwszy trafił do Syrii. Było tam mało rosyjskiej piechoty, trzeba było ich osłaniać podczas operacji. Osłaniali Hmejmim, osłaniali podczas szturmu Palmiry.

Rosyjskie prywatne firmy wojskowe miały następujące zadania: zabezpieczenie terenu, osłona podejść na stanowiska, na których trwają walki, stabilizacja sytuacji, gdy coś nie idzie zgodnie z planem.

– I ilu najemników zginęło podczas kampanii syryjskiej?

– Dokładnie nie wiem, ale mówią o setce i więcej.

– Według mediów, w rejonie Dajr az-Zaur zginał najemnik z Białorusi. Nazywał się Alaksiej Jaraszewicz. Słyszał pan o nim?

– Tak, znam to nazwisko. Ale osobiście się z nim nie spotkałem.

– Więc właściwie dlaczego odszedł pan od Wagnera?

– Mój aktualny pracodawca płaci 400 tysięcy, a u Wagnera ludzie zarabiają po 200 tysięcy. Różnica jest widoczna. Kwestia „czystości kruszcu” dalej obowiązuje.

Kaciaryna Andrejewa, pj/belsat.eu

Zobacz też
Komentarze