Wyniki jak policzek wymierzony Białorusinom

Michał
Kacewicz
dziennikarz

Wyniki wyborów, który władza ogłosi są prowokacyjne. Miały wywołać protesty, które władza zamierza brutalnie i szybko stłumić.

Prowokacja i wyzwanie

Kiedy idziesz na wybory z nadzieją na zmianę i wiesz, że wszyscy twoi krewni, przyjaciele, bliżsi i dalsi znajomi i koledzy i koleżanki z pracy też poszli z nadzieją. A potem słyszysz, że tych, którzy mieli nadzieję, było tak naprawdę mniej niż co dziesiąty. Że ośmiu na dziesięciu nie chciało żadnej zmiany. Kiedy widziałeś przez wiele tygodni tłumy na placach wpatrzone w Swiatłanę Cichanouską z nadzieją, że przyniesie zmianę. A potem dowiadujesz się, że na wiecach musieli być chyba jej przeciwnicy, udający zwolenników. No, bo jak zrozumieć, że ponad 80 proc. poparcia zdobywa rządzący prezydent? Więcej nawet niż dziesięć lat temu. Wtedy czujesz wściekłość. Jakby ktoś napluł w twarz.

Ogłaszane na razie nieoficjalne wyniki wyborów były ze strony władzy po prostu prowokacją. Miały wywołać wzburzenie i zamieszki. Do tego władza przygotowywała się od dawna. I do szybkiego ich stłumienia. Przeprowadzona w ciągu jednej nocy pacyfikacja, pełne więźniarki, a potem pokazowe procesy, wyrzucanie liderów protestu z kraju, masowe represje – to był plan na dzisiejszą noc. Szybko pozamiatać i ogłosić światu, że rządzący od 26 lat prezydent pójdzie na rekord i dobije trzydziestki na fotelu, czy może bardziej już tronie prezydenta.

Z wynikiem ponad 80 proc. Alaksandr Łukaszenka bez wstydu mógłby rozmawiać jak równy z równym z Władimirem Putinem, a nawet kolegami z Azji Centralnej. Być może od Putina usłyszałby: no, mój mołodiec! Bo przecież wypracować taki mandat w tak trudnych wyborach to nobilitacja w klubie autokratów. Taki był plan.

Prawda przeciw propagandzie

Wiele reżimów kruszyło się wtedy, kiedy nie doceniały społecznych emocji. Kiedy zaczynały wierzyć we własną propagandę. Trudno spodziewać się, by Łukaszenka, aż tak uwierzył w propagandowy przekaz, by nie bał się tych wyborów. Był nimi przerażony. Widać to było, kiedy zaniechał normalnej kampanii i sprowadził ją do zastraszania Białorusinów użyciem siły.

Gwoździem programu była groteskowa historia z zatrzymaniem „wagnerowców”, rosyjskich najemników-dywersantów. Prezydent nie tylko chciał nimi przestraszyć rodaków, ale i zasiać wątpliwości i sparaliżować za pomocą fali sprzecznych teorii zachodnią dyplomację. Żeby zaczęła podejrzewać, że może jednak Rosjanie chcą obalić Łukaszenkę.

Brutalna pacyfikacja w centrum Mińska

Chwilowa ulga Łukaszenki

A jednak białoruski prezydent chyba przyzwyczaił się do powtarzanego przy okazji każdych wyborów rytuału pacyfikacji protestów. I zaczął wierzyć, że to nie jest prawdziwe, że opozycyjne demonstracje to wyłącznie efekt knowań zagranicznych agentów, a Białorusini go tak naprawdę kochają. Dziś pewnie Łukaszenka na chwilę odetchnął z ulgą. Operacja „głosowanie” przeprowadzona była sprawnie i jak zwykle. Urzędnicy, z małymi wyjątkami, spisali się. CKW dała radę. Wydawało się, że dał radę resort MSW i siły zbrojne. Sprawnie wjechali do Mińska i innych miast, zablokowali centralne place i wyjazdy.

Ulga Łukaszenki trwała jednak tylko na chwilę. Nie będzie miał spokojnej nocy. Bo Białorusini wychodzą na ulice mimo atmosfery strachu. Znowu widzą, że jednak mieli rację, że to niemożliwe, że ośmiu na dziesięciu jest za trwaniem prezydenta do trzydziestki. Widzą, że krewni, przyjaciele, bliżsi i dalsi znajomi i koledzy i koleżanki z pracy też wyszli z nadzieją. Władza, wymierzając wyborczy policzek może i przewidziała, że wyjdą.

Nie przewidziała jednak skali emocji. Tego, że wyjdą i nie będą się bać, jak kiedyś. To, co zostanie po dzisiejszej nocy, trudno będzie pozamiatać pod dywan.

Michał Kacewicz/belsat.eu

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów