Wydarzeń na Białorusi nie da się porównać z Majdanem na Ukrainie

Piotr
Pogorzelski
dziennikarz Biełsatu, autor podcastu Po prostu Wschód

Białoruskie władze przed wyborami straszyły “majdanem”. Oponenci Alaksandra Łukaszenki tłumaczyli, że nie mają zamiaru go organizować. Obydwie strony zrealizowały swoje obietnice.

Urzędujący prezydent Białorusi rzeczywiście przygotowywał się do “majdanu”. Nie zauważył jednak, że czasy się zmieniły i model protestów, który obserwowaliśmy niemal 7 lat na Ukrainie, znacznie się zmienił.

Po pierwsze, protest w Kijowie był skoncentrowany w jednym miejscu w ścisłym centrum stolicy. Mieszkałem wówczas na Obołoniu (odpowiednik warszawskiego Ursynowa) i nic, poza odgłosami granatów hukowych dobiegających z placu Niepodległości i naklejkami na słupach i w windzie, nie mówiło o tym, że trwa rewolucja. W Mińsku jest inaczej. To, że demonstranci już drugi wieczór z rzędu spotykają się w różnych miejscach białoruskiej stolicy i potem przechodzą w stronę centrum sprawia, że organom ścigania trudniej z nimi walczyć. Zmuszone są do organizowania polowania po całym mieście. Jest to dość trudne w dwumilionowym mieście, którego powierzchnia wynosi niemal 350 km², czyli trochę więcej niż Krakowa. Ponadto Alaksandr Łukaszenka i jego wojsko oraz milicja szykowały się do zupełnie innego “majdanu”. Zakładały jeden duży protest, stosunkowo łatwy do pacyfikacji.

Wojsko, milicja czy KGB – kto obroni Łukaszenkę?

Po drugie, w czasie rewolucji godności duże znaczenie odegrały bezpośrednie relacje z placu Niepodległości (streamy), które pośrednio zachęcały do udziału w protestach. Ale wówczas były istotne także tradycyjne media, przede wszystkim telewizja. Na przykład, można niemal z pewnością stwierdzić, że na bieg wydarzeń wpłynęło to, że stopniowo na stronę demonstrantów przechodziły prywatne telewizje (o wiele popularniejsze niż jeden kanał ukraińskiej telewizji państwowej). Na Białorusi kanały telewizyjne należą do państwa i też nie mają dużej oglądalności.

W obecnej sytuacji ma to niewielkie znaczenie, jeśli spojrzymy na statystki użytkowania internetu. W 2013 roku z sieci korzystało 42% Ukraińców (w styczniu tego roku 63%). Na Białorusi obecnie ich liczba sięga 80% społeczeństwa. Władze wydawały się do tego przygotowane, o czym świadczą podejmowane próby blokowania internetu. Jednak, wiadomości i tak docierają za pomocą komunikatorów, szczególnie popularnego w b. ZSRR Telegramu.

Po trzecie, Ukraina jeszcze przed rewolucją godności była krajem o wiele demokratyczniejszym (czy też lepiej powiedzieć pluralistycznym) niż Białoruś, z o wiele bardziej rozbudowanym społeczeństwem obywatelskim. Stąd łatwiej było wyłonić zarówno przywódców “majdanu”, jak i zorganizować konkretne grupy zajmujące się w czasie rewolucji na przykład: fizyczną obroną, pomocą medyczną, czy nawet edukacją kulturalną. Na Białorusi tego brak. Można to jednak uznać za plus ponieważ przywódców nie można zatrzymać, czy zmusić do powstrzymania tłumu, ponieważ ich fizycznie brak. Sama Swiatłana Cichanouskaja zachowywała się podczas manifestacji pasywnie, czego zresztą można się było spodziewać. W końcu, zapewne w wyniku szantażu służb, wyjechała z Białorusi na Litwę.

Cichanouskaja odczytała apel „do rozsądku” Białorusinów. Ujawniono nowe nagranie

Po czwarte, struktura władzy na Białorusi i na Ukrainie jest zupełnie różna. W tym ostatnim kraju mamy różne grupy wpływu. Przede wszystkim oligarchów rozgrywających własne interesy. Pod wpływem wydarzeń powoli odsuwali się od Wiktora Janukowycza przechodząc na stronę demonstrantów. Białoruski dyktator działa w innym stylu pozostawiając sobie monopol na władzę i siłę. Stąd nie ma właściwie konkurentów, którzy mogliby wejść do gry. Chyba że zdecydują się na to służby, czy wojsko, a o nastrojach w nich wiemy bardzo mało.

Po piąte, inna jest też mentalność społeczeństwa białoruskiego. Mimo że wiele osób mówi, że nie istnieje coś takiego, jak charakter narodowy, to lata słabego państwa na Ukrainie wykształciły postawę braku strachu wobec władzy i braku zaufania do rządzących, a także przyzwyczajenie, że można liczyć przede wszystkim na siebie. Na Białorusi umowa społeczna była zupełnie inna: państwo dawało więcej, w zamian za posłuszeństwo. Nawet jeśli teraz, w czasie epidemii koronawirusa cierpliwość obywateli wyczerpała się, to i tak jest za mało czasu żeby wypracować nowe formy aktywności społecznej.

Granaty hukowe i gumowe kule. Przemoc na ulicach Mińska REPORTAŻ

Wszystko to sprawia, że mówienie o tym, że na Białorusi dochodzi, czy może dojść do “majdanu” jest absurdalne. Mamy inne czasy, inne państwo i inne uwarunkowania. Chyba tylko Alaksandr Łukaszenka pozostał mentalnie w czasach ZSRR ochraniając wzmocnionymi zagonami milicji i oddziałów specjalnych siedzibę telewizji i pocztę.

W czasie zeszłotygodniowego orędzia do narodu mówił, aby Białorusini nie zapominali, że „prezydent to przywódca państwa, waszego państwa […] jest twarzą kraju, waszą twarzą”. Alaksandr Łukaszenka nie zauważył jednak, że społeczeństwo się zmieniło i chce mieć inną twarz – młodszą, nowocześniejszą, być może kobiecą. Nie potrzebuje już ojca, a raczej fajnej dziewczyny.

Białoruski bunt jest kobietą

Piotr Pogorzelski/belsat.eu

Inne teksty autora w dziale Opinie

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Tagi:

Więcej materiałów