Wszystkie koszmary Putina na corocznej konferencji

Michał
Kacewicz
dziennikarz

Po konferencji prasowej Władimira Putina zaskakuje, jak bardzo rosyjski prezydent drepcze w miejscu i nie potrafi przełamać utartych od dwóch dekad schematów. Kiedy kryzys wokół Kremla narasta, winny jest jak zwykle Zachód.

Władimir Putin ma zwyczaj komunikować się ze społeczeństwem za pośrednictwem mediów tylko w taki sposób, żeby mieć pełną kontrolę nad całym procesem. Wyreżyserowany spektakl wielkiej konferencji i starannie wyselekcjonowani dziennikarze zadający ustalane wcześniej pytania to standard. Dziś dodatkowym czynnikiem były koronawirusowe ograniczenia i fakt, że Putin przemawiał przez interentowe łącza z telebimu nie wiadomo skąd, a nie siedząc przed dziennikarzami na sali.

Zwykle też z kierunku w jakim podążają odpowiedzi Putina, a nawet jego skromnych emocji i mimiki analitycy próbują odczytać przynajmniej intencje Kremla w polityce na najbliższy czas. To błąd. Bo z konferencji nie wynika kierunek polityki, tylko kierunek narracji propagandowej. A ten jest niezmienny od lat, różni się co najwyżej temperaturą emocji i tym, czy na przykład mniej, czy bardziej Putin uderzy w Zachód i wewnętrznych wrogów Rosji.

Rok temu wrogów szukał w Polsce. Tym razem padło na szeroko pojęty Zachód. Przewidywalnie i schematycznie.

Demony Putina

Tymczasem nad występującym dziś Putinem krążyły męczące go koszmary. Koszmar numer jeden to Aleksiej Nawalny. Koszmar numer dwa to koronawirus. I koszmar numer trzy to gospodarka i nastroje Rosjan. Putin odganiał je jak mógł. Robił to jednak starą, wyświechtaną już miotłą.

Nawalny i przedstawione przez niego trzy dni temu dowody na udział FSB w spisku i operacji otrucia za pomocą „Nowiczoka”? Putin musiał odnieść się do tej sprawy. Przecież materiały śledcze, opublikowane również w zagranicznych mediach, obejrzało i przeczytało już od poniedziałku na całym świecie 10 mln. ludzi!

– Dlaczego mielibyśmy chcieć go otruć? Komu on potrzebny? To niedorzeczne. Gdybyśmy chcieli, doprowadzilibyśmy to do końca. Ale jego żona przyszła do mnie, a ja kazałem go natychmiast zawieźć do szpitala w Berlinie – mówił dziś rosyjski prezydent.

Polowanie na Nawalnego było festiwalem kompromitacji FSB

Dochował tradycji i nie wymówił imienia i nazwiska lidera opozycji. Jednym słowem Nawalny dla Putina jest „tym, którego imienia nie wolno wymawiać”. Trzymając się formuły per „on” (czasem mówi per „ten człowiek”, lub „obywatel”) odniósł się do poważnych oskarżeń o otrucie w wyjątkowo arogancki sposób. I w swoim stylu. Ileż to razy Putin straszył terrorystów topieniem w sedesie, wieszaniem, albo w sposób impertynencki upokarzał przeciwników politycznych z kraju i zagranicy? Wiele. Taki styl.

Biała i puszysta

Przynajmniej Putin wierzy, że wciąż jest wiarygodny opisując kulisy działań służb specjalnych. Odnosząc się dalej do sprawy Nawalnego tłumaczył, że to operacja amerykańskich służb specjalnych.

– Dobrze wiemy, o co chodzi. To jest legalizacja amerykańskich materiałów wywiadowczych, a nie śledztwo dziennikarskie – powiedział Putin

To też linia, która już wcześniej była przetestowana. W rosyjskich mediach w ostatnich dniach pojawiały się już sugestie, że to zachodnie służby podrzuciły dziennikarzom dane geolokalizacji oficerów FSB i ich dane personalne.

Być może rozmydleniu efektów śledztwa służyła informacja opublikowana trzy dni temu przez brytyjski „The Sunday Times”, o tym, jakoby Nawalny otruty był dwa razy (po raz drugi w szpitalu). To mógł być element rosyjskiej kampanii dezinformacji w celu kompromitowania dziennikarskich „śledztw”. Sam Nawalny zdecydowanie zaprzeczył przecież tej wersji.

Putin obarczył Zachód winą za kryzys w relacjach z Rosją

Natomiast Putin był dziś w trudnej sytuacji. Wyjaśnił sprawę Nawalnego w sposób typowy. Można się było spodziewać, że linią obrony będą oskarżenia pod adresem zachodnich służb. Putin lubi odwoływać się do swojego doświadczenia wywiadowczego. Autorytetem byłego oficera KGB Putin podpierał się dziś, kiedy opowiadał jak wygląda operacja zachodnich służb, w której Nawalny jest ich pionkiem.

Dla owych służb te słowa zapewne zabrzmiały jak ostrzeżenie. Nie ma bowiem żadnych wątpliwości, że Putin rzeczywiście tak myśli. W jego świecie nie ma działań wyrwanych z kontekstu działań wywiadowczych, z kontekstu ataku świata zachodniego na Rosję. To jest wciąż trochę tylko lekko odświeżony świat czasów „zimnej wojny”. W myśl zimnowojennych zasad coś takiego, jak ujawnienie szczegółów operacji wewnętrznej w jakimś kraju przez obce służby, to kompromitacja dla nich i zaznaczenie pola dominacji. W tym przypadku głównie w świecie technologii. Putin odnosząc się dziś do tej sprawy niemal wprost zapewnił, że tak tego nie zostawi.

Uciekając przed koszmarem Nawalnego, Putin wkroczył na bezpieczniejszy grunt. Opowiadał o ratowaniu rosyjskiej gospodarki, walce z kryzysem, pandemią itd. Tu też nie miał specjalnie nic nowego do zaoferowania: wsparcie socjalne (np. wypłaty dla dzieci) , gazyfikacja wsi i szczepionka na koronawriusa dla każdego. Przyznał, że Rosja w porównaniu z Zachodem jest „biała i puszysta”, czyli niewinna, jak mały kotek.

Żeby nie było za słodko, na koniec Putin dodał, że Rosja może nie do końca jest taka puszysta, ale jednak stara się rozwijać. Garść socjalnych obietnic i świetlanych perspektyw stojących przed Rosją to również tradycyjny repertuar putinowskich konferencji. Tym razem sytuacja jest inna.

Marzenie siedmiolatka – dostać od Putina akcje Gazpromu

Nie w świecie Putina. A w świecie zwykłych Rosjan. Po ciężkim dla nich roku, może najtrudniejszym od wielu lat, po czasie, kiedy widzieli rosnącą słabość władzy, nie zobaczyli lidera, który budzi nadzieję, że kolejny rok będzie lepszy. Zobaczyli zmęczonego, powtarzającego te same, wyświechtane frazesy prezydenta, który w dodatku ciągle ukrywa się gdzieś w swojej rezydencji. Postać ze szklanego ekranu.

Kiedy po rosyjskim internecie zaczęły niedawno krążyć dość absurdalne plotki, że Putin jest ciężko chory i lada dzień ustąpi na Kremlu musiało panować zdenerwowanie. W historii Rosji nie raz wielkie trzęsienia ziemi na szczytach władzy zaczynały się od irracjonalnej plotki o rzekomej śmierci władcy, o sobowtórze, zmienniku, spisku itd. Putin z ekranu telebimu był dziś prawdziwy. Trudno byłoby podrobić ten styl, ten język. Ale wielu wierzących w teorie spiskowe Rosjan po tej konferencji nie mogło się oprzeć wrażeniu, że coś w tym jest, że on słabnie.

Michał Kacewicz/belsat.eu

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów