Wszyscy źli oprócz Rosji. Łukaszenka narzeka na sąsiadów

Alaksandr
Kłaskouski

W wizji świata, która wyłania się z przemówień Łukaszenki, Białorusini mają okropnego pecha w kwestii sąsiadów. Litwa, Ukraina i Polska ostrzą zęby na sąsiednią republikę. Według Łukaszenki można ufać już tylko Rosji, ale i ten stan wydaje się być tylko tymczasowym. Białoruski przywódca wielokrotnie prowadził zaciętą walkę z Moskwą, a nowe skandale najpewniej czyhają tuż za rogiem.

Prezydent, który według Unii Europejskiej sprawuje urząd nielegalnie, nie omieszkał wspomnieć o ulicznych protestach w Polsce:

– Chcieli zrobić rewolucję w naszym kraju, nawet nie rewolucję, a rebelię, a teraz mają ją u siebie.

Ponadto Łukaszenka oskarżył prezydenta Polski Andrzeja Dudę o sfałszowanie wyborów, twierdząc, że to jest prawdziwy powód zamieszek w Polsce. Krótko mówiąc klasyczne zrzucenie winy dla odwrócenia uwagi, bo przecież to białoruskiemu prezydentowi Unii Europejskiej zarzuca sfałszowanie wyborów 9 sierpnia.

Łukaszenka beszta Pompeo

Oczywiście można obrzucić błotem Dudę, ale nie pomoże to Łukaszence wybielić wyborów w jego własnym kraju. Są one uznawane za sfałszowane nie tylko przez Unię Europejską. Całe mnóstwo Białorusinów, którzy od trzech miesięcy wychodzą na protesty, jest przekonanych, że nie było 80 proc. głosów na Łukaszenkę, i że Swiatłana Cichanouskaja de facto wygrała.

Władze białoruskie przy użyciu szantażu wywiozły ją do Wilna i teraz przedstawiają Litwę jako jeden z tych krajów, które sterują polityczną oponentką Łukaszenki. Ukraina jest tradycyjnie przedstawiana jako poligon, gdzie trenują bojownicy chcący obalić reżim. A o planach zagarnięcia Białorusi przez Polskę, przywódca republiki mówił już niezliczoną ilość razy.

Łukaszenka w swoim przemówieniu z 29 października wymienił wszystkich sąsiadów, którzy znaleźli się w rubryce „złoczyńcy”. Po raz kolejny wspomniał, że w Grodnie podobno wywiesili polskie flagi, po czym wymownie dodał: „Cóż, jeśli już ich tam nie ma, to nie znaczy, że komuś coś nie chodzi po głowie”.

Wspomniał również o swojej niedawnej, kontrowersyjnej rozmowie telefonicznej z sekretarzem stanu USA Michaelem Pompeo. Oświadczył, że ostrzegł Amerykanina co do działań NATO:

– (…) Jeśli tylko ruszą się z Polski, Litwy i może Ukrainy (o tym nawet nie ma mowy, im nie w głowie takie rzeczy), ale Polacy i Litwini, głównie Polacy (cóż tam Litwini, oni nie mają armii) – odpowiemy.

Dwie kwestie są tu godne uwagi. Po pierwsze, Łukaszenka sam nieświadomie obala swoje teorie o niebezpieczeństwie, mówiąc, że dla Kijowa to nie jest czas, by myśleć o ataku na Białoruś, a armia litewska jest znacznie skromniejsza od białoruskiej. Po drugie Łukaszenka w swoim oświadczeniu przekazał Sekretarzowi Stanu USA jasny komunikat „pilnuj swoich marionetek!” i, jak to przedstawia Białoruski przywódca, polityk z zza oceanu musiał się usprawiedliwiać jak wezwany na dywanik podwładny:

– Zapewnił mnie, że to niemożliwe, i że nigdy do tego nie dojdzie. Powiedziałem: dobrze, usłyszałem.

Jednak wersja służb prasowych Departamentu Stanu USA jest inna. Pompeo „wezwał do całkowitego uwolnienia i natychmiastowego pozwolenia na wyjazd z Białorusi dla nielegalnie zatrzymanego obywatela USA Witala Szklarowa. Ponadto Sekretarz Stanu „ponownie stwierdził, że Stany Zjednoczone popierają dążenie narodu białoruskiego do demokracji” (to znaczy, że popierają żądania przeciwników Łukaszenki).

„Wtrącali się do białoruskich spraw i stracili władzę”

Politolog Szklarau miał to nieszczęście, że przyjechał do rodzinnego Homla, akurat wtedy, kiedy zaczęło się „polowanie na wiedźmy”. Jednak rzeczywiście został wypuszczony z kraju trzy dni po telefonie od Pompeo. Wygląda więc na to, że Waszyngton to przywołał do porządku białoruskiego przywódcę, a nie na odwrót.

I ogólnie rzecz biorąc bajki Łukaszenki są tak nieprzekonujące, że wygląda to tak, jakby myślał, że Białorusini nie mają ani internetu, ani własnych oczu i mózgów.

Oto Łukaszenka mówi w duchu marksizmu-leninizmu, że w Polsce „jest trochę bogatych, ale ilu tam biednych! A przepaść między biednymi a bogatymi jest ogromna. To największe niebezpieczeństwo dla każdego państwa”.

Tak, ale Białorusini przed pandemią masowo jeździli do Polski i doskonale widzieli, że mimo wszystkich problemów Polacy w ogóle są znacznie bogatsi, a przepaść na niekorzyść Białorusi rośnie. Łukaszenka doprowadził do tego, że średnia pensja w przeliczeniu na dolary jest obecnie niższa niż w 2010 roku.

Ponadto nie omieszkał nie podzielić się informacją, że w skład nowego litewskiego parlamentu nie weszła partia ministra spraw zagranicznych Linasa Linkevičiusa, którego wypowiedzi nieraz ukazywały krytyczny stosunek do Białorusi:

– Wtrącali się do Białoruskich spraw i stracili władzę.

Używając tego samego schematu, Łukaszenka podsumował wydarzenia, które miały miejsce u południowego sąsiada:

– A co się stało na Ukrainie, co z naszym przyjacielem Wołodią Zełeńskim? Totalna porażka w wyborach do samorządu terytorialnego.

Morał: „Dlatego nie należy ciskać gromów na sąsiada ani wtykać nosa w nasze sprawy”.

W rzeczywistości jest dla wszystkich jasne, że to nie stanowisko w kwestii Białorusi decyduje o losach polityków w krajach sąsiednich. Tam wyborcy wysuwają całkiem inne roszczenia, związane przede wszystkim z problemami wewnętrznymi.

A potem z tej absurdalnej paplaniny wyłania się niezaprzeczalny fakt, który nie działa na korzyść Łukaszenki: w sąsiednich krajach władza się zmienia, a na Białorusi ktoś wbrew własnym przemówieniom trzyma się władzy za wszelką cenę.

Moskwa może stać się imperialistycznym rozbójnikiem

Nie trzeba być wielkim politologiem, aby zrozumieć, dlaczego Łukaszenka wiesza psy na swoich sąsiadach z UE i NATO, rozdmuchując temat zagrożenia ze strony Zachodu. To klasyczne odwracanie kota ogonem. Białoruski przywódca uparcie tuszuje fakt, że przyczyną wewnętrznego kryzysu politycznego jest autorytarny charakter jego własnego reżimu i bezczelne fałszowanie wyrazu woli narodu.

Ponadto retoryka antyzachodnia pozwala być po tej samej stronie barykady, co Moskwa, od której poparcia całkowicie uzależniony jest los samego Łukaszenki.

Ale sęk w tym, że choć Kreml, podał Łukaszence pomocną dłoń w trudnym momencie, to teraz coraz wyraźniej okazuje niezadowolenie z zachowania białoruskiego sojusznika. Moskwa przekonała się, że przywódca republiki nie radzi sobie z wewnętrznym kryzysem politycznym, i że w ogóle stał się zbyt toksycznym partnerem. Dlatego coraz bardziej uparcie popycha go w stronę obiecanej reformy konstytucyjnej i nowych wyborów (jak można się domyślić, już bez Łukaszenki).

Łukaszenka uważa, że politycy sąsiednich krajów krytykują go tylko po to, by przykryć swoje problemy. Zdj. President.gov.by

Tymczasem on nadal liczy na to, że uda się mu stłumić protesty dzięki brutalnej sile i imitacji dialogu ze społeczeństwem. Nikt nie dał się nabrać na sztuczkę z parodią „okrągłego stołu”, przy którym zasiadł przywódca i więźniowie polityczni w areszcie śledczym KGB.

Łukaszenka milczy zarówno w kwestii treści i warunków reformy konstytucyjnej, jak i nowych wyborów. Otrząsnął się już po sierpniowym szoku i najwyraźniej stwierdził, że nie wszystko jest jeszcze stracone i warto walczyć o swoje polityczne przetrwanie. Nawet jeśli znów będzie musiał znów zdradzić Kreml.

Jednak takie posunięcie, jak również niewyobrażalna przemoc, która tylko jeszcze bardziej wciąga w wir kryzysu, oczywiście nie podoba się Władimirowi Putinowi i jego współpracownikom. Jak twierdzą analitycy, właśnie to chciał jasno dać do zrozumienia Łukaszence szef Służby Wywiadu Zagranicznego Federacji Rosyjskiej Siergiej Naryszkin podczas swojej niedawnej wizyty w Mińsku.

Ale Łukaszenko jest uparty, wściekle kocha władze i prawdopodobnie nie wierzy w żadne gwarancje w przypadku swojego odejścia. Więc na horyzoncie zaczynają się pojawiać nowe konflikty z Kremlem. I wtedy w wizji przedstawianej przez Łukaszenkę Rosja może znów stać się imperialistycznym rozbójnikiem. Krótko mówiąc, Białoruś nie będzie miała żadnych „dobrych” sąsiadów.

Tymczasem wydaje się, że postanowiono ukarać należących do NATO sąsiadów i Ukrainę. Państwowy Komitet Pograniczny Białorusi poinformował o zamknięciu granic lądowych, z wyjątkiem granicy z Rosją. Oficjalnie – z powodu koronawirusa, ale w rzeczywistości pachnie polityką i urazą. Władze białoruskie nadal idą po linii „na złość babci odmrożę sobie uszy”.

Alaksandr Kłaskouski dla vot-tak.tv, ksz/belsat.eu

Inne teksty autora w dziale Opinie

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów