Wspomnienie z katolickiej wsi. Boże Narodzenie na Białorusi 50 lat temu

O świętach na zachodzie ZSRR, gdzie katolickie i prawosławne tradycje przeplatały się z pogańskimi przesądami i komunistyczną ideologią, opowiada nasz korespondent z Głębokiego Zmicier Łupacz.

W dzieciństwie czas płynie dla człowieka w sposób szczególny, a wspomnienia pozostają z tobą na całe życie. Z polskimi czytelnikami chcę podzielić się moimi wspomnieniami z dzieciństwa z początku lat 70. ubiegłego wieku, a dokładniej tym, jak zapamiętałem Święta.

Moja wieś Zawrótki (biał. Завараты, czyt. Zawaraty) położona jest na wschodzie byłej Wileńszczyzny, która do 1939 r. była częścią II Rzeczypospolitej. Mieszkańcy mojej i sąsiednich wsi byli katolikami i choć władze radzieckie walczyły z nimi, przetrwała u nas tradycja obchodzenia Bożego Narodzenia.

Słomiana białoruska szopka. Zdjęcie: Paulina Walisz/belsat.eu

Do świąt wioska zaczynała się przygotowywać na długo przed Bożym Narodzeniem. Sprzątano w domu i w obejściu, mama zazwyczaj przyklejała tapety na ściany. Babcia piekła pyszne bułeczki w piecu i w ogóle było dużo słodyczy. Tych lat nie można nazwać głodnymi, jedzenia było pod dostatkiem, ale słodyczy, które są teraz w sklepach, oczywiście wtedy nie było. W dni powszednie jedzenie było zwyczajne, chłopskie, a już na święta można było zjeść pyszne potrawy.

Należy zauważyć, że Boże Narodzenie na Białorusi nazywa się Kalady (biał. Калады), a Wigiliа to Kućcia (biał. Куцця, a po polsku Kutia). Nawiasem mówiąc, na wsiach nadal funkcjonuje takie nazewnictwo. Stąd jeśli chciało się podkreślić, że coś trwało bardzo krótko, mówiło się „od Kućci do Kalad”. Na przykład, gdy młoda para pobrała się, a potem szybko się rozwiodła, mówili: „Namieszkali się od Kućci do Kalad”.

Na dwa lub trzy dni przed świętami tata przynosił choinkę z lasu. W tamtych czasach nikt nie kupował choinek, ścinało się je w lesie. Teraz to kradzież drewna i mogą za to ukarać wysoką grzywną, ale wtedy nikt nie zwracał na to uwagi.

Zwierzchnik białoruskich katolików odprawił pierwszą mszę po powrocie do ojczyzny

Mama wyciągała ze strychu pudełko ozdób i razem dekorowaliśmy choinkę. Oprócz zabawek fabrycznych wieszaliśmy też takie, które tworzyliśmy sami. Były wykonywane z kolorowego papieru, którego w tamtym czasie brakowało na wsi. Mojej rodzinie przysyłała taki papier ciocia z Leningradu. Wtedy sklepy nie zawsze miały nawet klej do papieru, dlatego papier często był sklejany krochmalem z gotowanych ziemniaków.

A bombki były robione z wydmuszek. Braliśmy surowe kurze jaja, w których wybijaliśmy małe dziurki po obu stronach. Następnie wydmuchiwaliśmy zawartość jajka do miski, żeby ją później zjeść. Samą skorupkę trzeba było pomalować, można było również przykleić kawałeczki papieru. Z tego wychodziły zabawki w postaci ryb, grzybów i innych prostych postaci. Bardzo to lubiliśmy. Robiliśmy również z papieru łańcuszki, lampiony i krawaty.

Nad ranem tata grzał w łaźni, ponieważ żeby uczcić święta trzeba być czystym. W łaźni na wsi zwykle myje się w soboty, ale przed Kaladami można było umyć się w poniedziałek lub w dzień, w którym wypadała Kućcia. Dla nas maluchów też było to czymś dziwnym.

Mama i babcia szykowały dania zarówno na świąteczny stół, jak i na Kućcię. Stół wigilijny miał być „chudy”, postny, nie było na nim potraw mięsnych, ani nawet mlecznych. A piekarnik tak bardzo pachniał świątecznymi bułeczkami, których bardzo chcieliśmy spróbować… Ale dorośli nam nie pozwalali: to były potrawy na święto, na które czekaliśmy z niecierpliwością.

Dla mnie najważniejszą pracą w przeddzień świąt była pomoc babci w ucieraniu maku. Mak ucierało się w makutrze drewnianym tłuczkiem, mielono, aż wypuścił mleko. To był dosyć długi proces. Następnie masę rozcieńczaliśmy wrzątkiem i maczaliśmy w niej postne sucharki. Nie pamiętam teraz, czy smakowało mi to danie, czy nie, ale proces gotowania pokochałem i nie odbywał się bez mojego uczestnictwa.

Potem tato przynosił siano ze stodoły, kładł na stole, a następnie przykrywał obrusem, na którym już układaliśmy naczynia. Było to też bardzo dziwne dla nas, ale bardzo się podobało. Kiedy zapytaliśmy, skąd taka tradycja, powiedziano nam, że Jezus narodził się na sianie, więc na pamiątkę tego będziemy mieć siano na stole.

Arcybiskup Kondrusiewicz: „Białoruś to moja ojczyzna, to moja ziemia!”

Na tak nakryty stół stawiano spodek z opłatkiem, a następnie inne potrawy. Zwykle była to zupa z suszonych grzybów, bez której nadal nie wyobrażam sobie świątecznego stołu, sałatka winegret, piklowane ogórki, konserwy rybne, tłuczonki, które mama wypiekała w oleju, mieszając stare gotowane ziemniaki z mąką.

Obowiązkowym daniem był kisiel z żurawin. Skrobia do kisielu również była domowej roboty, z tartych ziemniaków. Babcia gotowała bardzo gęsty kisiel, a my nie piliśmy go, tylko jedliśmy z talerzy łyżeczkami. Ogólnie uważano, że na stole podczas Kućci powinno być 12 potraw, ale ta zasada nie była ściśle przestrzegana.

Zanim zaczynaliśmy jeść, dziadek odmawiał modlitwę, przeżegnał się i trzeba było podzielić się opłatkiem. W tamtym czasie znalezienie opłatka na świąteczny stół nie było łatwym zadaniem. Najbliższe kościoły znajdowały się w Głębokiem i Wołkołacie, czyli odpowiednio 23 i 15 kilometrów. I choć teraz to niewielka odległość, wtedy było to daleko – dobrych dróg nie było, autobusy nie jeździły, a samochodów osobowych na wsi nie mieliśmy.

Chociaż Związek Radziecki szybko budował komunizm, nie spieszył się jednak z budową dróg. Może dlatego tego pierwszego ostatecznie też nie zbudował.

Dlatego opłatek po wsi rozdzielano jeszcze przed świętami: ktokolwiek go miał, dzielił się z sąsiadami, krewnymi, tak aby każdy miał przynajmniej mały kawałek na stole. Siostra naszego ojca z Polski zwykle wysyłała nam opłatek. Często był już złamany, nie wiem, czy robiono to przypadkowo, czy celowo. Nasza rodzina także dzieliła się opłatkiem z sąsiadami, którzy nie mieli krewnych w Polsce. Ja zwykle dostawałem tylko mały kawałek, i jako dziecko marzyłem o zjedzeniu całego opłatka w pojedynkę.

Po wieczerzy stół zazwyczaj nie był sprzątany do rana, zostawiano też niewielki kawałek opłatka na wypadek wejścia przypadkowego gościa do domu. Rano siano wyjmowano spod obrusa i przenoszono do stodoły, gdzie dawano garść zwierzętom.

Reszta opłatka była zatrzymywana do czasu ocielenia się krowy. Po wycieleniu ten kawałek podawano jej do zjedzenia. I chociaż księża uważają to za przesąd, walczą z nim, w niektórych rodzinach ten zwyczaj trwa do dziś.

Generalnie na białoruskiej wsi chrześcijaństwo często łączyło się i nadal łączy się z pogaństwem. Dlatego przed Kaladami młodzi ludzie często wróżyli, zwłaszcza dziewczęta uwielbiały to.

Po wieczerzy wigilijnej spod obrusa wyciągano wysuszone źdźbła trawy: kto wyciągał najdłuższe, w przyszłym roku miał mieć najwięcej szczęścia.

Dziewczyny zbierały się w domu po łaźni i każda przynosiła trochę zboża. Ziarno usypywano w pojedyncze kupki. Następnie z kurnika wypuszczano koguta. Garść ziarna, którą kogut zaczynał dziobać jako pierwszą, oznaczała, że ta dziewczyna pierwsza wyjdzie za mąż.

Boże Narodzenie było dla młodzieży czasem wróżb i zabaw. Jednym z tradycyjnych obrzędów było Wesele Ciareszki. Zdjęcie: Zmicier Łupacz/belsat.eu

Zamykając oczy, panienki przytulały się też do płotu. Jeśli liczba objętych sztachet była parzysta, to w przyszłym roku dziewczyna wyjdzie za mąż, jeśli nie – to nadal będzie czekać.

Był też taki sposób wróżenia – rzucanie walonków przez ramię. Ta strona, którą wskazywał nos, oznaczała kierunek, gdzie dziewczyna wyjdzie za mąż.

My również ćwiczyliśmy wróżbiarstwo, którego uczyła nas ciocia Teresa. Zimy były wtedy śnieżne, mroźne, a na Kalady mróz często sięgał minus 20 stopni lub nawet więcej. Od wielkiego mrozu w drewnianych domach trzeszczały belki.

Aby mróz ustąpił, ciocia uczyła nas, jak to zrobić – trzeba było wymienić dwunastu łysych mężczyzn z wioski, krzycząc: „Stefan łysy, uderz go mróz w łysinę. Józef łysy, uderz go mróz w łysinę”. I tak dwanaście imion. Nam, maluchom, bardzo się to podobało, a gdy mróz ustępował, wierzyliśmy, że to nasza zasługa.

W tym czasie w naszej wiosce mieszkało prawie dwieście osób, dlatego wymienienie dwunastu łysych nie było wielkim problemem. Obecnie w mojej wsi mieszka około dwudziestu osób, wśród których jest pięciu mężczyzn i ani jednego łysego.

Na święta czekaliśmy na prezenty, które rodzice zwykle chowali w walonkach i wkładali pod choinkę. Nawiasem mówiąc, walonki były wtedy zwykłym obuwiem, bo zimy nie były takie jak teraz – wtedy był i śnieg, i mróz. I zanim siadaliśmy przy świątecznym stole, biegliśmy sprawdzić, co tam pod choinką.

A potem wszyscy siadali za stołem, na którym było wiele różnych słodyczy, głównie domowej roboty. W sklepie ich nie było. Dla ówczesnych władz głównym świętem był Nowy Rok, dlatego jeśli sklep miał coś w ofercie, to dopiero przed nowym rokiem.

„Wesele Ciareszki” zorganizowane w agroturystyce Rodny Kut we wsi Wałodźkawa pod Głębokiem. Zdjęcie: Zmicier Łupacz/belsat.eu

Później dorośli zwykle odwiedzali krewnych, a my mogliśmy zjeść orzechy laskowe. Trzymano je specjalnie na święta. Były nie tylko zjadane, ale też bawiliśmy się w „cotku-liszku” (parzyste-nieparzyste). W jednej ręce ściskano kilka orzechów, a kolega miał powiedzieć „parzyste” lub „nieparzyste”. Ten, kto zgadywał, brał orzechy dla siebie. Zwycięzcą był ten, kto zebrał najwięcej orzechów.

W pierwszy dzień świąt młodzi ludzie organizowali „Wesele Ciareszki” (opis TUTAJ). Obrzęd ten był znany tylko na niektórych obszarach współczesnego obwodu witebskiego, a w niektórych miejscach, na przykład w rejonie lepelskim, przetrwał do naszych czasów.

Ta zabawa była próbą ceremonii ślubnej. Młodzi ludzie dobierali się w pary, które żartobliwie pary nazywano „małżeństwami”. Często potem naprawdę się one żeniły. W mojej okolicy Ciareszkę żeniono do końca lat 60.

Wesele „Ciareszki” zorganizowane w agroturystyce Rodny Kut we wsi Wałodźkawa pod Głębokiem. Zdjęcie: Zmicier Łupacz/belsat.eu

Dziś są pasjonaci, którzy próbują ją ożywić, ale nosi to już czysto etnograficzny charakter. A w czasach, gdy nie było telewizji, internetu, a nawet elektryczności (w mojej wiosce pojawiła się dopiero w 1967 roku), był to dobry sposób na poznanie się i dobrą zabawę dziewcząt i chłopców.

Kiedy poszedłem do szkoły, święta Bożego Narodzenia nam popsuto, bo to był normalny dzień pracy, musieliśmy się uczyć, a ferie zimowe zaczynały się dopiero 29 grudnia. Ale nic nie mogło zepsuć świątecznego nastroju, a te wspomnienia z dzieciństwa pozostaną ze mną do końca życia.

Wesołych Świąt z Głębokiego życzy Zmicier Łupacz, pj/belsat.eu

Wiadomości