Wrócił na Białoruś, by zagłosować. OMON wziął go za brytyjskiego szpiega

Waler Samałazau mieszka i pracuje w Wielkiej Brytanii od lipca. W sierpniu postanowił przyjechać do kraju, by spotkać się z rodziną, a także zagłosować w wyborach. Nie mógł nawet przypuszczać, że jego podróż do domu skończy się dramatycznie.

„Niech KGB to załatwi, zabierzcie go do KGB”

Jak opowiada, przyjechał na Białoruś 2 sierpnia i większość czasu spędził poza miastem, w miejscach, gdzie nie było zasięgu komórkowego. Nie miał internetu i nie znał sytuacji w kraju. W dniu wyborów 9 sierpnia pojechał do Mińska. Władze spodziewając się powyborczych protestów odłączyły tam Sieć.

Waler nie mógł nawet sprawdzić rozkładu pociągów, postanowił więc w drodze na dworzec zajść do centrum zobaczyć ci się tam dzieje. Jak twierdzi, było to coś w rodzaju fatum. Drugą rzeczą, która przyczyniła się do negatywnego rozwoju wypadków było jego „działkowe” ubranie. Białorusin opowiada, że ubrany był spodnie moro i czarną koszulkę z nadrukiem czaszki.

Koszulka z wizerunkiem czaszki, którą omonowcy uznali za znak rozpoznawczy brytyjskiego szpiega. Zdj. z osobistego archiwum

Jak się później okazało omonowcom wydało się, że to symbol brytyjskich sił specjalnych, choć w rzeczywistości logo filmu Punisher. Jego ubiór przyciągnął uwagę sześciu zamaskowanych i umundurowanych na czarno funkcjonariuszy przechadzających się pod dworcem. Akurat tam tego dnia nie odbywały się tam żadne protesty. Mężczyzna po prostu miał pecha. Milicjanci zaczęli bowiem dopytywać się o znak na koszulce, potem zaprowadzili do milicyjnej więźniarki. Stamtąd został przewieziony na komisariat, kazano mu stanąć przy ścianie i zdjąć buty, potem zaczęło się bicie po całym ciele, również po głowie. Jednocześnie milicjanci rozblokowali jego palcem telefon i zaczęli przeszukiwać jego zawartość.

– Pamięć telefonu była praktycznie pusta. Z wyjątkiem historii połączeń. Sprawdzili ją i zobaczyli, że wszystkie rozmowy były do Wielkiej Brytanii – właśnie stamtąd przyjechałem. Na tej podstawie zaczęli podejrzewać, że jestem organizatorem protestów i zagranicznym szpiegiem. Poza tym znaleźli brytyjskie karty bankowe i funty. Pytali kim jestem, gdzie pracuję, skąd pochodzę. Odpowiadałem na wszystkie pytania. Nigdy w życiu nie byłem zatrzymany i wydawało mi się, że zaraz wszystko sprawdzą, upewnią się, że jestem zwykłym, pokojowo nastawionym obywatelem i mnie wypuszczą.

Milicjanci jednak postanowili się skonsultować z przełożonym, jak się okazało oficerem milicji Kiryłem Kisłowem. Szef komisariatu dzielnicy Zawadzki Rajon po chwili zastanowienia miał rzucić: „Niech KGB to załatwi, zabierzcie go do KGB”

– Zrozumiałem wtedy co się dzieje – popełnili błąd i teraz będzie już tylko gorzej – opowiada o momencie, gdy został uznany za zagranicznego organizatora protestów i zaczęto go traktować mnie szczególnie okrutnie.

„Niedaleko ode mnie w kałuży krwi leżał człowiek”

Samałazau opowiada, że zaczęły się tortury, w których najbardziej ucierpiały jego ręce.

– Po wyjściu na wolność spędziłem w szpitalu dwa tygodnie z urazem głowy i rąk. Ręce do tej pory trzęsą mi się, jak osobie w podeszłym wieku. Zbyt mocno je skrępowali i straciłem w nich czucie aż po łokcie. W ogóle nie mogłem nimi ruszać. Krępowanie rąk to ich metoda tortur – opowiada.

Milicjanci skrępowali mu nadgarstki plastikowymi opaskami zaciskowymi, które odcięły dopływ krwi do rąk . Zdj. osobiste archiwum

Mężczyzna relacjonuje, że noc 10 sierpnia spędził leżąc razem z innymi na ziemi na parkingu, gdzie ludzi bito a od czasu do czasu zabierano na przesłuchanie. Potem okazało się, że zabrakło miejsc w aresztach i komisariatach.

– Była tam dwudziestoletnia dziewczyna, miała na imię Diana. Kopali ją, gdy leżała na ziemi. Kopali leżących na ziemi ze związanymi rękami, absolutnie bezbronnych ludzi. Niedaleko ode mnie w kałuży krwi leżał człowiek i co jakiś czas jęczał. Jego sąsiad niego, poprosił o pomoc, mówił do milicjantów „Wezwijcie karetkę, on umiera”. Wtedy odpowiedzieli mu: „To jest twój bilet na wolność – wynieś go poza terytorium komisariatu i oboje będziecie wolni”. Tamten podniósł mężczyznę, który stracił przytomność i zabrał go stamtąd…

On sam też był przesłuchiwany w brutalny sposób przez dwóch oficerów śledczych milicji, których zidentyfikował i dwóch mężczyzn którzy mogli być oficerami KGB.

„Ci w czarnym zrobią to dużo bardziej boleśnie”

Waler przyznaje, że nie wszyscy milicjanci byli tak samo brutalni . Jak twierdzi zdarzali się tacy, po których było widać, ze nie podoba im się to, co robią.

– Spotkałem dwóch takich. Jeden z nich był obecny podczas mojego zatrzymania, przesłuchania pod ścianą i kiedy wyprowadzono mnie z więźniarki. Sprawdził zawartość telefonu, obejrzał wszystkie zdjęcia, wszystkie rzeczy i zapytał: „Masz trójkę dzieci? Trzy małe córeczki? Masz psa? Jaki masz samochód?”. A więc myślał logicznie, rozumiał, że osoba z trójką dzieci, u której w telefonie nie ma żadnych ekstremistycznych materiałów, prawdopodobnie nie jest bojówkarzem ani nic z tych rzeczy. A pozostali uważali mnie za zagranicznego organizatora protestów.

Ten sam milicjant według jego relacji był kierownikiem zmiany w komisariacie. Jego podwładni mieli okazywać najwięcej człowieczeństwa – pozwalali chodzić do toalety, dawali wodę i nawet rozluźnili plastikową opaskę na jego zsiniałych już rękach. Inaczej niż ubrani na czarno prawdopodobnie funkcjonariusze OMONu. Dyżurujący wtedy milicjanci udawali tylko, że mocno wykręcają ręce zatrzymanym.

– Podszedł do mnie jeden z nich i udał, że wyłamuje mi ręce, ale w rzeczywistości tego nie zrobił, był ostrożny. Próbował mi pokazać, że muszę udawać, że boli, bo inaczej ci czarni zrobią to dużo bardziej boleśnie.

„Ja wrócę, a wy zastanówcie się, dokąd uciekniecie…”

– Prawdopodobieństwo, że zostanę oskarżony o popełnienie przestępstwa, było spore. W więzieniu, podczas apeli wyczytywali wszystkie nazwiska oprócz mojego. Próbowałem moralnie przygotować się na długi wyrok. Kiedy przyszli i powiedzieli nam, że wszyscy są wolni, nie mogłem uwierzyć – opowiada Waler.

Waler nie przypuszczał, że jego pobyt w ojczyźnie zamieni się w piekło. Zdj. osobiste archiwum

Po wyjściu z więzienia trafił do szpitala i tam od razu kupił bilet na samolot do Londynu. Mimo, że ludzie w kominiarkach, którzy biją ludzi na ulicy, zmusili go do opuszczenia kraju, jak twierdzi, nie można mówić o ich wygranej:

– Siedzę teraz na plaży, piję Prosecco i pewnego dnia wrócę do kraju. A gdzie oni się podzieją? Nigdzie nie są mile widziani. Może w kaukaskim Dagestanie, gdzie będą pracować za miskę ryżu w jakiejś cegielni. Taka przyszłość ich czeka. Ja wrócę, a wy zastanówcie się, dokąd uciekniecie – dodaje.

aa, jb/belsat.eu

Wiadomości