Wojna z rosyjską dezinformacją w sieci wchodzi na nowy poziom

Michał
Kacewicz
dziennikarz

UE i NATO pracują nad narzędziami do zwalczania propagandy i dezinformacji w sieci. W czasie pandemii technologie manipulacji gwałtownie się rozwijają i powstają nowe narzędzia, które wykorzystuje rosyjska propaganda.

Prace nad Europejskim Planem Działań na rzecz Demokracji (European Democracy Action Plan – EDAP) dobiegają końca. Dokument ten, zaprezentowany już Komisji Europejskie 3 grudnia, ma wskazywać kierunki m.in. walki z płynącą z Rosji propagandą i dezinformacją. Jeśli plan wejdzie w życie – autorom fake-newsów będą grozić sankcje.

Równocześnie w UE trwają prace nad innym, przełomowym dokumentem – Digital Services Act (DSA), który ma uporządkować działalność platform cyfrowych, zwłaszcza portali społecznościowych w UE. Negocjacje z koncernami takimi, jak Facebook, Twitter czy Google powodują, że prace te przedłużają się.

Od pięciu lat w strukturach unijnych działa East StratCom Task Force, czyli komórka odpowiedzialna za walkę z rosyjską dezinformacją. Podobną strukturę, działającą na Łotwie, posiada NATO. Obie komórki powstały po rosyjskiej agresji na Ukrainie. Dwa lata temu UE wypracowała Kodeks Działań Przeciw Dezinformacji.

Gwałtowny rozwój sieci społecznościowych i technologii dezinformacyjnych pokazał, że to za mało. Demokratyczne państwa Zachodu nie mogą wprowadzić cenzury prewencyjnej w sieci, jak robią to Rosja, Białoruś czy Chiny. Jednocześnie musza się bronić przed coraz bardziej wyrafinowanymi i zaawansowanymi sposobami uderzania w instytucję państwa i fundamenty demokratycznych społeczeństw. Czasu na odpór przed tego typu działaniami jest coraz mniej.

Wojując algorytmami

Po ukraińskiej rewolucji i na początku wojny w Donbasie temat rosyjskiej dezinformacji stał się „modny” w europejskich mediach. Przeszła przez nie fala artykułów o kremlowskich „farmach trolli” i wpływie jaki Rosjanie uzyskali za ich pomocą na wybory w USA, Francji, na Brexit, czy na kataloński separatyzm. To już przeszłość. Dziś tzw. farmy czy fabryki trolli są wykorzystywane powszechnie, komercyjnie i są stosunkowo łatwe do wykrycia.

– Pierwsze krążące po sieci fake-newsy były wysyłane z rosyjskiej strefy geolokalizacyjnej, ich skrypty były pisane w cyrylicy – mówił w wywiadzie dla Cyberdefence24 Janis Sarts, szef Stratcom NATO.

Dziś Rosjanie nie potrzebują używać „farm”, bo mają już „zainfekowanych” trolli w Europie. Chodzi o osoby, które z przekonania (często nie zdając sobie sprawy, że działają na rzecz rosyjskich interesów) lub za pieniądze rozpowszechniają dezinformację.

Rozwinęły się też technologie tworzenia fałszywych i sztucznych profili w mediach społecznościowych. Takich, które kradną zdjęcia i informacje z prawdziwych profili i tworzą na ich bazie fałszywki i takich, które są całkowicie sztucznymi tworami, ze sfabrykowanymi cyfrowo zdjęciami. Podobnie działają internetowe boty, które potrafią już np. kolportować te same treści modyfikując np. stylistykę wpisu, zmieniać poszczególne słowa. Tak, żeby trudniej było wychwycić fałszywkę.

– Stworzymy system monitorowania, aby zwiększyć kontrolę publiczną, ponieważ platformy nie mogą się same nadzorować. Przejdziemy od samoregulacji do współregulacji – obiecała podczas swojego wystąpienia 3 grudnia unijna komisarz i wiceprzewodnicząca KE Vera Jourova.

UE chodzi o kontrolę nad stosowanymi w portalach społecznościowych algorytmami. Są one nastawione na proponowanie treści i profili podobnych pod względem zainteresowań, poglądów czy relacji społecznych.

W teorii chodzi o komercyjne i rozrywkowe wykorzystanie algorytmów tak, by użytkownikom było po prostu przyjemniej i by spędzali więcej czasu na portalu. Ale w ten sposób powstają społecznościowe „bańki”, grupy ludzi którzy żyją w świecie zbliżonych upodobań i poglądów. Nie mają przy tym kontaktu z ludźmi o odmiennych poglądach.

– Mówiąc wprost, umowny „antyszczepionkowiec” ma małą szansę trafić do dyskusji zwolenników szczepień, a przeciwnicy Putina obracają się głównie w gronie ludzi o antykremlowskich poglądach – mówi Lubow Cybulska, ekspertka ds. dezinformacji z ukraińskiego Media Centrum w Kijowie.

Jeśli w takiej „bańce” znajdzie się grupa „trolli”, których tezy są dodatkowo „polubiane”, kolportowane przez internetowe boty, to łatwo zradykalizować daną grupę. Łatwo też ukierunkować jej poglądy. I rozprowadzać fałszywe treści. Mechanizm tego typu działań jest w zasadzie podobny od kilku lat, zmienia się jedynie technologia. I główne tematy dezinformacji.

Życie w sieci

W najnowszym, listopadowym raporcie natowskiego centrum Stratcom pt. „Russia’s Footprint in the Nordic Baltic Information Environment” oceniającego rosyjską dezinformację w krajach nadbałtyckich i skandynawskich widać, że pewne tematy są dla Kremla żelaznym repertuarem. Nadal bardzo mocno promowane w sieci są wątki braku szacunku dla radzieckich bohaterów i pomników (w krajach nadbałtyckich), zagrożenia ze strony NATO dla stabilności w regionie czy niebezpieczeństwa wynikające z nadmiernego przejmowania się prawami człowieka i liberalizacją polityki w UE.

Sterujący rosyjską propagandą i dezinformacją osłabili natomiast przekaz na temat konfliktu rosyjsko-ukraińskiego i napięć NATO-Rosja. Wynika to pewnie z faktu, że Kreml uznał, że nie da się przekonać Europejczyków, że nie ma konfliktu Rosja-Zachód. Jednocześnie unijne komórki badające rosyjskie działania zaobserwowały wzrost ich aktywności od początku pandemii koronawirusa i zidentyfikowały ok. 500 przypadków fake-newswów.

Pandemia na Wschodzie: wirus prawdziwy i polityczny

Czas pandemii stworzył nowe możliwości. Po pierwsze ludzie więcej czasu spędzają w sieci. Po drugie pojawiły się lęki obejmujące całe społeczeństwa. Strach przed koronawirusem, kryzysem, ale i przed kontrolą państwa itd. Marginalne wcześniej ruchy bazujące na teoriach spiskowych, anarchistycznych, czy np. podważających sens szczepień, urosły w siłę.

Pandemia wpłynęła również na spadek zaufania do państwa i władzy. Co ciekawe, ten spadek jest silniejszy w państwach niedemokratycznych, czyli tam, gdzie władza od dawna pokazywała się jako wszechmocna i zdolna pokonać każde zagrożenie. Np. na Białorusi, gdzie chaotyczne i pozbawione sensu reakcje Alaksandra Łukaszenki na pandemię stały się jednym z katalizatorów wybuchu protestów.

Epoka Telegramu

I to właśnie białoruskie protesty wypromowały jeszcze inne, nowe narzędzie – komunikatory internetowe. Niby są znane od dawna. Ale to na Białorusi stały się tym, czym wcześniej, np. w czasie arabskiej wiosny, czy ukraińskiej rewolucji Twitter i Facebook.

Dla białoruskich demonstrantów głównym kanałem informacji jest Telegram. Komunikator założony przez internetowego dysydenta z Rosji, Pawła Durowa, jest uznawany na Białorusi za bezpieczny i prawie niemożliwy do złamania przez służby specjalne. Ma dużą przewagę nad Facebookiem – nie ma w nim algorytmów umożliwiających tworzenie „baniek”, trudniej poruszać się w nim trollom i z uwagi na przypisanie profili do konkretnych numerów telefonicznych – nieopłacalne jest tworzenie armii botów.

Co nie znaczy, że jest to niemożliwe. We wrześniu telegramowy kanał tzw. Państwa Islamskiego został zarzucony gigantyczną ilością spamu (w tym pornograficznego) i zablokowany. Spamowane były również kanały białoruskiego protestu i rosyjskiej opozycji. Są to jednak działania prymitywne i doraźne.

– W tej właśnie chwili rosyjskie służby intensywnie pracują nad fenomenem Telegramu i zastanawiają się, jak przejąć kontrolę nad kolportowanymi tam informacjami – mówi Andriej Sołdatow, rosyjski ekspert ds. działań służb w sieci, redaktor portalu agentura.ru – Komunikatory opierają się na zaufaniu, są rodzajem sieci, w której trudno będzie stworzyć np. fałszywy profil, który będzie się podszywał pod opozycjonistów, bo szybko zostanie ujawniony.

Zatrzymano administratora opozycyjnego kanału lekarskiego

W przypadku Telegramu oprócz najbardziej znanych kanałów, takich jak NEXTA, które praktycznie stały się samodzielnymi mediami białoruskiego protestu, istnieją jeszcze tysiące mikro-kanałów. Mają zasięg osiedlowy, obejmują grupy przyjaciół itd. I to one są informacyjną solą protestu. Dla białoruskich czy rosyjskich służb przejęcie nad nimi kontroli wymagałoby wprowadzenia do nich „agentów”, co przy takiej skali jest niewykonalne.

Nowe komunikatory są jednak bronią obosieczną. Już w trakcie francuskich protestów „żółtych kamizelek” obserwowana była aktywność ludzi powiązanych z Rosją, jako liderów kanałów na komunikatorach. Rosyjskie służby są niewątpliwie gotowe by wykorzystywać komunikatory na większą skalę w Europie, do prowokowania niepokojów społecznych. Czas pandemii i kryzysu będzie im wyjątkowo sprzyjał.

Michał Kacewicz/belsat.eu

Inne teksty autora w dziale „Opinie”

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów