Wojna propagandowa Armenii i Azerbejdżanu z rosyjskim akompaniamentem

Michał
Kacewicz
dziennikarz

Święta wojna chrześcijaństwa z islamem, albo rywalizacja najnowocześniejszych armii, które już niemal wybiły się nawzajem do nogi. Taki obraz wojny o Górski Karabach buduje propaganda Armenii i Azerbejdżanu. Przy współudziale Rosji.

Akcja „Dezinformacja”

Turecki F-16 zestrzelił należący do Armenii samolot szturmowy Su-25? Taką wersję podaje Erywań. Turcy i Azerowie zaprzeczają. Zginęło już ponad pół tysiąca żołnierzy z Armenii? Temu z kolei zaprzecza Erywań. Dezinformacja sączy się z przekazów obu stron. Jest wyjątkowo intensywna i trwa od pierwszych minut konfliktu o Górski Karabach. Już w niedzielę, kiedy zaczął się ostrzał, obie strony zaczęły oskarżać się o wywołanie wojny. Propaganda wojenna nie jest niczym nowym – towarzyszy wojnom od początku ich historii. Ma za zadanie wystraszyć i zdemoralizować przeciwnika, a każdej ze stron konfliktu daje moralne uzasadnienie i „rację” w prowadzeniu wojny.

Konflikt Armenii z Azerbejdżanem nie jest tu wyjątkiem. Obie strony przez lata rozbudowywały aparat propagandowy, który teraz działa na pełnych obrotach.

O ile działania Ormian i Azerów są zrozumiałe, to bezpośrednio zainteresowana i wpływająca na sytuację za pomocą swojej propagandy Rosja, prowadzi bardziej skomplikowaną grę.

Kto może zatrzymać wojnę o Górski Karabach?

Specyfiką tej wojny jest jednak to, że Moskwa nie stoi wyraźnie po jednej ze stron. Pełni raczej rolę arbitra. A rosyjska propaganda, zwłaszcza ta skierowana do mieszkańców Zakaukazia, dawkuje emocje i buduje różny przekaz dla Armenii i Azerbejdżanu. Z pozoru Rosja próbuje obiektywnie ważyć racje obu stron. Faktycznie zagrzewa je do walki i kreuje się na sędziego i przyszłego rozjemcy w konflikcie.

Święta wojna

Kilka godzin po rozpoczęciu eskalacji w Górskim Karabachu na oficjalnym profilu Republiki Armenii na Twitterze pojawiło się zdjęcie ormiańskiego księdza z kałasznikowem i krzyżem w ręku. Oraz z podpisem: „wiara i siła, stop azerbejdżańskiej agresji”. Od pierwszych chwil aparat propagandowy Armenii próbuje budować obraz konfliktu jako wojny cywilizacyjnej. Wojny świata chrześcijańskiego z muzułmańskim. Nie jest to nic nowego. Zwłaszcza liczna i wpływowa na świecie ormiańska diaspora buduje wizerunek Armenii, jako przedmurza świata chrześcijańskiego chroniącego przed islamską nawałą. Tak był formowany ormiański przekaz jeszcze w czasie tej samej wojny, ale na początku lat 90.

Wtedy, w dobie przedinternetowej nie miał jednak takiej siły oddziaływania. Bazował też głównie na odniesieniach do historii rzezi Ormian i oskarżeń wobec Azerów, sojuszników i pobratymców Turków. Obecnie mitologia świętej wojny jest rozbudowana, i dzięki internetowi, polaryzacji i populizmowi, bardziej czytelna. Zwłaszcza na Zachodzie, gdzie wiedza o prawdziwym tle konfliktu o Górski Karabach jest nikła.

W tego typu uproszczenia świetnie wpisują się np. informacje o kontyngencie najemników-islamistów dostarczonych przez Turcję i walczących po stronie Azerbejdżanu. Fakt, że szyicki Iran stoi po stronie Armenii nie gra większej roli. Idea świętej wojny z odwiecznym wrogiem jest zresztą używana przez drugą stronę. Tylko trochę inaczej. Azerbejdżan w mniejszym stopniu odwołuje się do religii.

W większym do sojuszu z Turcją, z którą łączy Azerów pokrewieństwo językowe, etniczne i historyczne. Ankara robi wiele, by się Azerbejdżanem zaopiekować i stoi po jego stronie. Tureckie ministerstwo obrony na swoich profilach w mediach społecznościowych natychmiast umieściło zdjęcie w tle, przedstawiające braterstwo broni swoich i azerbejdżańskich żołnierzy. W sieci pojawiły się filmy pokazujące euforię Azerów mieszkających w Turcji. Razem z Turkami wiwatowali i cieszyli się z rozpoczynającej się wojny.

W azerbejdżańskim (ale i tureckim) przekazie wojna o Górski Karabach jest wyzwoleńcza. Bo Azerbejdżan chce odzyskać utracone terytorium. O odzyskaniu „naszej ziemi” mówił prezydent Ilham Alijew. Armenia uważa zaś, że Ormianie z Górskiego Karabachu mają prawo do samostanowienia.

Są to całkowicie sprzeczne stanowiska, wykluczające porozumienie. I mało zrozumiałe dla światowej opinii publicznej.

Dlatego wysiłki propagandowe obu stron, oprócz podkreślania emocji związanych z wojną cywilizacji, poszły w inną stronę. Pokazują wojnę, jak grę komputerową: kto ma lepszy sprzęt, kto lepiej walczy.

Eksperci z YouTube’a

Wojna to jednak przede wszystkim próby złamania przeciwnika. Wystraszenia go. Tę rolę w karabachskim konflikcie pełni propaganda sukcesów militarnych. Wygląda na to, że Armenia zdobyła w tej kwestii przewagę. Po pierwszej dobie walk internet zalały filmiki z płonącymi azerbejdżańskimi czołgami T-72 Aslan. Władze w Baku przezornie wyłączyły u siebie internet, żeby nie demoralizować takimi widokami Azerów. Dość szybko pojawiła się odpowiedź z Azerbejdżanu i filmy pokazujące skuteczność azerbejdżańskich dronów bojowych.

Obie strony manipulują obrazem zadawanych przeciwnikowi strat. Jeśli by im wierzyć, to straty obu armii idą już w setki żołnierzy. Co, nawet uwzględniając intensywność ostrzału artyleryjskiego, jest mało prawdopodobne. Ponieważ w Górskim Karabachu właściwie nie ma zagranicznych korespondentów, ani obserwatorów, światowa opinia publiczna jest skazana na przekaz propagandowy formowany przez każdą ze stron konfliktu.

Wystarczy wpisać w przeglądarkę hasło dotyczące wojny, a pojawią się setki tekstów i filmików pt. Armenia vs. Azerbejdżan. Poważni eksperci od spraw wojskowych na całym świecie dywagują, czy broń pancerna ma sens, skoro w tak łatwy sposób jest niszczona. Że bronią przyszłości są przeciwpancerne zestawy rakietowe i drony. W popularnych portalach i mediach pojawiają się uproszczone analizy porównujące potencjał wojskowy obu stron. Wychodzi na to, że Azerbejdżan jest silniejszy. Tego typu porównania znowu działają na korzyść Armenii. No bo opinia publiczna zwykle stoi po stronie słabszego.

Wypuszczane do sieci filmy są elementem wojny psychologicznej. Armenia od dawna sporo inwestowała w przygotowania do takiej wojny. Dziś widać to po tym, jak ogromna liczba filmów, komentarzy i analiz eksperckich zalewa internet i przedstawia siły zbrojne Azerbejdżanu, jako owszem, pełne drogiej, kupionej w Turcji i Izraelu techniki, ale słabo wyszkolone, tchórzliwe i mało sprawne. Azerowie natomiast pokazują swoją armię, jako nowoczesną i profesjonalną, dzięki współpracy z Turcją. Jeszcze przed wojną powstawały popularne dziś animacje (oparte o tzw. silniki z gier komputerowych) pokazujące przewagę armii Azerbejdżanu.

Propagandowa schizofrenia

Dla Rosji konflikt o Górski Karabach przyniesie profity, kiedy w odpowiednim momencie to Moskwa wpłynie na jego zakończenie i wejdzie w rolę rozjemcy. Oraz osłabi wpływy Turcji, a także Zachodu. Moskwa i Ankara traktują bowiem wojnę na Zakaukaziu jako kolejny, obok Syrii i Libii, zastępczy konflikt o strefy wpływów w ważnym dla obu państw regionie. Jednocześnie Rosja nie może stracić strategicznego sojusznika, jakim jest Armenia. To tam Rosjanie mają bazę wojskową, sprzedają broń i mają ogromne wpływy. Ani ważnego partnera i, również odbiorcę uzbrojenia, jakim jest Azerbejdżan.

Armenia oskarża Turcję o zestrzelenie samolotu. Ankara zaprzecza

Dlatego rosyjska propaganda w mediach podzieliła się. Rosyjskie media skierowane do Rosjan i za granicę (jak np. RT) przyjęły dość stonowane stanowisko, z lekką sympatią wobec Armenii. Raczej starają się wyjaśnić, że nowa odsłona wojny to sprawka pogrążającego się w szaleństwie Recepa Erdogana.

Z kolei medialne wersje Sputnika pogrążają się w propagandowej schizofrenii.

Sputnik, wersja dla Armenii (po ormiańsku) grzmi w nagłówkach: „prowadzimy wojnę nie z Baku, a z Ankarą”! Albo: „Ankara i Baku nie zrezygnowały z planów zlikwidowania ludności ormiańskiej w Górskim Karabachu”. Są galerie zdjęć z wstępujących do wojska, młodych Ormian na ulicach Erywania, albo galerie zdjęć z frontu „ku pokrzepieniu serc”: artylerzyści w trakcie ostrzału azerbejdżańskich pozycji, lub żołnierze wyjeżdżający do Karabachu.

Rzut oka na wersję strony sputnika dla Azerbejdżanu, po azersku. Tytuły krzyczą: „odzyskamy naszą ziemię, zestrzelenie Su-25 to fantazja przeciwnika, armia Azerbejdżanu zlikwidowała cały pułk zmotoryzowany przeciwnika!”

Sędzia czy prowokator?

Paranoja? Ależ skąd.

Zarządzający rosyjskimi mediami skierowanymi za granicę nie mają wcale rozdwojenia jaźni. Po prostu realizują rosyjską politykę.

A ta polega na tym, żeby nie stać w tym konflikcie wyraźnie po jednej stronie. Żeby nie ograniczać sobie pola manewru. Na razie to się udaje. Wojna generuje jednak ogromne emocje, nad którymi trudno czasem zapanować. Cztery lata temu Ormianie poważnie obrazili się, bo Rosja dostarczała Azerbejdżanowi nowe uzbrojenie, służące do ostrzeliwania armeńskiej armii w Karabachu.

Dziś Rosja nie tylko dostarcza obu stronom broń, ale i zagrzewa oba zwaśnione narody do boju. Utrzymanie jednocześnie roli arbitra i trenera, oraz zaopatrzeniowca obu stron będzie jednak wyjątkowo ryzykowne.

Michał Kacewicz/belsat.eu

Inne teksty autora – w dziale Opinie.

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów