Witalij Portnikow: Jak Rosja próbuje zrobić z Ukrainy Białoruś

Witalij Portnikow – ukraiński publicysta i komentator polityczny, współprowadzący programu „Terytorium Prawdy” emitowanego przez telewizję Biełsat. Zdj. belsat.eu

Wygląda na to, że właśnie w tym celu rosyjski premier Dmitrij Miedwiediew spotkał się niedawno z Jurijem Bojko – kandydatem na prezydenta Ukrainy z ugrupowania Platforma Opozycyjna oraz Wiktorem Medwedczukiem – byłym szefem administracji prezydenta Leonida Kuczmy, a obecnie przywódcą prorosyjskiej organizacji Ukraiński Wybór.

Według mińskiego schematu

Obecny na spotkaniu był też prezes zarządu Gazpromu Aleksiej Miller. Zaproponował on plan, który można by nazwać planem „białorutenizacji” Ukrainy. Miller zaproponował przedłużenie obecnej umowy tranzytowej z Ukrainą, w ramach bezpośrednich dostaw zmniejszenie ceny za gaz co najmniej o 25 proc. i powołanie konsorcjum zarządzające systemem transportu gazu przez ten kraj

Podobną kombinację w swoim czasie przeprowadzono z Białorusią. Po serii skandali, konfliktów, a nawet wstrzymania dostaw rosyjskiego gazu do tego kraju, Gazprom zdobył pełną kontrolę na systemem transportu gazu przez Białoruś. I chociaż wagę GTS (systemu transportowo-gazowego) Białorusi i Ukrainy trudno nawet porównywać, to dla reżimu Alaksandra Łukaszenki własna rura była „drogą życia”. Białoruski prezydent usiłował zachować kontrolę nad GTS tak bardzo, na ile pozwalała mu na to sytuacja.

Ale w końcu Łukaszence dano do zrozumienia, że zachowanie tej kontroli jest nie do pogodzenia z kontynuacją paternalistycznej polityki postsowieckiej, do której w zasadzie sprowadza się stabilność jego reżimu. A wyboru pomiędzy „krzywym ryjem” a niepodległością Alaksandr Łukaszenka zazwyczaj dokonywał na korzyść „krzywego ryja”.

Manewry strachu Alaksandra Łukaszenki

Sytuacja nie do porównania?

Wyjaśnienie tych okoliczności, w których swojego wyboru dokonał Łukaszenka, pozwala odpowiedzieć na pytanie, dlaczego Miller złożył swoją ofertę Kijowowi właśnie teraz. Na pierwszy rzut oka sytuacji na Ukrainie i na Białorusi w ogóle nie ma co porównywać. Białoruś już w chwili kapitulacji przed Gazpromem była uprzywilejowanym sojusznikiem Rosji i chodziło raczej o kolejne poziomy integracji. Tymczasem Ukraina to kraj, który znajduje się w stanie niewypowiedzianej wojny z Rosją. Który na szczeblu ustawodawczym uznaje Rosję za państwo-agresora. O jakim więc Gazpromie tu mowa?

Ale przecież, z drugiej strony, wskutek zmniejszenia tranzytu poprzez ukraiński GTS (co jest całkiem realne w razie uruchomienia Nord Streamu-2 i Tureckiego Potoku) Ukraina poniesie znaczne straty finansowe. Od cen na gaz zależy zaś, czy można będzie obniżyć koszt surowca dla ludności, której większość jest niezadowolona podniesieniem taryf. A obniżenie taryf – to najkrótsza droga do serc wyborców. Zarówno po wyborach prezydenckich, jak i podczas parlamentarnej kampanii wyborczej.

A zachodni kredytorzy żądają od ukraińskich władz całkowicie innych kroków: reform w energetyce, zrównania taryf dla ludności i przemysłu (ten proces wciąż trwa) oraz spłacania kredytów. Pieniędzy na spełnienie licznych obietnic socjalnych, dawanych rodakom przez kandydatów-populistów, na Zachodzie nikt nie da.

Pomoc od państwa-agresora

I tu na pomoc przychodzi… państwo-agresor. Jakiż zwrot akcji! Oczywiście Kreml nie zamierza po prostu tak dawać pieniędzy każdemu ukraińskiemu rządowi. Wciąż pamiętne są gorzkie doświadczenia dotyczące dotacji udzielanych reżimowi Wiktora Janukowycza.

Jednak obniżenie cen na gaz w zamian za kontrolę nad rurą to całkiem niezły wariant dla każdego, kto chce rządzić Ukrainą za pomocą populistycznych narzędzi. Tym bardziej, że Miller proponuje Ukraińcom wariant „light”. Nie całkowite przejęcie GTS przez Gazprom, ale imitację konsorcjum.

To znaczy, że najpierw można będzie przeprowadzić jakieś rozmowy trójstronne, włączyć do zarządu konsorcjum Europejczyków, którzy będą gotowi odgrywać dekoracyjne role w celu zachowania własnego bezpieczeństwa energetycznego. I dać możliwość ukraińskiemu prezydentowi lub premierowi, który zgodzi się z propozycją Gazpromu, zachować twarz – nawet wobec patriotycznej części społeczeństwa. Dlatego, że przecież nie można wtedy nie włączyć do konsorcjum Rosjan. Którzy dostarczają nam gaz! I to tani gaz!

Gaz albo suwerenność

O ustępstwa polityczne można będzie ukraińskiego kierownictwa nawet nie prosić. Kreml przywykł do tego, że rozmawia z konsumentami swojego gazu jak z narkomanami – najpierw uzależnić ich od rury, a potem kiedy uzależnienie stanie się krytyczne – żądać ustępstw za każdą nową dawkę.

Jeżeli od obniżonej ceny gazu będzie zależała sama egzystencja populistycznego reżimu w Kijowie, to będzie on zmuszony inaczej popatrzeć i na Krym i na Donbas i na sankcje przeciwko Rosji. Taka władza po prostu nie będzie miała gdzie się podziać.

Inna sprawa, że wybór zawsze ma społeczeństwo. Ludzi, którzy są przekonani, że niezależność od Rosji jest ważniejsza od cen na gaz, na Ukrainie jest wciąż wielu. Krytycznie wielu. I właśnie dlatego nie udawało się dotąd przekształcić Ukrainy w Białoruś. I raczej nie uda się w przyszłości. Taka próba może znów zakończyć się krachem reżimu, który zechce wymienić suwerenność za gaz.

Chociaż Rosja będzie się bardzo starać.

Witalij Portnikow dla belsat.eu

Wiadomości