Unijny bat na Łukaszenkę: jak nim uderzyć?

Michał
Kacewicz
dziennikarz

Unijni ministrowie spraw zagranicznych zatwierdzili w poniedziałek kierunkowy system sankcji za łamanie praw człowieka. Za kulisami dyplomacji trwają targi o to, kto z Białorusi trafi na czarną listę.

Wczorajsze ustalenia są przełomowe w historii UE. Wprowadzają po raz pierwszy systemowe podejście do kwestii łamania praw człowieka poza Unią. Oznaczają, że Bruksela może niejako z automatu, bez długich, żmudnych i często jałowych dyskusji wprowadzić sankcje personalne wobec osób odpowiedzialnych za stosowanie przemocy.

Wzorowane na amerykańskim podejściu i tzw. liście Magnickiego rozwiązanie da możliwość nie tylko zakazu wjazdu na teren UE, ale i zamrożenie majątków i wszelkich aktywów osób powiązanych ze stosowaniem przemocy. Jest to wyśmienite narzędzie. O jego wprowadzenie w Europie już dawno apelowali obrońcy praw człowieka. Może być stosowane wobec każdego kraju i autorytarnego reżimu, czy nawet organizacji.

Upraszcza też wprowadzanie sankcji. Do tej pory każdorazowo wiązały się one z długą dyskusją w UE, często blokowaną przez jedno z państw (sankcje wobec Rosji za agresję na Ukrainie były blokowane przez Węgry, a sankcje wobec Białorusi początkowo przez Cypr).

Nowe unijne narzędzie nie jest jednak pozbawione wad. Niestety nie obejmuje ono kar za korupcję, a decyzje w sprawie konkretnych list i tak będą podejmować kraje członkowskie w Radzie UE. Skuteczność unijnych sankcji może się więc rozbijać o szczegóły.

Prawo Magnickiego?

Nazywanie unijnego mechanizmu „listą Magnickiego” jest zatem nieprecyzyjne i na wyrost. Rosyjski prawnik Siergiej Magnicki pracował w moskiewskim oddziale międzynarodowego funduszu inwestycyjnym Hermitage Capital Menagement (zarejestrowany na wyspie Guernsey). W drugiej połowie poprzedniej dekady odkrył duże nieprawidłowości i schematy korupcyjne z udziałem instytucji rosyjskiego państwa. Magnicki chciał ujawnić, jak z rosyjskiego budżetu na zagraniczne konta ludzi zbliżonych do władzy wyciekają miliardy.

W 2008 r. został aresztowany i oskarżony o udział w machinacjach finansowych. Rok później Magnicki zmarł w szpitalu moskiewskiego aresztu Butyrki. Według obrońców praw człowieka, pobity na śmierć. Rosyjskie władze plątały się w zeznaniach, twierdząc, że to była śmierć z powodu choroby. Próbowały tuszować zbrodnię. Władimir Putin powiedział: zmarł na zawał.

Amerykańska administracja Barracka Obamy nie dała wiary tym zapewnieniom i potraktowała tę sprawę fundamentalnie. Jako symboliczną i kluczową dla przejrzystości relacji biznesowych z Rosją. Trzy lata po śmierci prawnika, w 2012 r. Amerykanie zatwierdzili tzw. prawo Magnickiego. Pozwalało ono odmówić wjazdu na teren USA i zamrażać aktywa finansowe osób, które uznano za zaangażowane w śmierć Magnickiego.

Ustawa nie dotyczyła jednak tylko przypadku śmierci prawnika. Mówiła o wprowadzeniu personalnych sankcji wobec osób naruszających praworządność, prawa człowieka a także zaangażowanych w korupcję na dużą skalę.

Plan opozycji: naciski na reżim, jego destabilizacja i budowa alternatywnych instytucji

Na listę tzw. pierwszej redakcji trafiło 18 osób. W kolejnych (w sumie siedmiu) redakcjach kilkadziesiąt. W tym szefostwo rosyjskiego MSW, prokuratury. Trzy lata temu w piątej wersji listy znalazł się Aleksandr Bastrykin, szef Komitetu Śledczego, a więc postać ze ścisłej kremlowskiej elity.

Putin doskonale wiedział co się święci już w momencie wprowadzenia ustawy. Że Amerykanie ukręcili bat na jego władzę. Reakcja Moskwy była histeryczna. W 2013 r. Rosjanie przygotowali własną, dość groteskową kontrustawę Magnickiego, która na podobnej zasadzie miała sankcjonować Amerykanów, np. odpowiedzialnych za tortury w Guantanamo.

Mimo, że same listy Magnickiego nie wywołały większych szkód kremlowskiej elicie, stały się precedensem. Cztery lata temu Amerykanie wprowadzili tzw. globalne prawo Magnickiego – odnoszące się do każdej skorumpowanej satrapii na świecie, a nie tylko Rosji.

Bat na Łukaszenkę

Protesty na Białorusi i prześladowania ze strony reżimu Łukaszenki stały się impulsem do wprowadzenia europejskiej wersji prawa Magnickiego. Białoruś będzie poligonem doświadczalnym dla UE. Już w ciągu najbliższych dni okaże się, kto z Białorusi trafi na listę sankcji. Od początku protestów naciski UE na Łukaszenkę i jego ludzi były przecież dość ograniczone, spóźnione i chaotyczne.

Najpierw sankcje blokował Cypr, chcąc je powiązać ze swoim sporem z Turcją. Potem były kontrowersje, czy na listę wpisać Łukaszenkę. Z argumentami, że nie należy odcinać kanału dialogu. Swoje sankcje na własną rękę wprowadzały kraje bałtyckie. Pojawiły się „sankcje sportowe” – rezygnacja Łotwy z organizacji wspólnych z Białorusią mistrzostw świata w hokeju, czy nieuznanie przez MKOl Łukaszenki jako szefa białoruskich struktur olimpijskich.

Łukaszenka wściekle odpowiada MKOl

Obecnie na unijnej liście sankcji znajduje się 60 Białorusinów. W tym, od początku listopada, sam Łukaszenka. W przyszłym tygodniu być może poznamy kilkadziesiąt nowych nazwisk.

– Nareszcie mamy w Unii system sankcyjny, który pomoże ścigać sprawców na całym świecie – powiedział wczoraj szef unijnej dyplomacji Josep Borrell.

Nowy mechanizm pozwoli nie tylko nie wpuścić osób z listy do UE, ale i np. zamrozić ich aktywa w bankach, spółkach i nieruchomościach. Jego poważnym mankamentem jest to, że w odróżnieniu od prawa amerykańskiego, nie będzie wiązał prześladowań z korupcją.

Tymczasem na Białorusi, czy w Rosji, znakomita większość przypadków osób z elity władzy może nie mieć, lub mieć trudne do udowodnienia bezpośrednie związki z decyzjami w sprawie łamania praw człowieka. To spowoduje, że na listę sankcji słusznie trafią dowódcy struktur siłowych, szeregowi milicjanci, ludzie służb specjalnych i handlarze uzbrojeniem. Ale już niekoniecznie skorumpowani urzędnicy i oligarchowie.

Ukraina dotąd nie wprowadziła sankcji przeciwko Białorusi

Na Białorusi to oni tworzą otoczkę władzy, trzymają „kasę” i realnie zarządzają zdobytym nieuczciwie majątkiem. Przykładem jest tu tzw. prezydenckie klub sportowy. W jego zarządzie są obaj synowie Łukaszenki, ale i jeden z najbogatszych Białorusinów, biznesmen Alаksandr Mаszenski. Na kontaktach z Łukaszenką zbudowali fortuny Juryj Czyż i Uładzimir Piefciejeu, nawet jeśli ich relacje z władzą przeżywały kryzysy. Jest też kilku rosyjskich miliarderów od dawna bliskich Łukaszence i inwestujących na Białorusi, jak np. Michaił Gucerijew.

W teorii uzgodniony w poniedziałek mechanizm da szerokie możliwości uderzenia w interesy Łukaszenki i jego elity. Dużo będzie zależało od prawidłowego rozpoznania najbardziej wrażliwych miejsc i osób reżimu. Nie są to bynajmniej ludzie struktur siłowych. Chodzi zatem o tych, którzy mają więcej do stracenia: skorumpowanych polityków i oligarchów.

Dla Łukaszenki, a zwłaszcza jego tzw. elity izolacja na podobieństwo tej, w której znajdują się Syria i Korea Północna, będzie bardzo bolesna. Do tej pory dość swobodnie korzystali bowiem z dobrodziejstw obu systemów: podróżując i inwestując w Europie, a równocześnie zarabiając pieniądze na powiązaniach z władzą na Białorusi.

Szef unijnej dyplomacji: Łukaszenka nie dostanie ani jednego euro

Michał Kacewicz/belsat.eu

Inne teksty autora w dziale „Opinie”

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów