Ukraina: wybory samorządowe o znaczeniu międzynarodowym

Piotr
Pogorzelski
dziennikarz Biełsatu, autor podcastu Po prostu Wschód

W najbliższą niedzielę, 25 października, Ukraińcy wybiorą władze samorządowe. I choć może to się wydawać sprawą stricte lokalną, to przy słabej władzy w Kijowie, może mieć znaczenie dla przyszłości całego państwa ukraińskiego. Szczególnie jego wschodniej części, czyli Zagłębia Donieckiego. A to oznacza konsekwencje dla całego regionu.

Oksana Prosełkowa jest kandydatką prozachodniej Europejskiej Solidarności byłego prezydenta Petra Poroszenki. Kandyduje w Kramatorsku, 150-tysięcznym przemysłowym mieście. I jak zaznacza, nie jest to łatwe zadanie.

– Ludzie nie odczuwają kontaktu z władzami, nie mają do nich zaufania. Nie wierzą, że coś się zmieni. Są pieniądze, jest decentralizacja, 70% podatków pozostaje na miejscu, ale nic się nie zmienia. Na niektórych ulicach nie ma latarni, ludzie żyją jak w średniowieczu – podkreśla.

Niemniej jednak obserwując tę kampanię można dojść do wniosku, że o wiele więcej uwagi poświęca się problemom rangi ogólnokrajowej, a nawet międzynarodowym niż lokalnym. Wszystko przez system wyborczy, który w miastach powyżej 10 tysięcy mieszkańców pozwala na kandydowanie tylko z ramienia partii.

Wschód chce drugi raz do tej samej rzeki

Obecnie Kramatorsk jest siedzibą Donieckiej Państwowej Administracji Obwodowej, która z oczywistych powodów nie może mieścić się w okupowanym Doniecku. I choć miasto od kwietnia do lipca 2014 roku było okupowane przez wspieranych przez Rosję separatystów, to nadal wielu jego mieszkańców jest gotowych oddać swoje głosy na Opozycyjną Platformę Za Życie. Mimo, że jej lider Wiktor Medwedczuk nie ukrywa, że jeździ do Moskwy i afiszuje się swoimi związkami z Władimirem Putinem. Na głosy liczą tu też inne ugrupowania nawiązujące do dziedzictwa rządzącej tam przez lata Partii Regionów Wiktora Janukowycza.

Kramatorsk w 2014 roku po wyzwoleniu przez ukraińskie wojska. Zdj.: pp

Ten paradoks próbuje mi wytłumaczyć Kristina Berdinskich, dziennikarka ogólnoukraińskiego tygodnika Nowoje Wriemia, która przed wyborami odwiedziła Słowiańsk. Jej zdaniem, władze w Kijowie zrobiły bardzo mało, aby przyciągnąć do siebie wschód Ukrainy. Zwraca także uwagę, że na miejscu pozostali głównie starsi ludzie, a młodzi wyjechali.

– Nawet nie wiem, czy poglądy tych ludzi są prorosyjskie. One są chyba proradzieckie. Ludzie nie chcą do Rosji, ale chcą powrotu dawnych czasów, gdy było spokojnie – zaznacza.

Kijów nie ma funkcjonującej polityki informacyjnej skierowanej do Zagłębia Donieckiego. W niektórych miejscowościach łatwiej odbierać programy moskiewskiej i donieckiej telewizji niż ukraińskiej. Ci politycy, którzy wspierali separatystów, stali się obiektami śledztw prokuratury, czy Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) jedynie w pierwszych latach po rewolucji godności i rozpoczęciu wojny. Później władze w Kijowie wróciły do starej praktyki dogadywania się z miejscowymi elitami – zwraca uwagę Stanisław Fedorczuk, politolog pochodzący z Doniecka, a mieszkający obecnie w Kijowie.

– Najgorsze jest to, że to właśnie te miejscowe wybory, przeprowadzone tak byle jak, bez pracy prokuratury i Służby Bezpieczeństwa będą legalizować tę piątą kolumnę, która w pierwszych latach wojny była zmuszona milczeć, chować się i uciekać do Rosji i wstrzymywać swoją działalność społeczno-polityczną – zaznacza.

Można zatem oczekiwać, że tamtejsi prorosyjscy politycy po wyborach będą starali się zabiegać o wznowienie współpracy z Rosją, czy też bezpośrednie rozmowy z kontrolowanymi przez Moskwę separatystami. Już teraz takie hasła promują reprezentanci Opozycyjnej Platformy Za Życie. I jeśli nawet w czasie tej kampanii nie można było mówić o otwartej rosyjskiej propagandzie, to hasła głoszone przez nią stawały się częścią narracji promoskiewskich partii, jak właśnie ugrupowania Wiktora Medwedczuka.

– Najczęściej mówi się, że Ukraina to failed state, państwo upadłe, które niczego nie może osiągnąć. Mówi się też jakoby o nazizmie: prześladowaniu rosyjskojęzycznych, antysemityzmie i manipulowaniu historią – mówi medioznawca Otar Dowżenko.

Przy słabej władzy centralnej może to oznaczać, że po wyborach Kijów będzie w trudnej sytuacji, ponieważ będzie musiał liczyć się z poglądami coraz silniejszych władz lokalnych. Tym samym i tak słabe już centrum ukraińskiego państwa, stanie się jeszcze słabsze.

Porażka partii władzy

Wybory mogą oznaczać dla rządzącej partii władzy poważną porażkę, szczególnie w dużych miastach, jak Odessa, Charków, czy Kijów. W stolicy faworytem jest obecny mer, były bokser Witalij Kłyczko. Bo choć mieszkańcy miasta na niego narzekają, to nie widzą lepszych kandydatów.

Iryna Wereszczuk, kandydatka Sługi Narodu, mówi z takim akcentem, jakby niedawno przyjechała ze wsi. Kijowianie nie uznają jej za swoją – mówi mi 30-letnia Hanna.

Wiele osób nie może jej też wybaczyć, że pojawia się regularnie w kanałach należących do Wiktora Medwedczuka. Dla wielu mieszkańców stolicy wszelkie powiązania z prorosyjskimi politykami oznaczają całkowitą dyskredytację.

Reklama Iryny Wereszczuk w Kijowie, zdj.: pp

Witalij Kłyczko za to mówi coraz lepiej po ukraińsku i z chęcią prezentuje swoje osiągnięcia w charakterze mera stolicy. Są to przede wszystkim parki i wszelkiego rodzaju tereny zielone, czy próba organizacji transportu publicznego za pomocą wprowadzenia wspólnego biletu i walka z nielegalnym parkowaniem. Zakupiono nawet specjalne wózki widłowe do wywożenia samochodów. Miasto jednak cały czas zmaga się z problemem chaotycznej zabudowy, która nie jest powiązana z tworzeniem szkół, przychodni, czy przedszkoli, a przede wszystkim – dróg dojazdowych i miejsc parkingowych.

Reklamy drukowane w Kijowie, zdj.: pp

Kijowianie są zasypywani, podobnie jak mieszkańcy innych miast drukowanymi gazetkami, w których kandydaci zapewniają, że obniżą opłaty komunalne, zbudują nowe ścieżki rowerowe i obniżą ceny za przejazd w transporcie miejskim. Chętnie także pokazują się, gdy rozdają maski i rękawiczki lekarzom, czy też w inny sposób wspierają walkę z koronawirusem.

Ten ostatni temat jest o tyle ważny, że zarówno w stolicy, jak i w innych miastach, to ich merowie stanęli na pierwszej linii walki z epidemią, starając się pokazać, że władza centralna robi to źle, nie rozumie problemów miejscowego małego i średniego biznesu, czy gastronomii, tak jak rozumieją je oni. Dzięki temu wielu prezydentów miast wypromowało swoje osoby i partie polityczne, do których należą.

Mniejsze problemy wyborów

Tradycyjnym problemem tych wyborów jest też kupowanie głosów, choć z pewnością można stwierdzić, że dawne czasy, gdy robiono to na masową skalę, już dawno minęły. Przede wszystkim dlatego, że jest to uznane za przestępstwo, a wyborcy można maksymalnie podarować prezent o wartości 60 hrywien, czyli mniej niż 9 złotych. Hitem tegorocznej kampanii w związku z epidemią były oczywiście maseczki oraz płyny dezynfekcyjne. Naruszeniem są też reklamy wyborcze bez danych zamawiającego.

Olha Ajwazowska, kierująca organizacją monitorującą wybory Opora, zwraca jednak uwagę, że nie można mówić o tym, że naruszenia miały charakter systemowy. Jak miało to miejsce w czasie poprzednich wyborów, gdy pojawiały się całe piramidy mające na celu przekupywanie wyborców.

– Nie możemy stwierdzić, aby systematycznie korzystano z pomocy władz lokalnych w czasie kampanii, czy aby istniały systemy kupowania głosów – dodaje.

Kierujący inną organizacją monitorującą wybory, Komitetem Wyborców Ukrainy, Ołeksij Koszel dodaje, że problemem jest pojawienie się kandydatów klonów, czyli osób o tych samych bądź podobnych nazwiskach do prawdziwych polityków. Tacy startują na merów w 24 miastach, między innymi, w stolicy Zakarpacia Użhorodzie, gdzie jest trzech Andrijewów.

– Wyborcy często nie rozumieją prawa, procedury głosowania, są zasypywani ogromną liczbą informacji, bardzo trudno im się zorientować. Dlatego ta technologia może zadziałać o wiele efektywniej niż myślą polityczni doradcy – zaznacza.

Przykład karty do głosowania, zdj.: Opora

Inną trudnością jest duża liczba kart do głosowania, maksimum 5, w których po raz pierwszy wprowadzono otwarte listy partyjne. Oprócz nazwy partii, Ukraińcy muszą napisać numer kandydata, którego popierają. Dla wielu, szczególnie starszych, może to być dużym problemem. Niemniej jednak o otwarte listy wyborcze od lat walczyli działacze pozarządowi. Dzięki temu rozwiązaniu kierownictwo partii nie może dyktować, kto w pierwszej kolejności znajdzie się w miejscowej radzie. Paraliżuje to też dość powszechny proceder sprzedaży miejsc na listach wyborczych.

Ogółem w wyborach kandyduje niemal 262 tysięcy kandydatów: z tego niemal 210 tysięcy do rad miejskich, rejonowych i obwodowych. Średnio jest 7 kandydatów na mera, najwięcej w Odessie aż 23, w Użhorodzie 22, a w stolicy 20, co i tak nie jest rekordem – 5 lat temu chętnych na objęcie kierowniczej posady w Kijowie było 28.

Wybory to nie wszystko

Oprócz tego Ukraińcy w czasie wyborów będą mogli wziąć udział w “ogólnokrajowym sondażu”. Z taką inicjatywą pod koniec kampanii wyborczej, 12 dni przed głosowaniem, wystąpił prezydent Wołodymyr Zełenski. Chętni będą mogli odpowiedzieć na 5 pytań dotyczących tego, czy za korupcję powinno się karać dożywociem, czy popierają stworzenie wolnej strefy ekonomicznej na terytorium obwodów donieckiego i ługańskiego, czy chcą zmniejszenia liczby deputowanych z obecnych 450 (formalnie, nie ma bowiem tych, którzy mieliby reprezentować terytoria okupowane) do 300, czy popierają legalizację marihuany dla celów medycznych i czy “popierają prawo Ukrainy do wykorzystania gwarancji bezpieczeństwa zawartych w memorandum budapesztańskim z 1994 roku dla odbudowy niepodległości i jedności terytorialnej „. Na podstawie tego porozumienia Ukraina zrezygnowała z broni jądrowej w zamian za gwarancje bezpieczeństwa od Stanów Zjednoczonych, Rosji i Wielkiej Brytanii.

Wołodymyr Zełenski podkreślał, że dzięki temu głosowaniu chce poznać poglądy zwykłych Ukraińców. Zwrócił się do nich w tym celu w krótkim filmie wideo.

– Zadam ci 5 ważnych pytań dotyczących tego, o czym rozmawiamy na ulicach, w kuchni, w internecie. Sprzeczamy się z przyjaciółmi, rodzicami albo taksówkarzami – mówił.

Referendum, czyli nieudana PR-owa sztuczka Zełenskiego

Pomysł tego rodzaju głosowania od razu wywołał falę krytyki ponieważ nie wiadomo było, kto za nie zapłaci i kto będzie je przeprowadzał. Organizacje pozarządowe, jak Komitet Wyborców Ukrainy, czy Opora, nie zostawiły na pomyśle suchej nitki. Sama organizacja głosowania, bez analizy, ma kosztować 103 miliony hrywien, czyli prawie 15 milionów złotych. Zwykły sondaż z reprezentatywną próbą byłby zapewne tańszy.

Idea „referendum” podzieliła także zwykłych Ukraińców. Według przeprowadzonego naprędce sondażu Kijowskiego Międzynarodowego Instytutu Socjologii, 44 procent jest “za” i tyle samo, “przeciw”. Przy czym aż 55 procent chce wziąć w nim udział.

Żona myśli, że mąż myśli o „swoich babach”, a on się zastanawia nad V pytaniem Zełenskiego, zdj.: FB

Wyniki sondażu poznamy zapewne w najbliższym tygodniu. Podobnie, jak rezultat wyborów. Przed komisjami stoi jednak trudne zadanie przeliczenia wszystkich kart do głosowania. W Kijowie będą to 2 karty na wyborcę, ale już na przykład w Żytomierzu 5. Ich liczba zależy od struktury samorządu. Wybory mera odbywają się w dwóch turach, czyli część Ukraińców czekają kolejne za 2 tygodnie.

Nie ma jednak wątpliwości, że wybory mogą wiele zmienić. Przede wszystkim mogą sprawić, że opozycyjne, prorosyjskie ugrupowania znacznie umocnią swój wpływ w Zagłębiu Donieckim. A to na pewno nie pozostanie bez konsekwencji dla następnych wyborów prezydenckich i parlamentarnych. Prób nacisków na Kijów będzie się można spodziewać jeszcze wcześniej.

Z Kijowa, Piotr Pogorzelski

Inne teksty autora w dziale Opinie.

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów