Ukraina wreszcie ma reformę rolną

Michał
Kacewicz
dziennikarz

To nie będzie reforma idealna, a raczej zbiór kompromisów. Oligarchowie będą mieć latyfundia, ale za kilka lat. Za to rząd dostanie potrzebne miliardy dolarów.

Wczoraj w nocy ukraińska Rada Najwyższa rzutem na taśmę przegłosowała reformę rynku rolnego. Deputowani dopięli kilkaset (w sumie ponad 4 tysiące) poprawek, które od miesięcy skutecznie blokowały reformę. Wprowadzenie reformy było kluczowym warunkiem zgody Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) na 8 mld. USD kredytu dla Ukrainy. To kredyt ratujący życie ukraińskiej gospodarce i dający szanse na przetrwanie w warunkach kryzysu koronawirusowego i trwającej już od kilku miesięcy zapaści finansów publicznych.

Jednak dla Wołodymyra Zełenskiego i jego ekipy reforma rolna ma kluczowe znaczenie również z innego powodu. Była, obok zapewnienia pokoju, najważniejszą obietnicą tej władzy. Ludzie Zełenskiego od początku zapewniali, że prywatyzacja ziemi rolnej da Ukrainie miliardy dolarów, impuls do rozwoju gospodarczego, zbuduje nową, rolniczą klasę średnią, a z kraju uczyni spichlerz Europy. Jednocześnie trwające od jesieni ubiegłego roku prace nad reformą prowadzone były w atmosferze awantur i potężnego lobbingu oligarchów, oraz zagranicznych koncernów rolnych, którym zależało na szybkim wprowadzeniu prywatnej własności ziemi.

Wczoraj za przyjęciem reformy prawie o północy zagłosowało 259 deputowanych, w tym 206 z partii Sługa Narodu. A także deputowani partii Gołos Swiatosława Wakarczuka i Europejskiej Platformy Petra Poroszenki (23 głosy). Prezydent może ogłosić sukces. Przynajmniej na razie zapewnił budżetowi znaczny przypływ gotówki. I nie tylko budżetowi, bo nie ma wątpliwości, że ostatecznym beneficjentem reformy będzie klasa oligarchiczna.

Latyfundia na później

Reforma nie wejdzie w życie teraz. Musi się na nią przygotować administracja, system bankowy i branża rolna. Poza tym, w tym roku, z powodu epidemii, będą inne zmartwienia niż prywatyzacja ziemi. Ustawa zakłada, że rynek ziemi rolnej zacznie funkcjonować w drugim półroczu 2021 r. Sprzedawana będzie ziemia już znajdująca się w obrocie (dzierżawiona za pośrednictwem tzw. banku ziemi), a nie ta, która należy do państwa. Przez pierwsze trzy lata jedna osoba będzie mogła kupić tylko 100 hektarów ziemi. To znacząca zmiana, w stosunku do pierwszych projektów reformy. Bardzo długo kluczowym założeniem i osią sporów o reformę było, że jedna osoba może kupić 10 tys. ha.

Ukraina: ucieczka przed bankructwem państwa?

Krytycy reformy wskazywali, że to pozwoli na komasację gigantycznych areałów w rękach oligarchów i wielkich koncernów międzynarodowych. Zatwierdzona wczoraj ustawa zezwala na zakup 10 tys. ha, ale dopiero w 2024 r. Do tego czasu ziemię będą mogły kupować wyłącznie osoby fizyczne, a potem również osoby prawne, czyli firmy. Inny, budzący kontrowersje zapis ustawy, to zgoda na przejmowanie ziemi rolnej przez banki, za długi. Wprowadzone jest wprawdzie ograniczenie, które zakłada, że bank będzie musiał taką ziemię sprzedać w ciągu dwóch lat.

Jednak krytycy tego rozwiązania wskazują, że to tylko okrężna i wydłużona droga do budowania latyfundiów. Łatwo sobie wyobrazić, że oligarchowie nadal będą mogli przejmować ogromne areały ziemi rolnej. Reforma na razie odkłada kwestię sprzedaży ziemi obcokrajowcom. Zadecydować o tym mają Ukraińcy w referendum. Na razie jednak w ukraińskim prawie w ogóle nie ma procedury referendum, dopiero trzeba ją wprowadzić do konstytucji.

Farmerzy i magnaci

Ukraina posiada 33 mln. hektarów ziemi rolnej. Ok. 1/3 z nich to tzw. czarnoziemy. Ziemia należy do państwa i jest jednym z najcenniejszych, narodowych aktywów. Właściwie od początku niepodległej Ukrainy toczy się dyskusja, co z ziemią zrobić. Do tej pory, mimo nacisków MFW, UE i sugestii międzynarodowych instytucji, ekspertów i biznesu, państwo zachowywało własność. A jednocześnie znacząca część najcenniejszej ziemi uprawnej jest faktycznie użytkowana przez ok. 100 dużych holdingów. Powstał w ten sposób bardzo zagmatwany i korupcjogenny system dzierżawy ziemi.

Kto weźmie ukraiński czarnoziem?

Najwięksi latyfundyści użytkują potężne areały. Np. koncern Kernel, należący do Andrija Weriewskiego kontroluje 530 tys. ha, a UkrLandFarming Ołeha Bahmatiuka pół miliona hektarów, MHP Jurija Kosiuka 370 tys. ha. Można długo wyliczać – dziesiątki i setki tysięcy hektarów są pod kontrolą wszystkich oligarchów, oraz tych którzy działają tylko w branży rolnej. Powstały ogromne, wyspecjalizowane (np. w uprawie pszenicy, słonecznika, czy kukurydzy) farmy obsługiwane przez całkowicie zautomatyzowane systemy.

Tymczasem zgodnie z ideą reformy ma ona dać własność ziemi 46 tysiącom ukraińskich farmerów. Już sama liczba ludzi żyjących z uprawy ziemi jest na Ukrainie bardzo niska. Po upadku systemu kołchozowego, na początku przemian nastąpił gwałtowny odpływ pracowników z rolnictwa. Ukraińska wieś przestała zajmować się ziemią, bo nią nie dysponowała. Dziś ukraiński model rolnictwa wydaje się skazany na oligarchiczne latyfundia. Przegłosowana wczoraj reforma nie zatrzyma koncentracji ziemi w rękach oligarchii, ani nie zbuduje rolniczej klasy średniej.

Porządkuje jednak korupcjogenną sytuację i da państwu środki do budżetu. Zełenskiemu udało się przeforsować jedną z najtrudniejszych reform pod presją zagrożenia kryzysem i epidemią. Teraz pozostaje mu batalia o reformę samorządową pod ogromną presją Rosji na rozwiązania wmontowujące separatystów z Donbasu w ukraiński system władzy. Reformę rolną wymusiły okoliczności i zagrożenie kryzysem i nawet opozycja ją zaakceptowała, bo państwu potrzebne są pieniądze. Z reformą samorządową będzie już inaczej, gdyż nie da się jej uzasadnić koronawirusem.

Michał Kacewicz/belsat.eu

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów