„Traktowali nas jak bydło na ubój”. Monologi ofiar białoruskiego OMON-u

Tysiące osób trafiły do aresztu po brutalnych zatrzymaniach podczas protestów przeciwko sfałszowanym wynikom wyborów na Białorusi. Byli poniżani, torturowani i pozbawiani jedzenia. W dzisiejszym reportażu przedstawiamy historie zatrzymanych.

Uładzisłau Fralenkou, student, 20 lat

Funkcjonariusze OMON-u zaczęli rzucać nam pd nogi granaty hukowe. Ze strachu zeskoczyliśmy ze schodów, na których siedzieliśmy i uciekliśmy. Widziałem bezprecedensowe okrucieństwo, ludzie byli bici pałkami na tyle mocno, że wydawało się, że od śmierci ludzi dzieliło już tylko kilka uderzeń. Policjanci krzyczeli na nas używając wulgaryzmów, wyzywali od najgorszych i zmuszali do położenia się na ziemi. Leżałem i zakrywałem głowę rękami. Zostałem kopnięty cztery lub pięć razy: w nogę, ramię, tyłek, plecy.

Wciąż mam przed oczami obraz chłopaków i dziewczyn bitych przez OMON do siności. Jedynym co można było zrobić, aby uniknąć uderzenia w głowę, było położyć się i leżeć bez ruchu.

Uładzisłau Fralenkou. Zdjęcie udostępnione redakcji belsat.eu

Potem zabrano nas i doprowadzono siłą do więźniarki. Nikt nam nie wytłumaczył, dlaczego nas zatrzymano, poza obelgami w naszą stronę nie usłyszeliśmy nic. W samochodach dalej nas wyzywano. Nie rozumieliśmy, gdzie nas zabierali. Ja nie jestem z Mińska, więc komunikat, że jedziemy na „moskiewski posterunek” (komisariat dzielnicy Maskouski Rajon – belsat.eu) nie był dla mnie zrozumiały. Kiedy już byliśmy na miejscu ludzi nie puszczali do toalety. Wiele osób siedziało w więźniarkach przez 4 godziny i musiało wypróżniać się bezpośrednio tam.

Następnego dnia, okazało się, że to areszt na ulicy Akreścina. Byłem przetrzymywany od 10 sierpnia do rozporządzenia [wiceministra spraw wewnętrznych Alaksandra] Barsukowa, który nakazał wszystkich uwolnić. Wychodzi na to, że byłem tam przez 4,5 doby.

Noc przed mińskim aresztem: władze zwalniają swoich zakładników FOTOREPORTAŻ

Traktowano nas jak bydło na ubój. Nie pozwolono nam na nic, nawet najmniejsze ruchy, jak otwarcie wywietrznika. Otworzyli tylko „podajnik”, czy otwór w drzwiach, przez który podaje się więźniom jedzenie.

Pomieszczenie było bardzo małe, 6 na 2 metry, a w środku około 10 osób. W pozostałych celach było po 30 osób, ludzie byli ściśnięci jak sardynki w puszce. Na każdą prośbę odpowiadano nam wyzwiskami.

Byli też gliniarze, którzy komunikowali się bez obelg, to dawało przynajmniej trochę nadziei. Ale większość próbowała znęcać się nad nami, kpić. Pierwszego dnia dano nam dwie kromki chleba na cały pokój. Niektórzy z nas mieli więcej szczęścia, inni mniej. Karmienie jednym kawałka chleba dziennie, to według mnie terroryzm i ludobójstwo, a nie normalny areszt, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że byliśmy aresztowani za nic. Pod koniec, kiedy (jak się później dowiedziałem) całe przedsiębiorstwa strajkowały, zaczęły się warunki poprawiać, choć nie liczyłem na to.

Na Białorusi strajk generalny

My mieliśmy szczęście. Ale były też cele, z których ludzi w nocy wyprowadzano na zewnątrz i bito. Do krwi. Słyszeliśmy nie tylko krzyki, ale i odgłosy samych ciosów. To się nazywa „Oświęcim 2020”, szczerze mówiąc, na samym początku myślałem tylko o tym, by tu nie weszli i nie zaczęli strzelać.

Tam człowiek jest bezsilny. Nikt się nikim nie przejmuje, gnębią cię, nie możesz powiedzieć swoim bliskim, gdzie jesteś. Nikt nikomu nie może niczego przekazać, nie wolno dzwonić, nie udzielają na czas pomocy medycznej.

Gdyby pracownicy przedsiębiorstw nie zastrajkowali, to siedzielibyśmy tam, Bóg wie ile dni, a ja nie opowiadałbym wam tych historii. Myślę, że zostaliśmy wypuszczeni, bo ludzie ciągle wychodzili na ulice, bo były ofiary śmiertelne, ludzie zaginęli. Była presja ze strony Unii Europejskiej, było wsparcie z całego świata.

Minister spraw wewnętrznych Białorusi przeprosił “postronne ofiary”

Kiedy zostaliśmy zwolnieni, zmuszono nas do podpisania dokumentu, w którym oświadczyliśmy, że nie będziemy uczestniczyć w niedozwolonych protestach przez 2 miesiące, w przeciwnym razie będziemy podlegać karze od 8 do 12 lat więzienia.

Ihar (imię zmienione na życzenie bohatera), 19 lat, zatrzymany razem z Uladzislauem

Zatrzymali nas około 1:30 w nocy z 9 na 10 sierpnia w pobliżu aresztu śledczego na ulicy Waładarskiego. Mój przyjaciel, ja i około 20 innych osób byliśmy otoczeni milicyjnymi kolumnami i chmurą gazu łzawiącego. Wszyscy siedzieliśmy spokojnie na schodach, nie krzyczeliśmy, niczego nie skandowaliśmy, a pomimo to podbiegli do nas funkcjonariusze OMONu i zaczęli bić wszystkich pałkami.

Potem spędzili nas wszystkich na parking i zabrali do aresztu na Akreścina. Personel traktował nas znacznie lepiej niż OMON. Przynajmniej nikt nie pobił mnie i moich kolegów z celi.

Ale jeden mężczyzna doznał takich obrażeń, że wymiotował krwią, a kiedy poprosił o lekarza, długo go nie wzywano. Gdy w końcu go zbadano, od razu odesłano go z powrotem do celi.

Było nas tam 20, choć sądząc po łóżkach, pomieszczenie było przeznaczone dla pięciu osób. Po południu wezwano mnie i kilku innych chłopaków. Zabrali nas z celi i powiedzieli, że jeśli podpiszemy protokoły, zostaniemy wypuszczeni, ponieważ wcześniej nie popełniliśmy żadnych przestępstw. Dodali też, że po rzeczy będziemy mogli przyjść dopiero w piątek. Ale do tej pory nam ich nie oddali.

Jauhien (imię zmienione na życzenie bohatera), 18 lat

Zostałem zatrzymany 11 sierpnia o 21:00. Nikt się nie wylegitymował, nie przedstawił, w ogóle nie próbowali rozmawiać: SOBR (Specjalny Oddział Szybkiego Reagowania Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Białorusi – belsat.eu) po prostu wbiegł między nas i zaczął kopać, powalając nas na ziemię. Oczywiście nie stawialiśmy oporu, choć zostanie nam to przypisane w protokole.

Bili nas rękami i nogami, także w głowę. Zostaliśmy pobici, przeszukali nasze rzeczy osobiste. Ludzie dostawali nawet za to, że ich etui na telefon było „nie takie jak trzeba”. Po kilku minutach tego wszystkiego, zostaliśmy „zaproszeni do mikrobusu”.

Upchnęli nas tak, że leżeliśmy na sobie nawzajem. Byłem na dole, więc leżałem w kałuży krwi, której było na tyle dużo, że poczułem ją w oczach i w ustach. Z drugiej strony, zostałem pobity na samym końcu, kiedy moim towarzyszom z góry zdołali już obciąć włosy, porozcinać szorty i grozić gwałtem pałką lub granatem.

Minibus zatrzymał się, a my zostaliśmy wyprowadzeni na zewnątrz i przekazani albo Ałmazowi (specjalnemu oddziałowi antyterrorystycznemu Ałmaz – belsat.eu.), albo Alfie (oddziałowi antyterrorystycznemu KGB Białorusi – belsat.eu), którzy przywitali nas ponownie uderzeniami w brzuch i twarz. Znowu te same pytania, ciosy, a potem rozkaz, by przybiec do drzwi milicyjnego samochodu.

Jauhien też został „zaproszony” do milicyjnego autobusu. Zdjęcie udostępnione redakcji belsat.eu

Jak bardzo się myliłem, kiedy myślałem, że będziemy tam siedzieć… Do wozu brali nas pojedynczo, rzucali na podłogę, a drzwi zamykało ze słowami „nikt cię tu nie usłyszy” 3 lub 5 oficerów KGB.

Zaczęło się najbrutalniejsze pobicie, jakie kiedykolwiek nas spotkało. Musiałem bardzo się skupić, żeby nie stracić przytomności pod tymi dziesiątkami ciosów nogami, pałkami i rękoma. Gdy bicie się skończyło, zaczęli krzyczeć z wulgaryzmami – przyszła kolej na czołganie się na drugą stronę wozu w ciągu 5 sekund (z pokaleczonymi nogami i brzuchem). W przeciwnym razie karuzela miała się powtórzyć.

Wtedy dobrali się do moich szortów i zaczęli szturchać pałką.

Nie chciało mi się wierzyć, że naprawdę wbiją mi pałkę w odbyt, chociaż, szczerze mówiąc, pomyślałem o tym, jak będę później chodzić z rozerwanym jelitem. Wyciągnęli mnie z wozu, znów cios za ciosem. Znów trzeba biec do innego samochodu, ale tym razem z przegródkami na cele… Czas jechać na posterunek policji.

Cela się otwiera, wypychają z wozu na ziemię, od razu zaczynają dusić pałkami, biją po nogach, z rozkazem biegu do przodu i „mordą do ziemi!”. Mamy rozkaz leżeć na podłodze w pozycji gwiazdy, a potem przychodzi policja.

SOBR przywitał nas podobnie jak Alfa i Diament, a teraz czas na OMON. Bili nas pałkami około 5 minut. Jedna nawet złamała się chyba podczas bicia. Uderzają tylko w nasze nogi i biodra. Dzięki temu nie mamy żadnych uszkodzeń narządów wewnętrznych, ale można sobie wyobrazić, jak bolesne było dostać tysiąc czy dwa tysiące ciosów w tym samym miejscu.

Szesnastolatek w śpiączce po spotkaniu z milicją

Zostaliśmy powitani? To teraz czas wrzucić nas pod prysznic. Umyć nas z krwi? Nie.

Wita nas rozkaz: „Teraz szczajcie i srajcie! Tu zdechniecie! Za cztery godziny będziecie zgwałceni leżeć we krwi i w gównie!” i znów ciosy pałkami w te same miejsca.

Potem znowu od początku. Pytają o imię, nazwisko, biją ponownie. Od czasu do czasu deptali nogami po palcach. Miałem tu trochę szczęścia. Zbyt mocno skrępowano mi ręce, kiedy zostałem aresztowany, zaczęły się mocno czerwienić, przestałem mieć w nich czucie i nie mogłem ruszyć palcami – zdjęli kajdanki i nie dotknęli mnie przez około 10 minut.

Potem ustawili nas pod ścianą, na kolanach, z rękami za plecami, razem z innymi więźniami. Trwaliśmy w tej pozycji przez około dwie godziny, czekając na inspekcję i nagranie. Krzyczą moje nazwisko, próbuję wstać, upadam… Moje nogi nie dają rady. W ogóle ich nie czuję. Próbuję znowu wstać, upadam. OMON zaciąga mnie do stołu i pozwala mi podpisać protokół. A potem z powrotem pod ścianę.

Minister spraw wewnętrznych Białorusi przeprosił “postronne ofiary”

Już zaczynam mdleć, więc jeden z pracowników pozwala mi usiąść. To koniec na ten dzień. Sądząc po nocnym niebie, jest około 3:00 nad ranem.

Rano nas budzą, ustawiają w szeregu, zabierają do transportu specjalnego. Oddychałem bardzo ciężko, miałem zawroty głowy i wymioty, więc oficer OMON-u pozwolił mi się napić. Jestem mu bardzo wdzięczny.

Wyciągają mnie do transportu specjalnego, krzyczą, każą mi znowu padać na kolana i twarzą w twarz „całować” ziemię przy jakiejś ścianie. Czekamy na sąd. Ale ja się go nie doczekam.

Będę stał w błocie przez dziesięć godzin z otwartymi ranami, starając się nie umrzeć z zimna. W pewnym momencie będę się już tak trząsł, że OMON zatroszczy się na tyle, aby mnie podnieść, sprawdzić, czy jeszcze w ogóle widzę na oczy. Potem kazali mi się rozgrzać.

Zza ściany będą krzyczeć: „Trzymajcie się! Trzymajcie się! Trzymajcie się!”. W oczach mimo wszystko stają mi łzy. Podszedł jeszcze pracownik milicji (nie OMON-u), który po prostu nie wierzy własnym oczom, wzywa do mnie do lekarzy. Udziela kilku rad i bardzo uprzejmie mówi mi „Trzymaj się”.

Pogotowie diagnozuje u mnie złamanie ręki i żebra. Pięć karetek jest całkowicie zapełnionych. U jednego mężczyzny, który ze mną leży, żebro przebiło płuco, a u drugiego pękł pęcherz. Tylko pierwszy zostanie zabrany. Wszyscy inni zostaną wypchnięci na ulicę przez OMON, łącznie ze mną. Funkcjonariusze krzyczą: „Nie wpuszczajcie tu więcej lekarzy! Nie wzywaliśmy ich!”.

„Pośladki miały kosmiczny czarno-fioletowy kolor”. Relacja zatrzymanego w Mińsku

Klęczymy w jakimś pomieszczeniu bez dachu, z betonem na podłodze. W tym i podobnym pokojach spędzimy całą noc, starając się nie umrzeć z zimna, przytulając się do siebie. Jedna czwarta więźniów próbowała spać, jedna czwarta siedziała na betonie i przytulała się do siebie. Wszyscy nie mogli siedzieć – nie było miejsca. Tej nocy będę spał łącznie przez godzinę w dwóch rundach.

Dzień minie w oczekiwaniu na sąd i marzeniu o wodzie.

W ciągu dnia podano nam 50 ml wody (mówią, że wzięli ją z muszli klozetowej, ale była bardzo smaczna). Raz dali nam chleb do jedzenia, wrzucając kilka bochenków do naszego liczącego 90 osób tłumu, ale bez śliny z powody braku wody nie mogliśmy go zjeść, poraniliśmy sobie tylko gardła.

Część ludzi trafiła do sądu, część do Żodzina (marzyliśmy o tym, żeby być w więzieniu), a więc mieliśmy możliwość skorzystania z prowizorycznej toalety w kącie – teraz nie ma tam ludzi. Przeciskasz się do tego kąta i załatwiasz potrzebę. Właściwie dla większych potrzeb nie było gdzie pójść. Wszyscy musieli znosić to przez trzy dni.

W nocy nas ponownie spisują, a potem wysyłają na górę, do cel. Mówią, że wkrótce zostaniemy wypuszczeni. W celi jest dach, w celi jest woda z kranu, w celi jest dziura-toaleta, w celi jest ciepła drewniana podłoga. Godzina snu. Budzą nas wyzwiska. Wypuszczają nas…

Teraz można po prostu czekać na operację i jęczeć w łóżku.

Alina Berasniewa, 20 lat, fotografka.

Moi przyjaciele i ja wracaliśmy do domu, z dala od protestów. Cały ten horror wydarzył się w pobliżu Muzeum II Wojny Światowej. Zbliżyliśmy się do stacji metra Kastrycznickaja, szukając sposobu na powrót do domu. Widzieliśmy wiele samochodów, z których wybiegali funkcjonariusze OMON.

Podbiegli do nas i zaczęli bić mojego przyjaciela po nogach, ja zaczęłam płakać i krzyczeć. „Dlaczego to robicie, my nic nie zrobiliśmy?!” Obezwładnili mnie i zabrali.

Gdy szłam, zobaczyłam jak OMON otoczył podwórka (nie mogliśmy tam pobiec), stali tam i śmiali się, gdy nas zatrzymano. Spojrzałam im w oczy i krzyknęłam: „Nie wstyd wam?!”.

Wsadzili nas do żółtego autobusu i zabrali z innymi na Akreścina.

Przy wejściu, mężczyzna znęcał się nad nami, krzyczał „Suki, szybciej!”. Kiedy zapytałam, dlaczego tak się do nas zwracają, złapał mnie za szyję i popchnął w ścianę. Kazał patrzeć w ziemię.

Oddałyśmy nasze rzeczy osobiste (telefon, sznurowadła, biżuterię) i zabrano nas do celi.

W celi na początku było 13 dziewczyn, bez wody i papieru toaletowego. Wszystkie miałyśmy nadzieję, że zostaniemy zwolnione następnego dnia, ale nie. Następnego dnia zostałyśmy zmuszone tylko do podpisania protokołów, w których przyznajemy się, że byłyśmy na proteście. Mieliśmy w celi rewolucyjną babcię, jak coś krzyczała, to obrywała za to cała cela, więc prosiliśmy ją, żeby nie krzyczała.

Jeśli któraś zadawała jakieś pytania lub protestowała, mówili: „zgwałcimy i zamkniemy na 20 dni”.

Skopali 9-letnie dziecko, sterroryzowali matkę. „Byliśmy jak zakładnicy!”

Podpisałyśmy protokoły i obiecano nam natychmiastowe zwolnienie, ale tak się nie stało. Po prostu przeniesiono nas do innej celi z 20 dziewczynami, teraz było nas 33.

Nie karmiono nas, gdy ktoś poprosił o jedzenie, strażnik powiedział: „Nie, suki, nauczę was, na kogo głosować”.

Słyszeliśmy, jak chłopaki krzyczeli w nocy. Dziesiątego sierpnia nadjechało mnóstwo więźniarek. Wielu chłopaków wprowadzali do cel prawie nagich. Bili ich za nic. Jeden chłopak napisał mi dziś SMS-a, że mnie tam widział, dostał mocno po nogach, nie może chodzić, a dwie dziewczyny zostały zgwałcone.

Źle się czułam, bo nie jadłam od dawna, zawroty głowy, mdłości. Dziewczyny wezwały do mnie lekarza.

Pani doktor zmierzyła mi ciśnienie – było niskie i powiedziała: „Będziesz wiedziała, gdzie chodzić, a gdzie nie” i przyniosła tabletkę validolu (lek nie jest stosowany przy niskim ciśnieniu – belsat.eu.) na pusty żołądek.

Zasnęłam, bo już nie miałam siły. Następnego dnia płakałam prawie cały czas, bo nie miałem siły i nikt nie mógł mi pomóc.

Jedenastego sierpnia byłam sądzona, powiedziałam sędziemu prawdę, dał mi grzywnę w wysokości około 220 dolarów. Niektórzy dostali areszt, po prostu bez powodu. Czuję się teraz trochę lepiej, doceniam jedzenie i życie. Przyjechałam do Mińska i boję się wychodzić, rozglądam się cały czas.

Daniel Czechowicz, lat 20, pracownik państwowego kanału telewizyjnego STV

Byłem w pobliżu ulicy Orłowskiej, nie było mnie na proteście. Przechodziłem obok, spotkałem milicjanta i zapytałem, czy mogę przejść. Odprowadzałem dziewczynę do domu. Powiedziano mi, że można przechodzić obok Areny Mińsk. Około 150 metrów dalej spotkałem kolejnego milicjanta, który odpowiedział na to samo pytanie słowami: „No spróbuj…”

Przeszedłem obok innych oficerów OMONu. Nie miałem żadnej flagi, żadnej symboliki.

Pod kolanem czuję cios pałki, zaraz po tym, „Kim ty do cholery jesteś, *****?”. Potem biorą telefon i żądają hasła. Powiedziałem, że po co miałbym podawać hasło? W odpowiedzi znowu wulgaryzmy: „Jeśli nie oddasz teraz telefonu, to będziesz miał przesrane”.

Milczę przez dwie sekundy, a oni wciągają mnie do autobusu, zwykłego, cywilnego. Wrzucają mnie do niego, długo mnie biją, w torbie znajdują się moje dokumenty: paszport i przepustka na teren ochranianego obiektu, gdzie znajdują się studia kanałów telewizyjnych ONT, STV i Mir. Zaczęli mnie obrażać, jak tylko mogli, mówiąc, że przyszedłem obalić „ich”, że zachciało mi się zmian.

Wszystkim słowom towarzyszyło bicie, kopnięcia, ciosy, pałki. Najpierw dostałem nawet w twarz, potem próbowali już nie bić po twarzy. Wiedzieli, jak bić, uderzali w nerki, śledzionę, pośladki, plecy.

Dziennikarka Biełsatu pobita przez strażniczkę. Trafiła do szpitala

To trwało około 40 minut z przerwami. Kiedy zdali sobie sprawę, że ze mnie już nic nie zostało, podnieśli mnie za włosy, świecili po oczach latarką, otworzyli mi usta, aby sprawdzić, czy nie ma krwi.

W czasie przesłuchiwania, mówili: „Chłopaki, nie bijcie go już, ma już dość. Chyba, że troszeczkę”.

Potem jechaliśmy jeszcze przez 20 minut, a ja ciągle dostawałem ciosy.

Było też zastraszanie, znaleźli polskie wizy w moim paszporcie, powiedzieli: „Co, przyjechałeś z Polski oświecać ludzi?”

Nie pamiętam wszystkich cytatów, ale zostałem upokorzony i obrażony na każdy możliwy sposób. Były groźby gwałtu pałką. Naprawdę próbowali wbić pałkę przez spodnie i zrobili to dosyć boleśnie. Potem nawet nie byłem zakuty w kajdanki, ponieważ mój stan był straszny. Przyjechali jacyś inni funkcjonariusze i wsadzili mnie do samochodu z innymi zatrzymanymi. Pozostali byli traktowani inaczej.

Niektórzy zostali pobici ciężej niż ja, niektórzy mniej. Ale nie słyszałem jeszcze od nikogo, że nie został pobity. Nie było takich ludzi.

Homel: mężczyzna zmarł po zatrzymaniu

Po tym wszystkim, zostałem wysłany do więzienia w Żodzinie jako więzień polityczny. Było tam mnóstwo ludzi i nikogo, kto by nie został pobity.

Dziewiątego sierpnia, kiedy zostałem zatrzymany, nie zabierali kobiet. Mężczyźni byli bici jak tylko się dało, przeważnie młodzi, w wieku 16-40 lat. Nie spotkałem żadnych starszych ludzi.

Upokarzali moralnie za poglądy, zarówno politycznie jak i światopoglądowo. Obrażali rodzinę, nas samych, wygląd.

Jeden z mężczyzn miał długie włosy, to obcięli mu te włosy w milicyjnym samochodzie. Krzyczeli, że „wygląda jak ciota”.

Puścili mnie nie dlatego, że skończył się czas zatrzymania przewidziany przez prawo. Jestem tego pewien. Puścili mnie, bo więzienia są przepełnione. Spędziłem tam ok. 85 godzin. W celi na 12 osób, w której byłem, siedziały 30-32 osoby. Ciężko było siedzieć, nawet nie rozdawali papieru toaletowego.

Każdej nocy przywożono ogromną liczbę więźniów, po prostu nie było gdzie ich umieścić.

Modli się i oczekuje sprawiedliwego śledztwa. Prawosławny metropolita w szpitalu u rannych

ksz, cez/belsat.eu

Wiadomości