Tortury i rozpacz bliskich. Co się dzieje w białoruskich aresztach

Podczas protestów na Białorusi zatrzymano ponad 6 tysięcy osób. Nasz korespondent wysłuchał relacji rodzin czekających pod mińskim aresztem i byłych aresztantów.

Od poniedziałku pod aresztami na całej Białorusi koczują bliscy osób, które zaginęły podczas pacyfikacji pokojowych protestów. Według oficjalnych danych MSW, 9 sierpnia zatrzymano 3 tysiące, 10 sierpnia 2 tysiące, a 11 sierpnia – tysiąc osób. To nie tylko demonstranci, ale w dużym stopniu także zwykli przechodnie.

Do areszt przy ul. Akreścina w Mińsku ciągle przyjeżdżają karetki. Zdjęcie: belsat.eu

Ich rodziny nie są informowane o zatrzymaniach i muszą szukać bliskich na własną rękę. Założona przez MSW infolinia pod numerem 102 nie ma wiadomości o bardzo dużej części złapanych przez milicję. Na bramach aresztów nie wywiesza się spisów nazwisk, strażnicy odmawiają rozmowy z ludźmi koczującymi pod murami.

Centrum obrony praw człowieka Wiosna tworzy listę zatrzymanych, ma już 1500 nazwisk, ale nie zawsze wiadomo, gdzie dana osoba jest trzymana. Nasz korespondent spędził dziś w nocy 15 minut przed owianym złą sławą aresztem przy ulicy Akreścina.

Rodziny czekają pod aresztem na informacje o swoich bliskich. Zdjęcie: belsat.eu

– Bardzo często jeżdżą karetki. Przez 15 minut z aresztu wyjechały cztery. Przed Akreścina czeka około 20 osób. To ludzie, którzy szukają zaginionych bliskich. Są też wolontariusze, którzy przynoszą im wodę, bo czekają pod bramą bez przerwy. Ludzie nie wiedzą, gdzie są ich bliscy. Anastasija powiedziała mi, że czeka na męża od 4 dni. Siedzi na ulicy na kocu dlatego, że jakiś mężczyzna miał siedzieć z jej mężem i dał jej nadzieję.

Ludzie wychodzący z aresztu mówią, że byli torturowani: ustawiano ich schylonych pod ścianą na kilka godzin, bito, kazano przepraszać Łukaszenkę. Największym bestialstwem jest bicie pałką w plecy tak, by powstał siniak w kształcie krzyża. Jeśli zatrzymany miał przy sobie coś ostrego lub flarę, zostaje oznakowany i potem najmocniej bity.

Dziennikarz Biełsatu: „W areszcie było bicie i bochenek chleba na 13 osób”

Cele są przepełnione – w każdej zamknięto po 40 osób. Ludzie siedzą po kolei. Wśród zatrzymanych są ciążarne kobiety. Zatrzymanym brakuje powietrza. Gdy strażnik otwiera “karmuszkę”, okienko do podawania jedzenia, ludzie machają bluzami, by wywietrzyć celę.

Strażnicy grożą: jeśli będziecie się źle zachowywać, hałasować, to zamkniemy okienko. Ludzie tracą w celach przytomność, niektórzy wymiotują.

Bliscy zatrzymanych czekają pod aresztem w Mińsku.

Ci, którzy czekają pod Akreścina, nie mają żadnych wieści o swoich bliskich. Strażnicy nie rozmawiają z nimi. Wiele rodzin szuka swoich w szpitalach i kostnicach.

Dziś byliśmy też w Lidzie na północnym-zachodzie Białorusi. Rozmawialiśmy z dyżurnym aresztu. Powiedział nam, żebyśmy zatrzymanych szukali też na komisariatach milicji i u straży granicznej. Z powodu przepełnienia aresztów, ludzie przetrzymywani są nawet w jednostkach wojskowych.

Dziś dowiedzieliśmy się o pierwszej osobie, która zmarła podczas zatrzymania. 25-latek z chorym sercem został zatrzymany w drodze na randkę. Z braku miejsca w areszcie, trzymano go długi w radiowozie. Gdy zaczął panikować, milicjanci uznali go za psychicznie chorego i odwieźli do szpitala psychiatrycznego. Lekarz zrozumiał niebezpieczeństwo i wezwał karetkę, ale zatrzymanego nie udało się uratować. Jego matka znalazła syna w kostnicy po trzech dniach od zaginięcia. Nie chciano jej pokazać ciała, uważa, że był bity.

 

pj/belsat.eu

Wiadomości