Szpiegomania Łukaszenki, czyli nowa „afera” z Polską w tle

Michał
Kacewicz
dziennikarz

Białoruskie władze chwytają się wszelkich sposobów, by odwrócić uwagę od własnych kłopotów. Tym razem sięgnęły po wypróbowany już motyw afery szpiegowskiej z polskimi służbami specjalnymi.

W weekend, białoruska telewizja Białoruś 1 pokazała materiał o rzekomej tajnej operacji polskich służb. W Warszawie Służba Kontrwywiadu Wojskowego miała podejmować próby zwerbowania białoruskiego dyplomaty, pracownika attachatu wojskowego przy ambasadzie Białorusi. Polskie służby miały również werbować białoruskiego oficera, który przebywał w Polsce na kursach językowych. W obu przypadkach próby zakończyły się niepowodzeniem.

Według autorów materiału polskie służby miały szantażować Białorusinów oraz oferować im nowe życie w jednym z krajów UE – dom i pieniądze w zamian za współpracę. Białoruska telewizja przedstawiła operację, jako wielki sukces Białorusi oraz klęskę polskich służb. To nie pierwszy raz, kiedy służby Łukaszenki próbują oskarżyć Polskę o agresywną politykę wywiadowczą.

Kraina szpiegów

Od początku protestów białoruskie KGB robi wiele, by przypisać Polsce rolę agresora i państwa, które chce wpływać na wewnętrzną sytuację na Białorusi. Taki wymiar miała słynna już, groteskowa operacja z rozmową „Berlina z Warszawą”. Na początku września najpierw Alaksandr Łukaszenka zakomunikował osłupiałemu premierowi Rosji Michaiłowi Miszustinowi, że ma dowody, że na Zachodzie zmontowany został spisek, który ma ugodzić w wizerunek Rosji. 4 września białoruska telewizja pokazała nagranie rzekomej rozmowy tajemniczego Mike z Warszawy i Nicka z Berlina – uznanych w materiale za amerykańskich dyplomatów lub szpiegów.

Reżimowa białoruska TV „demaskuje” polski kontrwywiad

Rozmowę miały przechwycić białoruskie służby. Z jej treści wynikało, że zachodnie służby przeprowadziły mistyfikację otrucia rosyjskiego opozycjonisty Aleksieja Nawalnego. Jednocześnie Mike i Nick tłumaczyli sobie nawzajem (wszystko w konwencji wyuczonych lub czytanych z kartki ról), jaki to Łukaszenka jest mocny, a społeczeństwo go popiera.

W szczycie białoruskich protestów ta szpiegowska historia miała odwrócić uwagę, ale i wzmocnić oficjalną narrację Mińska, że to Zachód stoi za protestami. Próbuje znowu wywołać „kolorową rewolucję”, a zagrożenie jest realne również dla Rosji. Był to przekaz skierowany do Kremla. Ale i do białoruskiego i rosyjskiego społeczeństwa. Tyle, że był zmontowany wyjątkowo amatorsko. Stał się tematem internetowych memów i żartów.

Scenariusze generała Tertela, czyli straszyć trzeba umieć

Nic dziwnego, że wkrótce ucichł i dziś nikt nie powołuje się na rozmowę Mike’a z Nickiem. Co wcale nie znaczy, że Łukaszenka porzucił myśl o nieustannym przypominaniu, że białoruskie protesty istnieją wyłącznie z powodu zachodnich intryg. Zwłaszcza polskich. Po miesiącu protestów, we wrześniu rządzący Białorusią zaczął bowiem coraz częściej wspominać o „polskim” zagrożeniu. Czasem łączy Polskę z Litwą, czasem z USA, Europą, lub szeroko pojętym Zachodem.

Były sugestie, że w Polsce znajdują się tajne ośrodki, w których szkoleni są liderzy protestu. Były słowa o polskich dywersantach i o możliwym ataku Wojska Polskiego na Białoruś. Były podejrzenia kierowane do białoruskich Polaków i kościoła katolickiego. Taką narrację trzeba jednak nieustannie podgrzewać. Nie wystarczają słowa. Potrzebne są fakty.

Telewizja KGB

Materiał w białoruskiej telewizji nie jest oczywiście żadnym dziennikarskim śledztwem. Telewizja ta (i inne, reżimowe) nie raz już pokazywała materiały operacyjne KGB. Z odpowiednim komentarzem. Tak było choćby przy okazji schwytania rzekomych, rosyjskich „wagnerowców”. Tak jest cały czas z kolejnymi, „sensacyjnymi” materiałami o białoruskich protestach. Telewizja co jakiś czas pokazuje przecież „dowody” na powiązania protestów z zagranicą. Albo upokarzające i nieludzkie obrazki złamanych, zatrzymanych uczestników protestów, przyznających się do popełniania błędu.

Byłe gwiazdy białoruskiej TV pokajały się przed kamerą za udział w „nielegalnych akcjach”

Także i tym razem Białoruś 1 po prostu dostała materiał z KGB. Nie jest on prawdopodobnie jedynie materiałem propagandowym. Samo wskazanie, że pracownik ambasady i wojskowy był kuszony różnymi propozycjami ze strony polskich służb nie jest niczym zaskakującym. Takie są reguły gry i podobnych działań podejmują się Białorusini, czy Rosjanie wobec dyplomatów.

Są to jednak sprawy, których się nigdy nie upublicznia. Chyba, że trzeba przykryć jakąś swoją wpadkę a z półprawd i poszlak zawsze można zlepić złowrogo brzmiącą intrygę. W tym przypadku Białorusini stwierdzili, że ich dyplomata nie dał się kusić i ostatecznie musiał wyjechać do ojczyzny z placówki przy ulicy Wiertniczej w Warszawie.

Łukaszenka znów oskarża Ukrainę i Polskę. Szef MSZ w Kijowie odpowiada

Żeby jednak nie przyznawać, że polskie służby są wszechmocne, trzeba jednocześnie pokazać, że w rzeczywistości są dużo słabsze od białoruskich i sojuszniczych – rosyjskich. Stąd powtarzające się wypowiedzi samego Łukaszenki o działających za plecami Polaków Amerykanów. W ostatnich dniach w propagandowym portalu Sputnik pojawiły się również opnie ekspertów, np. Aleksandra Tichanskiego z rosyjskiej Akademii Sztabu Generalnego, że nieudana próba zwerbowania białoruskiego dyplomaty jest klęską i przykładem słabości polskich służb.

To, co Mińsk przedstawia jako swój sukces, może być jednak czymś zupełnie odwrotnym. A telewizyjny materiał jedynie próbą przykrycia np. przyłapanego na zakazanej działalności dyplomaty z białoruskiej ambasady lub innej wpadki. Straszenie polskimi służbami specjalnymi (zaskakujące, że w tym przypadku kontrwywiadem wojskowym, który ma za zadanie zapobieganie szpiegostwu), jest już po prostu pewnym rytuałem dla łukaszenkowskiej propagandy.

Michał Kacewicz/belsat.eu

Inne materiały autora – w dziale Opinie

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów