Syberyjska odyseja Antoniego Ferdynanda Ossendowskiego

„Gdy zachodzi konieczność surowej walki o byt, wówczas w każdym człowieku może się odrodzić człowiek pierwotny” – pisał człowiek, który uciekając przed bolszewikami, samotnie przebył Syberię, by dotrzeć do Mongolii. Ten mało dziś znany pisarz, jest z jednym z najczęściej tłumaczonych Polaków w świecie.

W tajdze

Jest początek 1920 roku. Gdzieś w syberyjskiej tajdze, niedaleko Krasnojarska. Temperatura dochodzi do minus pięćdziesięciu stopni Celsjusza. Pomiędzy strzelistymi jodłami, modrzewiami leży gruba na metr warstwa śniegu, na którym wprawne oko odróżni ślady: kuny, gronostaja, niedźwiedzia, jelenia, a nawet tygrysa. W koronach drzew, otulonych czapami śnieżnego puchu od czasu do czasu buszują zziębnięte ptaki. Niektóre nie wytrzymują trzaskającego mrozu i jak kamień spadają w zaspy. Pomiędzy krzakami jarzębiny przemykają głuszce i cietrzewie.

Głęboką ciszę zakłóca trzask pękających od mrozu pni drzew. Wydawałoby się puszcza nietknięta śladami człowieka. Jednak na zboczu góry, wznoszącej się ponad linią lasu, można dostrzec samotnego mężczyznę. Obfity zarost utrudnia rozpoznanie wieku, ale jest może po 40. Okutany w gruby kożuch, rozpięty teraz, by nie krępował ruchów. Odgrzebuje śnieg z leżących, uschniętych pni. Potem, za pomocą długich drągów, przesuwa je z mozołem w dół.

Ossendowski z żoną Zofią i znajomym w Kosowie Huculskim

Do swojego prowizorycznego leśnego „domu”, który w rzeczywistości jest wykrotem po obalonej przez burzę, jodle. Jedną ścianę i dach tworzy jej pień. Ściany boczne – splecione korzenie. Dach uszczelniono kępami mchu i pióropuszowatymi liśćmi paproci.

Raz po raz, z coraz większym trudem spowodowanym niedożywieniem i przebytymi chorobami, mężczyzna wspina się na górę, po kolejne pnie. Z jej szczytu rozpościera się bezgraniczna panorama tajgi z łańcuchem gór na horyzoncie. Tam też jest Jenisej. Licząca prawie 5.5 tys. kilometrów, szósta pod względem długości na świecie rzeka. Zaczyna swój bieg w Mongolii i płynąc przez Syberię, wpada do Oceanu Arktycznego. Samotny człowiek patrzy w dal układając w głowie plan ucieczki przez Kraj Uranchajsk i Mongolię do Pacyfiku. Jest nim przyszły wzięty pisarz Antoni Ferdynand Ossendowski. Jak jednak znalazł się w tej syberyjskiej głuszy ? Co sprawiło, że naraża się na samotną gehennę? Odpowiedzi należy szukać w jego burzliwej przeszłości.

Ucieczka z Krasnojarska

Do tego miejsca w tajdze prowadzi go długa droga. Obfitująca w liczne ucieczki przed prześladowcami. Urodzony 27 maja 1878 roku, w Lucynie, w guberni witebskiej, w szlacheckiej rodzinie, o tatarskich korzeniach. Od najmłodszych lat wykazuje zainteresowanie podróżami i naukami przyrodniczymi. Kontynuuje je studiując nauki matematyczno-przyrodnicze na uniwersytecie w Petersburgu. Po ich ukończeniu, zostaje asystentem prof. Szczepana Zalewskiego.

Wychowany w patriotycznej rodzinie nienawidzi rosyjskich okupantów Polski, a po jego obaleniu, bolszewików. W 1899 roku z powodu udziału w zamieszkach studenckich musi uciekać do Paryża, gdzie na Sorbonie studiuje chemię. Tam poznaje Marię Skłodowską-Curie. Po powrocie z Francji awansuje na stanowisko docenta na uniwersytecie w Tomsku. Od 1905 roku prowadzi w Mandżurii badania geologiczne dla armii, ale znów naraża się władzom za zorganizowanie w Harbinie protestów przeciw rosyjskim represjom w Królestwie Kongresowym.

Aresztowany i skazany na śmierć, tylko dzięki szczęściu unika stryczka. Wraca do Petersburga gdzie od 1909 roku pisze, najpierw jako korespondent, a potem jako redaktor dla polskojęzycznego „Dziennika Petersburskiego”. W 1918 roku po zwycięstwie bolszewików ucieka przed nimi na Syberię. Najpierw do Omska. Potem – Krasnojarska. Zostaje doradcą admirała Aleksandra Kołczaka, któremu zamarzyło się odtworzenie imperialnej Rosji na Syberii i stworzenie przyczółka do dalszej walki z bolszewikami.

Po upadku rządu Kołczaka i jego aresztowaniu bolszewicy surowo rozprawiają się z resztkami „białych”. Także z Polakami służącymi w 5. Polskiej Dywizji Syberyjskiej.

– Wystarczyło mieć nazwisko o polskim brzmieniu, żeby zostać skazanym na śmierć – pisze Ossendowski w swojej najgłośniejszej książce „Przez kraj ludzi zwierząt i bogów”.

Wraz z kilkoma Polakami z Krasnojarska planuje ucieczkę, ale bolszewicy krzyżują mu plany. Kilku znajomych aresztują. Inni umierają na tyfus plamisty.

Ossendowski na swojej drodze spotkał wyznawców szamanizmu i buddyzmu, którzy zamieszkują d odziś południową Syberię. Na zdjęciu szamani z Tuwy podczas rytualnego bębnienia. Zdj. A. Abbas / Magnum Photos / Forum

Na początku stycznia 1920 roku musi uciekać sam. Przebranemu w strój wieśniaka, dzięki pomocy przygodnego Sybiraka z wozem, udaje mu się dotrzeć do wsi w tajdze. Tam przyjaciele dosyłają mu cały jego ekwipunek: karabin, 300 naboi, siekierę, nóż, kożuch, trochę soli, suchary i herbatę. Czując na plecach oddech ścigającej go CzeKa, znów ucieka do na wpół spalonej chaty w lesie gdzie, jak sam pisze, zostaje „człowiekiem pierwotnym”. Niestety i tam nie jest bezpieczny. Nie jest już jednak sam. Przygodny podróżny, który potem okazuje się rabusiem i mordercą, pomaga mu uciec w głąb tajgi i urządzić sobie prowizoryczny „dom”. Ziemiankę w wykrocie po obalonej jodle.

Przez Uranchaj do Mongolii

Wiosna 1920 roku. Zelżał mróz ułatwiający CzeKa obławy w tajdze na niedobitki żołnierzy „białych”. Ossendowski decyduje się na ucieczkę wzdłuż brzegów Jeniseju. Nad jego brzegami rzeki napotyka tysiące ciał pomordowanych przez bolszewików „białych” żołnierzy. Niektóre mają odrąbane ręce, głowy, nogi. Inne – wycięte na ciałach paski skóry. Przy pomocy napotkanego chłopa i jego syna płynie rzeką do kopalni złota, gdzie spotyka Polaka, agronoma. Obaj, przerażeni bestialstwem bolszewików, postanawiają uciekać przez Kraj Uranchajski (inaczej Tuwę lub Republikę Uranchaju, potem, po wcieleniu do Rosji, część guberni jenisejskiej) do Mongolii i dalej, do Pacyfiku.

Po wielu perypetiach dociera do Urgi (obecnie Ułan Bator) w Mongolii, gdzie zawiera znajomość ze słynnym „krwawym baronem” Romanem von Ungern-Sternbergiem. Bałtyckim Niemcem w carskiej służbie, planującym na terytorium syberyjskiej kolonii carskiej, stworzenie Imperium Panmongolskiego. Trzy lata później, w 1923 roku już w wolnej Polsce, ukazuje się zapis tej dramatycznej odysei. Napisana z pasją, autentyczna, bolesna i piękna książka – „Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów”.

Pisarz i poliglota

Ossendowski mówił ośmioma językami. W tym tak egzotycznymi wtedy jak chiński i mongolski. Napisał 77 książek wydanych w 150 przekładach, na 20 języków m.in. słynnego „Lenina” za którego został po II wojnie światowej, skazany na zapomnienie w Polsce. Nazwisko Ossendowskiego nie mogło pojawić się w żadnej encyklopedii, a wszystkie książki znajdujące się w bibliotekach skonfiskowano i zniszczono. Oficjalne wznowienie jego dzieł nastąpiło dopiero po 1989 roku. Zmarł 3 stycznia 1945 roku w Grodzisku Mazowieckim. Do dziś zajmuje po Sienkiewiczu drugie miejsce pod względem liczby tłumaczeń na języki obce.

Antoni Styrczula dla belsat.eu

Antoni Styrczula, dziennikarz w przeszłości związany z Radiem Solidarność, Radiem Wolna Europa, Polskim Radiem, Radiem Dla Ciebie. Twórca Informacyjnej Agencji Radiowej Polskiego Radia. W latach 1996–1998 rzecznik prasowy prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Specjalista ds PR i wykładowca akademicki.

Inne teksty autora:

Zobacz też

Wiadomości