Świąteczne choinki i powszednie pałki. Łukaszenka prezydentem OMON-u

Alaksandr
Kłaskouski

30 grudnia Alaksandr Łukaszenka nagrodził funkcjonariuszy resortów siłowych, a sam otrzymał od OMON-owców symbol ich branży – czarny beret. Zapowiedział przy tym, że „póki ostatni OMON-owiec nie powie, żebym odszedł, będę w tym kraju stał razem z wami, ramię w ramię”. To a propos kwestii przekazania władzy, którą roztrząsają analitycy.

Trafna metafora

Po wyborach 9 sierpnia, kiedy już było jasne, że Łukaszenka definitywnie utracił poparcie, postanowił utrzymać władzę przy pomocy niespotykanych wcześniej represji. Przeciwnicy zaczęli go wtedy sarkastycznie określać mianem „prezydenta OMON-u”. Przywódca właśnie pokazał, że ta metafora była trafna.

Po pierwsze, przed Nowym Rokiem pojechał on nie gdzie indziej, jak właśnie do bazy stołecznego OMON-u. Po drugie, z jego słów – człowieka sprawującego urząd, który zgodnie z konstytucją wciąż podlega wyborom powszechnym – wynika, że jego ewentualne odejście zależy nie od wyborców, a od „ostatniego OMON-owca”.

Oczywiście OMON-owcy w swojej masie trzymają się obecnego przywódcy, bo po wszystkich swoich wyczynach, na logikę, nie widzą dla siebie świetlanej przyszłości, jeśliby doszło do zmiany władzy.

Walka do ostatniego OMON-owca. Kolejna deklaracja Łukaszenki

Za bestialstwo nikt nie został ukarany

Białoruska milicja, a zwłaszcza OMON, i do tego czasu nie przywiązywała zbytniej wagi do przepisów prawa. Kiedy jednak w sierpniu wybuchły niezwykle liczne protesty i pod Łukaszenką zachwiał się tron, jego straż przyboczna otrzymała absolutną carte blanche. Stała się ostatnią nadzieją i bastionem wodza z wątpliwą legitymacją.

– Czasami to nie zależy od prawa – otwartym tekstem zapowiedział we wrześniu Łukaszenka – uwaga! – w obecności wysokich rangą urzędników Prokuratury Generalnej, powołanej akurat po to, żeby stać na straży prawa.

A reżim ewidentnie gra do jednej bramki. Zgodnie z danymi obrońców praw człowieka, w ostatnich miesiącach wszczętych zostało ponad 900 spraw karnych przeciwko przeciwnikom reżimu, a w kraju jest już 169 więźniów politycznych. Jednak nie słyszeliśmy o ani jednej sprawie karnej, która by dotyczyła bestialskich pobić, tortur czy śmierci tych, którzy wychodzili na akcje protestu.

Zaś fakty są skandaliczne: w sierpniu w Mińsku został najzwyczajniej w świecie zastrzelony Alaksandr Tarajkouski. Inicjatywa „Białoruski Trybunał Ludowy” przeprowadziła własne śledztwo w sprawie okoliczności jego śmierci i nawet ustaliła nazwisko domniemanego zabójcy. Władze jednak nic z tą wiedzą nie zrobiły.

To samo można powiedzieć o historii śmierci obrońcy symboli protestu w Mińsku, Ramana Bandarenki, którego na oczach świadków porwali nieznani sprawcy w maskach (przy czym z rozmów telefonicznych wynika, że w sprawę mogły być zamieszane osoby bliskie kręgom władzy). Żeby być bardziej precyzyjnym: sprawę karną wszczęto, ale przeciwko… dziennikarce Kaciarynie Barysewicz i lekarzowi Arciomowi Sarokinowi, którzy ujawnili, że Bandarenka, wbrew wersji oficjalnej, nie był pijany.

Jak reżim Łukaszenki stara się zniszczyć niezależne media

– Każdy funkcjonariusz i wojskowy, każdy człowiek w mundurze powinien wiedzieć i rozumieć, że prawo jest po naszej stronie i że chroni go państwo – oświadczył Łukaszenka bezpieczniakom 30 grudnia.

De facto znaczy to: macie wolną rękę, a jeśli przesadzicie – żadna kara wam nie grozi.

Milicyjne państwo rośnie w siłę

Szef państwa doskonale rozumie zasadę: ukażesz choć jednego milicjanta za przekroczenie uprawnień czy nawet jawny sadyzm – inni zaczną się zastanawiać, czy dla takiego przywódcy warto wypruwać żyły. W ten sposób funkcjonariusze uwierzyli w swoją całkowitą bezkarność, a to już do końca ich zdemoralizowało. Bezlitośnie biją i kaleczą bezbronnych ludzi, z rękami związanymi za plecami plastikową opaską.

Bez mrugnięcia okiem składają w sądach fałszywe zeznania – przy czym pojawiają się w kominiarkach i pod fikcyjnymi nazwiskami – rzekomo w obawie o własne bezpieczeństwo. I wreszcie: te indywidua ze słabym wykształceniem i prymitywnym oglądem świata usiłują jeszcze występować w roli wychowawców całkiem rozgarniętej młodzieży, która wpadła w ich ręce, „zepsutej” inteligencji i wykwalifikowanych pracowników sektora IT.

Bijąc, tłumaczą: „nauczymy was kochać Ojczyznę. Jeśli chcecie żyć, krzyczcie, że OMON – to siła! Powtarzajcie: Moim prezydentem jest Łukaszenka”.

Pełzający pucz. Jak generałowie zdobywają władzę na Białorusi

Obok wyraźnie widocznych przejawów okrucieństwa widać obłęd. Już nawet zaczęli karać grzywnami i wsadzać do więzień za biało-czerwono-białe flagi w oknach. Twierdzą, że to nielegalna manifestacja. Anegdotyczna stała się grzywna za rozwieszone na balkonie pranie w buntowniczych kolorach. Często na ulicach wyłapują zupełnie przypadkowych ludzi – żeby wykonać plan?

W ostatnich dniach „pojmali” 64-letniego autora książek dla dzieci Uładzimira Jahoudzika, który, jak miał w zwyczaju, poszedł nad rzeczkę z bułką, żeby karmić kaczki. Zatrzymali nawet ojca, który spacerował z dzieckiem w wózku i emerytów tańczących wokół noworocznej choinki na miejskim placu – jak widać wszędzie odbywają się nielegalne zgromadzenia.

Wiele osób już boi się wyjść do sklepu, bo istnieje ryzyko, ze wrócą za 15 dni. Na zasadzie „poszedłem po chlebek.” Jednym słowem, milicyjne państwo rośnie w siłę.

Bajka o zagranicznych władcach marionetek

Rozpętawszy wojnę z własnym narodem, przywódcy stwarzają wrażenie, jakoby odpierali agresję jakichś wrogów zewnętrznych. Trzeba wszak przypisać swoim działaniom szlachetne intencje.

– Grożą nam nie tylko wprowadzeniem nowych sankcji ekonomicznych, ale też wypowiedzieli nam prawdziwą wojnę informacyjną i nieustannie dopuszczają się politycznych prowokacji… W organizacji ulicznych zamieszek kluczową rolę odgrywają zagraniczni „władcy marionetek” i ich poplecznicy – kolaboranci, niezdolni w inny sposób pokazać, że mają choćby najmniejsze znaczenie w polityce – taki był sens słów Łukaszenki wypowiedzianych 30 grudnia wobec funkcjonariuszy.

Łukaszenka do OMON-owców: „Bunt, blitzkrieg ani kolorowa rewolucja nie przeszły”

Tak oto wygląda ideologiczne uzasadnienie haniebnej walki z babciami tańczącymi wokół choinki. Jednak, z ręką na sercu, te babcie też swoje mają za uszami. Białoruskie protesty 2020 roku wyróżniały się tym, że włączyli się w nie bynajmniej nie sami opozycjoniści, lecz także robotnicy, informatycy, emeryci, naukowcy, sportowcy, działacze kultury… Wcześniej wielu z nich trzymało się z dala od polityki, a inni wprost należeli do twardego elektoratu Łukaszenki.

„Myślałam, że posadzą mnie na starość”. 90-letnia Białorusinka opowiada o pacyfikacji marszu emerytów

 

Teraz ten elektorat się przerzedził. Łukaszenka rozumie, że już żadnych wyborów nie wygra. Dlatego liczy jedynie na OMON i fasadowe Ogólnobiałoruskie Zgromadzenie Ludowe, które zaplanował na luty. W tych dniach wybierze się na nie tylko najbardziej lojalna publiczność, a samo zgromadzenie tych rzekomo najlepszych przedstawicieli narodu zapewne trzeba będzie odgrodzić od rozemocjonowanej ulicy potrójnym kordonem tegoż OMON-u. Państwo milicyjne w pełnej krasie.

Problem jednak tkwi w tym, na jak długo jeszcze starczy Łukaszence zasobów na utrzymanie tego milicyjnego państwa. Czego by nie mówił o zagranicznych „władcach marionetek”, faktem jest, że zmiany władzy uparcie żąda masa Białorusinów. A po pierwszej rewolucyjnej fali na pewno przyjdzie druga.

Scenariusze generała Tertela, czyli straszyć trzeba umieć

Alaksandr Kłaskouski dla vot-tak.tv/belsat.eu

Więcej tekstów autora w dziale Opinie

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów