Świat według Kremla: każda walka o wolność to spisek CIA

Michał
Kacewicz
dziennikarz

Według kremlowskiej propagandy rewolucja polskiej Solidarności, ukraiński Majdan i białoruskie protesty mają jeden wspólny mianownik: amerykańskie intrygi wymierzone w Rosję. W tym paranoicznym świecie nikt nie myśli samodzielnie, bo wszyscy są marionetkami.

Zdławić protest

Z groteskowego w swojej wymowie zdjęcia Alaksandra Łukaszenki i Władimira Putina na niedawnym spotkaniu w Soczi można się śmiać. Pokazuje uniżoność i wręcz błagalną pozę Łukaszenki wobec rozpartego w fotelu Putina, patrzącego na gościa z mieszkanką politowania i pogardy. Gdyby jednak głębiej zajrzeć w oczy Putina, to za rozczarowaniem postawą białoruskiego kolegi, kryje się autentyczne zrozumienie. I całkowita zgodność co do diagnozy sytuacji na Białorusi oraz definicji tego, co należy zrobić: zdławić protest.

Bo poza ewidentną satysfakcją z osłabienia krnąbrnego w relacjach z Kremlem Łukaszenki i oczywistych korzyści, jakie Putin wyniesie z przyparcia Białorusina do muru, to co się dzieje u zachodniego sąsiada jest dla niego śmiertelnym zagrożeniem. Putin, tak jak Łukaszenka, widzi w protestach element zachodniego spisku wymierzonego w Rosję. Tak, jak wielu jego poprzedników: Mikołaj I dławiący wolnościowe powstania w Europie, Aleksander II, Stalin, Chruszczow i Breżniew, a nawet Gorbaczow – Putin stoi na straży wyimaginowanej stabilności systemu.

Co Putin powiedział Łukaszence?

Stabilności tak wymyślonej, że stała się w Rosji „religią”. Dla jej kremlowskich „kapłanów” każdy opór przeciw władzy nie jest wyrazem wolnej woli obywateli, ale efektem sterowania nimi z zewnątrz. Putin, ale i Łukaszenka uwierzyli we własną propagandę. Są przekonani, że Białorusini, tak jak Rosjanie, a wcześniej: Ukraińcy, Czeczeni, Litwini, Gruzini, Polacy, Czesi, czy Niemcy nie mogli się zbuntować tak sobie i sami doszli do tego, że wolą żyć w wolnym kraju. W tym schemacie myślenia wolna wola nie występuje. Jest tylko spisek.

Spisek CIA

Jeszcze na długo przed wyborami 9 sierpnia Alaksandr Łukaszenka próbował doszukać się w protestach Białorusinów ręki obcych. Co ciekawe wielokrotnie sugerował, że mózg operacji podburzania przeciw jego władzy znajduje się na… Wschodzie. Apogeum tej retoryki przypadło na moment zatrzymania pod Mińskiem tzw. wagnerowców. Łukaszenka ani razu wprawdzie nie oskarżył bezpośrednio Putina, czym nie zamykał sobie pola manewru, ale otwarcie wskazywał, że „jakieś” siły z Rosji mieszają na Białorusi. Chaosowi informacyjnemu i lawinie domysłów sprzyjała sama Moskwa, która wymownie milczała. A różni eksperci na Zachodzie opowiadali, że Kreml chce obalić Łukaszenkę.

MSZ Rosji wzywa Białoruś do uwolnienia najemników

Już po wyborach białoruski prezydent gwałtownie zmienił retorykę. Rosja zniknęła z listy oskarżonych o interwencję na Białorusi. Pojawiły się na niej za to, w różnych konfiguracjach: Polska, Litwa, Ukraina, USA i Zachód ogólnie. Wkrótce i z Rosji popłynęły dobrze znane słowa: za protestami na Białorusi stoi CIA.

Z ważnych, okołokremlowskich polityków pierwszy z taką tezą 23 sierpnia wyskoczył lider komunistów, Giennadij Ziuganow. Na wystawie wojskowej Armia-2020 powiedział, że protesty zorganizowali zwolennicy „Nowej Rzeczpospolitej”, wspierani przez amerykańskie służby specjalne. Kilka dni później w niezapowiedzianym wywiadzie dla stacji Rossija Putin przyznał, że w rozmowie telefonicznej z Łukaszenką 16 sierpnia obiecał mu, że przygotuje rezerwę sił bezpieczeństwa gotową interweniować na Białorusi i udzielić „bratniej pomocy”.

– Umówiliśmy się, że rezerwa nie będzie wykorzystana, dopóki sytuacja nie będzie wymykać się spod kontroli i dopóki ekstremistyczne, co chcę podkreślić, elementy, zasłaniając się hasłami politycznymi, nie przekroczą określonej granicy i nie pójdą na rozbój (…) – powiedział Putin.

„Sygnał dla Zachodu”. Rosyjska prasa o gotowości Putina do interwencji na Białorusi

„Elementy ekstremistyczne” – to słowo klucz. Takimi elementami była dla radzieckiej propagandy polska „Solidarność”. W odtajnionych przez Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy archiwach byłego KGB widnieją tysiące notatek sporządzanych przez agenturę terenową. Wynika z nich, że wszyscy Polacy odwiedzający w latach 80. ZSRR byli z założenia „ekstremistami”. Np. w 1981 r., kiedy radziecka władza podniosła ceny wódki, popularne stało się, rejestrowane przez KGB powiedzonko: „no a jeśli będzie więcej (bolsze), to zrobimy tak jak w Polsce (w Polsze)”. Informatorzy bezpieki w zakładach pracy donosili, że robotnicy szepczą o tym, co się dzieje w Polsce.

Tego typu sygnały, że polskie przebudzenie działa nawet przez szczelną granicę ZSRR, trwożyły Leonida Breżniewa i szefa KGB, Jurija Andropowa. Dla obu koszmarną wizją była fala strajków, jak i niezależny od władzy ruch. Stąd od samego początku radziecka propaganda przedstawiała polską (a również czeską i wschodnioniemiecką) opozycję jako organizacje wymyślone przez zachodnie służby specjalne, opłacane i całkowicie przez nie inspirowane. Podobnych mechanizmów używano zresztą wcześniej wobec radzieckiego ruchu dysydenckiego.

Upadek to chaos

W Nowoczerkasku, mieście na południu Rosji, założonym jako kozacka stanica strzegąca rubieży imperium carów, znajduje się niezbyt okazałe muzeum historii kozaczyzny. W tym muzeum wśród gablot z kozackim orężem i map przedstawiających ich podboje, kryje się niewielki kącik poświęcony karykaturze i propagandzie. A w nim carskie rysunki propagandowe z okresu I wojny światowej przedstawiające bolszewików buntujących chłopów i kozaków. Za bolszewikami stoją Niemcy w charakterystycznych, pruskich pikielhaubach. Obok wiszą bolszewickie karykatury z tłustymi burżujami, carskimi oficerami i „białymi” kozakami, podburzanymi przez agentów imperializmu – różnych nieprzyjemnie wyglądających amerykańskich finansistów, polskich szlachciców i brytyjskich oficerów w mundurach kolonialnych.

W tym samym muzeum kozactwa dońskiego znajduje się mała, zwykle zamknięta na klucz „izba pamięci” pogromu w Nowoczerkasku. W czerwcu 1962 r. Nikita Chruszczow wysłał do Nowoczerkaska wojsko, by stłumiło robotnicze protesty. Robotnicy miejscowego zakładu produkcji lokomotyw zaczęli strajk z powodu podwyżki cen mięsa i głodowych pensji. W ciągu trwającej dwa dni jatki na ulicach miasta wojskowi i kagiebiści zastrzelili co najmniej kilkadziesiąt osób. Strzelali m.in. z budynku obecnego muzeum. Później w kolejnych falach represji były wyroki śmierci i wieloletni zsyłki do łagrów. Chruszczow opowiadał, że protest przeciw władzy był inspirowany przez CIA.

– Każdy upadek prowadzi do chaosu i to było widać po upadku ZSRR i do czego to doprowadziło – mówił w wywiadzie dla BBC Andriej Konczałowski, reżyser filmu o wydarzeniach w Nowoczerkasku pt. „Drodzy towarzysze”. Został on pokazany na ostatnim festiwalu w Wenecji.

Nawet Konczałowski, pokazujący w swoim filmie skazany przez komunistyczną władzę na zapomnienie robotniczy bunt, posługuje się kalkami z radzieckiej i rosyjskiej propagandy. W tych kalkach świat zbudowany jest według prostego, manichejskiego podziału na dobro i zło. Dobro to porządek i władza, zło to chaos i bunt. Obywatele, poddani władzy z natury są posłuszni. Ulegają chaosowi dopiero wtedy, gdy są zainspirowani przez wrogów.

Wojna i rewolucja

Dokładnie tak to widział Władimir Putin w 1989 r., kiedy bronił siedziby KGB przy Angelika Strasse w Dreźnie przed tłumem protestujących wschodnich Niemców, domagających się odejścia Sowietów i zjednoczenia Niemiec. W późniejszych wywiadach biograficznych Putin szczerze wspominał, że jego ojczyzna, imperium radzieckie, upadło, bo nie reagowało wystarczająco szybko na siły odśrodkowe i na wspierane z zewnątrz protesty.

Kiedy sam doszedł do władzy uznał, że nie można odpuścić i należy zwalczać każdy bunt i traktować go jako wymierzoną w Rosję dywersję. Putinowska Rosja nie od razu doszła do takiej diagnozy, a przynajmniej długo nie miała odpowiednich sił by realizować wynikające z niej wnioski.

Wypełniając pustkę. Rosja i jej sąsiedzi w poszukiwaniu „nowego” dziedzictwa

Moskwa nic nie zrobiła w czasie serbskiej rewolucji w 2000 r., kiedy upadł Slobodan Milošević. Podobnie w Gruzji, w czasie „rewolucji róż”, kiedy do władzy doszedł Micheil Saakaszwili. Ten sam, którego dopiero później rosyjska propaganda nazwała marionetką USA i do dziś traktuje jako osobistego wroga Kremla.

Ale już w czasie „pomarańczowej rewolucji” na Ukrainie w 2004 r. Rosjanie zaczęli działać przeciw Wiktorowi Juszczence. Wypracowali wtedy zalążki koncepcji, którymi zaatakowali Ukrainę dekadę później: nazywali zwolenników Europy, reform i demokracji „banderowcami” i agentami CIA. Grali na podział Ukrainy, podgrzewając na wschodzie i południu nastrój zagrożenia ze strony rzekomych faszystów.

Wtedy jednak byli jeszcze zbyt słabi. Rosyjskie media nie miały takiej siły, jak dziś. Internet dopiero raczkował, jako masowy instrument propagandy. W czasie po „pomarańczowej rewolucji” rosyjskie służby i ośrodki analityczne przystąpiły ostro do pracy. Pojawiło się mnóstwo opracowań o zagrożeniu ze strony „kolorowych rewolucji”.

Sekretarz Rady Bezpieczeństwa Białorusi zdemaskował „kolorowe rewolucje”. Od razu… sześć

Wreszcie widmo protestu dotarło w bezpośrednie sąsiedztwo Kremla, na Plac Błotny, gdzie w 2011 i 2012 r. odbyły się największe antyputinowskie manifestacje. Po ich zdławieniu Putin przystąpił do kontrofensywy i uznał, że dziejową rolą Rosji jest zatrzymanie fali protestów. W stacji NTW ukazał się wtedy dwuczęściowy cykl pt. „Anatomia protestu”, który kanonicznie opisywał protesty w Rosji, jako inspirowane przez „marionetki USA” z Gruzji, a wszelkie obywatelskie bunty, jako wrogą i wymierzoną w stabilność operację obcych służb. Rok po Placu Błotnym Walerij Gierasimow, szef sztabu generalnego opisał tzw. „wojnę hybrydową” i „wojnę informacyjną”, jako równie ważne co tradycyjne działania wojskowe. Rosja zastosowała na Ukrainie cały arsenał środków z tej doktryny.

Tuż po wybuchu protestów przeciw Wiktorowi Janukowyczowi na niewidzialną linię frontu ruszyły zbudowane wcześniej, nowe dywizje rosyjskiej armii: telewizja RT, portale i radio Sputinik, stacja Rossija24, farmy internetowych trolli i miliony botów w portalach społecznościowych. Cel? Podzielenie Ukraińców, wmówienie wschodniej Ukrainie, że zachodnia część kraju to faszyści sterowani z USA. Już w czasie wojny w Donbasie regularnie pojawiały się w rosyjskiej przestrzeni informacyjnej „dowody”, że w Kijowie rządzą tak naprawdę obcy. Pokazywano np. polskie mundury, i ludzi potwierdzających, że słyszeli język polski w ukraińskich okopach, by mówić, że Polska ingeruje na Ukrainie.

Rok temu Walerij Gierasimow zmodyfikował swoją doktrynę. Teraz ma ona bardziej zimnowojenny sznyt. Mowa w niej o wojnie i agresorach z Zachodu. Oraz o precyzyjnie zdefiniowanym zagrożeniu dla Rosji. Są nim np. inspirowane przez V kolumnę fale protestów. Oczywiste, że według tej zmodernizowanej doktryny wszelkie protesty społeczne są traktowane po prostu jako element wojny z Rosją, lub ataku na jej interesy.

Siedem etapów „spiskowej teorii” Łukaszenki

Podczas niedawnej dyskusji zorganizowanej przez ministerstwo obrony, różni powiązani z rosyjską armią eksperci postulowali, że dosyć samego przeciwstawiania się „kolorowym rewolucjom” i Rosja powinna przystąpić do ofensywy i sama powinna przystąpić do inspirowania „swoich” kolorowych rewolucji. Jeśli Białoruś miała być poligonem doświadczalnym do takich działań, to chyba coś poszło nie tak. Bo fala obywatelskich protestów na tyle zaniepokoiła Kreml, że rosyjska propaganda powróciła na swoje tradycyjne tory i oskarża Zachód o inspirowanie „białoruskiego lata”.

Na rosyjskich strategach mści się skostniały sposób myślenia. Sześć lat temu Jewgienij Fiodorow, deputowany Jednej Rosji ujawnił, że KGB „posiadało dowody” iż Wiktorowi Cojowi, liderowi grupy rockowej Kino piosenki pisała CIA. Żeby buntować młodzież i rozwalić ZSRR. Zwłaszcza kultowy protest song „Pieremien” („Chcemy zmian”), który dziś stał się hymnem białoruskich protestów.

Być może niedługo w rosyjskich mediach pojawi się sensacyjne odkrycie, że białoruskie protesty były przygotowywane już w czasach Ronalda Reagana.

„Pieriemien!” Wiktora Coja: hymn pieriestrojki teraz po białorusku WIDEO

Michał Kacewicz/belsat.eu

Inne teksty autora w dziale Opinie

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów