Strajki: najgroźniejsza broń Białorusinów

Michał
Kacewicz
dziennikarz

Po nerwowych reakcjach na ultimatum Cichanouskiej i strajki widać, że to skuteczna broń przeciw Łukaszence. Choć jeszcze niedopracowana, to coraz groźniejsza.

Na Białorusi trwa osiemdziesiąty pierwszy dzień protestu i drugi dzień akcji strajkowej. Zgodnie z przedstawionym Alaksandrowi Łukaszence przez Swiatłanę Cichanouską ultimatum prezydent miał odejść ze stanowiska po północy, z niedzieli na poniedziałek. Opozycja zagroziła, że w innym przypadku na Białorusi zaczną się masowe strajki. W sobotę w Mińsku odbyła się wielka manifestacja. Potem były marsze protestacyjne emerytów i studentów.

Strajki rzeczywiście się rozpoczęły. Od poniedziałku spływają informacje o kolejnych zakładach, w których robotnicy odchodzili od taśm montażowych. Stanowiska pracy nie są porzucane masowo, trwają jednak na uczelniach i szpitalach, a nawet w prywatnych kawiarniach i sklepach .

Być może wcześniejsze wyobrażenia o strajku powszechnym rozmijają się z jego rzeczywistym obrazem. Ultimatum jednak odniosło skutek. Nie taki, oczywiście, który był w nim sformułowany. Nikt nie spodziewał się przecież, że w niedzielę przed północą Łukaszenka wystraszy się i zrezygnuje. Ultimatum podgrzało jednak na nowo temperaturę protestu. Zmusiło władze do zaabsorbowania nadwątlonych już sił. I reagowania tak, jak do tej pory – czyli stosowania siłowego scenariusza i zastraszania społeczeństwa. Taka polityka Łukaszenki ma jednak swoje koszty i właśnie o nie chodzi. O to, by doszło do maksymalnego osłabienia władz.

Cichanouskaja zapowiada strajk generalny, jeśli Łukaszenka nie ustąpi

Bunt w fabrykach

W połowie sierpnia, a więc niedługo po sfałszowanych wyborach, była już próba akcji strajkowej. Wtedy przestała pracować część robotników Mińskich Zakładów Traktorowych (MTZ), samochodowych (MAZ) i ciągników kołowych (MZKT). Strajkowała również część załogi grodzieńskich Azotów, czy kopalni w Saliharsku. Tamte strajki nie były sygnalizowane i stały się dla władz sporym zaskoczeniem. Wywołały panikę. Załogi zakładów były zastraszane, przekupywane. Lider robotników z MZT Siarhiej Dyleuski był aresztowany, a jego rodzina zastraszana.

W końcu Dyleuski, członek Rady Koordynacyjnej opozycji wyjechał wraz z rodziną do Polski. Sierpniowe strajki szybko wygasły. Bo były zorganizowane spontanicznie i bez przygotowania. Bo robotnicy od dawna byli poddawani dużej presji i znajdowali się w centrum zainteresowania łukaszenkowskiej propagandy i służb.

Lider komitetu strajkowego w Mińskiej Fabryce Traktorów wyjechał do Warszawy

Nawet jeśli wielu robotników od początku solidaryzowało się z protestem i od dawna było wściekłych na władze, to silny i naturalny był strach i brak przekonania, że protesty doprowadzą do odejścia Łukaszenki. W ciągu kolejnych dwóch miesięcy wiele się jednak wydarzyło. Protesty na ulicach wciąż trwają. Są masowe, uczestniczą w nich krewni i znajomi wielu robotników. I oni sami.

Władza nie pokazała woli jakiegokolwiek dialogu. Na nastroje wpływa również pogarszająca się od miesięcy sytuacja gospodarcza. Przy rosnących cenach, pensje w przemyśle stoją w miejscu. Z powodu przestojów w produkcji i trudnościach w eksporcie nie są wypłacane premie i dodatki. Atmosferę w załogach robotniczych psują wzajemne podejrzenia o kolaborację z władzą, donosicielstwo i presja dyrektorów, którzy nieustannie straszą zwolnieniami za zaangażowanie w protest.

To wszystko wpłynęło na inny rozwój strajku, niż w sierpniu. O tym, że nastroje się zmieniły, świadczy choćby fakt, że władzy nie udało się zorganizować wielotysięcznego wiecu poparcia dla Łukaszenki w ostatnią niedzielę. „Tysiącami” mieli być zwożeni z dużych zakładów pracownicy. Najwyraźniej nie udało się ich zmobilizować, zmusić i przekupić, skoro władza w pokrętny sposób tłumaczyła się niedogodnościami dla miasta i rozprzestrzenianiem się koronawirusa, kiedy odwołała wiec.

Łukaszenka nie potrafi zebrać swojego „antymajdanu”

Ani kroku wstecz

Władza nie zamierza się cofnąć. Jeśli nie liczyć tego, który próbuje fabrykować rozmawiając z niektórymi opozycjonistami w więzieniu. Świadczą o tym wczorajsze słowa Łukaszenki. Domagał się zwalniania protestujących studentów, nauczycieli, lekarzy i robotników z uczelni, instytutów i zakładów.

– W najlepszym razie zepchniemy ich do nory (…) – powiedział.

Premier Raman Hałouczanka postraszył już, że strajki mogą oznaczać katastrofę ekologiczną. Miał na myśli głównie zakłady azotowe w Grodnie. Już zaczęły się zwolnienia – np. w mińskich zakładach produkcji telekomunikacyjnej. W Grodnie w instytucie badawczym przy zakładach azotowych pracowników wywieziono do miejscowej jednostki milicji. W Mińsku zatrzymani byli lekarze z kliniki kardiologii. W ciągu najbliższych godzin i dni będzie pewnie sporo takich akcji. Podobnie, jak w przypadku protestów ulicznych, również wobec strajków władze stosują terror punktowy. Uderzają w ogniska strajków, zwalniają i stosują szykany. Zwalniani są reżyserzy, aktorzy i muzycy z teatrów, lekarze, naukowcy i studenci.

Mińsk: Zatrzymanie lekarzy sparaliżowało klinikę kardiologii. 80. dzień białoruskich protestów

To oczywiście droga w ślepą uliczkę. Białoruś to mały kraj i zwolnienie specjalistów z kluczowych dla gospodarki instytucji i firm, czy nawet instytucji kultury, spowoduje ich paraliż w krótkim czasie. Lekarzy-specjalistów, laborantów, doświadczonych menedżerów, czy inżynierów nie da się sprowadzić i zastąpić. Z Rosji nie przyjadą pracować za kilka razy mniejsze pieniądze. Osłabianie służby zdrowia w czasie pandemii wygląda zaś wprost jak sabotaż ze strony władzy.

Wnioski z ostatnich dwóch dni mówią, że nie dojdzie do natychmiastowego paraliżu państwa. Tylko stopniowego osłabiania i „upuszczania krwi” władzy w Mińsku. Będzie musiała szukać wśród szczuplejących zasobów finansowych możliwości przekupienia burzących się robotników. Utrzymanie produkcji w kluczowych zakładach przemysłowych i przetwórstwa surowców jest w tej chwili kwestią przetrwania dla Łukaszenki. To ten sektor dostarcza dewiz idących na spłatę zobowiązań.

Od niego zależy słabnąca wiarygodność kredytowa Białorusi i szanse na kolejne, ratujące życie pożyczki. Dmitrij Pieskow, rzecznik Kremla już napomknął, że utrzymanie produkcji w białoruskich zakładach jest ważne dla Rosji. I, że to sprawa Łukaszenki, który powinien sobie poradzić z problemami. Oczywiście, że to ważna sprawa dla Rosji – w końcu od wydajności białoruskiego przemysłu i eksportu zależą spłaty zaciągniętych w rosyjskich bankach kredytów. Ale i przetrwanie Łukaszenki. Uderzenie może przyjść i z innej strony.

 

Grodzieński teatr bez reżyserów

Część ważnych zakładów, przynoszących do budżetu dewizy (MAZ, czy przedsiębiorstwa pośredniczące w eksporcie), mogą się znaleźć na unijnych listach sankcji. Zwłaszcza jeśli wykazane zostaną powiązania ich kierownictwa z represjami i służbami bezpieczeństwa. Tego typu dowody wkrótce będą oczywiste, jeśli władza będzie kontynuować przemoc wobec strajkujących. Zablokowanie eksportu i współpracy technologicznej z Zachodem (serwis maszyn, obsługa systemów, umowy gwarancyjne) w firmach przemysłowych w połączeniu z odpływem niektórych specjalistów, będzie dla nich potężnym ciosem. Przyspieszy rozkład gospodarki. Pogłębiający się kryzys może zmobilizować robotników do kolejnych akcji strajkowych.

Premier Hałouczanka powiedział, że Białorusini są nastawieni na pracę i zarabianie (a nie na strajki). Ma rację. Tylko, że obecne państwo białoruskie nie gwarantuje ani spokojnej pracy, ani tym bardziej zarabiania godziwych pieniędzy.

Premier Białorusi grozi strajkującym. MSW też

Michał Kacewicz/belsat.eu

Inne teksty autora w dziale Opinie

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów