Alaksandr Kłaskouski Sojusz wojskowy z Rosją stał się dla Białorusi zagrożeniem


Przygotowania do aktywnej fazy białorusko-rosyjskich manewrów „Tarcza Związku – 2019”. Zdjęcie: Maksim Harłukowicz/Instagram Ministerstwa Obrony Białorusi

Dzięki Bogu, nie u nas! Najpewniej tak myślą białoruskie władze o rozpoczętych wczoraj w Niżnym Nowogrodzie wielkich wspólnych manewrach „Tarcza Związku – 2019”. Dwa lata temu ćwiczenia obu armii „Zapad – 2017” na białoruskiej ziemi zbytnio zaniepokoiły natowskich sąsiadów, ale i na samej Białorusi wywołały strach.

Po aneksji Krymu państwa bałtyckie i Polska zaczęły bardzo uważać na aktywność rosyjskich wojsk przy swoich granicach. Z kolei u Białorusinów pojawiły się obawy, że „zielone ludziki” zza wschodniej granicy mogą przyjść i pozostać.

Zaufania pomiędzy „dożywotnimi sojusznikami” nie ma

Aneksja Krymu zszokowała białoruskiego prezydenta. Jeszcze na gorąco, w kwietniu 2014 roku Alaksandrowi Łukaszence wyrwało się:

– Jeśli jutro przyjdzie tu Putin, nie wiadomo, po czyjej stronie będą walczyć Rosjanie. A ja wiem, po czyjej! Dlatego nie trzeba nas straszyć Putinem…

W 2015 roku białoruski prezydent stanął okoniem, gdy Kreml próbował umieścić swoją bazę lotniczą w Bobrujsku. W 2016 roku została przyjęta nowa doktryna wojenna – z akcentem postawionym na zagrożenia hybrydowe. Analitycy gremialnie twierdzą, że powodem były gorzkie doświadczenia Ukrainy.

Na wszelki wypadek, chociaż patetyczne refreny o braterstwie broni wciąż brzmią, zaufania pomiędzy sojusznikami nie ma.

W głębi Rosji Białorusini ćwiczą wojnę z NATO

Moskwa może przyjść z rakietami

Napięcie pomiędzy Mińskiem i Moskwą nagle wzrosło, gdy pod koniec ubiegłego roku Rosja złapała Białoruś za gardło, żądając „pogłębienia integracji”. A osoby twierdzące, że znają tajemnice Kremla, orzekły, że Władimir Putin zechce rozwiązać „problem 2024” (końca ostatniej legalnie pełnionej kadencji) wchłaniając Białoruś i tworząc nowe państwo.

Podobno Łukaszence udało się obronić przed najgroźniejszymi punktami „pogłębionej integracji”. Jednak Moskwa będzie napierać, wykorzystując katastrofalną zależność białoruskiej gospodarki od rosyjskiego rynku.

Jednocześnie Kreml wciąż przypomina, że trzeba strzec sojuszniczej wierności, a nie śpieszy się ze sprzedażą białoruskiej armii bardziej współczesnej broni. Ostatecznie Łukaszenka musiał dogadać się aż z Chińczykami, by z ich pomocą stworzyć system rakietowy Polonez.

Z kolei Moskwa może zmusić Mińsk do przyjęcia jej baz rakietowych, jeśli w regionie rozpocznie się wyścig zbrojeń. A takie zagrożenie wzrosło po upadku traktatu INF o rezygnacji z rakiet średniego zasięgu. Dodatkowo, rosyjskich strategów niepokoi plan utworzenia amerykańskiej tarczy antyrakietowej w Polsce.

Przygotowanie do aktywnej fazy białorusko-rosyjskich manewrów „Tarcza Związku – 2019”. Zdjęcie: Maksim Harłukowicz/Instagram Ministerstwa Obrony Białorusi

Jak uważa białoruski analityk Arseń Siwicki, Kreml planuje podporządkować rosyjskiemu dowództwu wojska obu państw, tworząc wspólne siły zbrojne Państwa Związkowego. A jeśli Mińsk będzie się sprzeciwiał, Moskwa jest gotowa ingerować także w sprawy wewnętrzne państwa.

Potwór nadciąga z drugiej strony

Na domiar złego, piętno wojskowego satelity Rosji ucina u nasady starania białoruskiej dyplomacji o dobre stosunki z zachodem. MSZ Białorusi chciałoby pokazywać państwo jako gwarancję regionalnej stabilności, wysyłać misje pokojowe, propagować inicjatywę Helsinki-2.

W swoim czasie Kijów odrzucił propozycję Łukaszenki wysłania białoruskiej misji pokojowej do Donbasu. „Jakie z was siły neutralne, skoro jesteście pod butem Kremla”. Z kolei NATO uważa białoruskie wojsko za część rosyjskiej machiny wojennej.

To niesprawiedliwe, ale jak udowodnić, że Białoruś nie jest zależna?

W Rosji i na Ukrainie rozpoczyna się tydzień manewrów wojskowych

Jaka to ironia losu! Na początku swojej władzy prezydenckiej, Łukaszenka czuł się bardzo dobrze pod rosyjskim parasolem atomowy i w antynatowskiej, antyzachodniej retoryce przewyższał nawet kremlowskie jastrzębie. Jego przestroga o potworze NATO podpełzającym do błękitnookiej Białorusi stał się już memem.

Ale przeszły lata, a po dawnej sojuszniczej miłości nie zostało śladu. Relacje popsuły kolejne gazowe, naftowe, mleczne, mięsne, informacyjne wojny. Rosja, która „wstała z kolan”, pokazała swoje imperialne ciągoty podczas wojen z Gruzją i Ukrainą.

A potem też aneksja Białorusi pod tym lub innym sosem stała się w ustach moskiewskich komentatorów akceptowalnym scenariuszem. I właśnie dlatego białoruska armia, nie afiszując się z tym, szykuje się do wojny hybrydowej, a Łukaszenka rękoma i nogami broni się przed przyjęciem baz wojskowych najdroższego sojusznika, widząc w nich przyczółki inkorporacji.

Dlatego, wbrew założeniom, potwór wyłonił się z drugiej strony. I nie można przed nim uciec, jak w złym śnie.

Alaksandr Kłaskouski, komentator polityczny dla Biełsatu

Inne teksty autora:

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Zobacz też
Komentarze