Rozbierali do naga, kopali w brzuch. Reporterka Biełsatu o torturach w areszcie

„Niżej!” – krzyczy strażniczka, młoda blondynka w masce, popychając dziennikarkę Biełsatu. Alena Dubawik stojąc w pozycji „jaskółki” z rękami skrępowanymi za plecami, nie może pochylić się jeszcze niżej, strażniczka zadaje jej cios kolanem w podbrzusze. Kolejnego dnia scena się powtarza, milicjantka uderza dziewczynę kilka razy, w to samo miejsce. Po pobycie w areszcie Alena jest hospitalizowana z podejrzeniem pęknięcia jajnika. Do tej pory nie wszczęto śledztwa w związku z torturowaniem dziennikarki.

Tekst pochodzi z e-książki „Jestem dziennikarzem. Dlaczego mnie bijecie?” opublikowanej przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich przy wsparciu Białoruskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy, Narodowego Związku Dziennikarzy Ukrainy i Europejskiej Federacji Dziennikarzy.

Alena Dubawik rozpoczęła pracę w telewizji Biełsat w marcu 2019 roku, we wrześniu dołączyła do działu wiadomości. Ponieważ władze kategorycznie odmawiają wydania akredytacji „biełsatowcom”, praca korespondentów w terenie bardzo często kończy się w sądach. Zazwyczaj stawiane im są zarzuty naruszenia art. 22.9 kodeksu wykroczeń, który dotyczy pracy dla mediów bez wymaganej akredytacji.

Alenie stawiano takie zarzuty czterokrotnie, ale to jej nie powstrzymywało. Kiedy zaczęły się protesty, dziennikarka podróżowała po kraju, kręciła materiały i relacjonowała wiece poparcia Swiatłany Cichanouskiej. Była wielokrotnie zatrzymywana, ale przed wyborami dziennikarze byli zazwyczaj wypuszczani z komisariatów w ciągu kilku godzin. Alena nie miała pojęcia, że wkrótce będzie stać w budynku aresztu twarzą do ściany, w tle słysząc krzyki i przekleństwa służby więziennej.

Alena Dubawik była zatrzymywana już nie raz przez milicję, ale z przemocą fizyczną ze strony funkcjonariuszy spotkała się dopiero w czasie powyborczych protestów. Zdj. belsat.eu

– Nie wszystko pamiętam. Po pobycie w areszcie przy ul. Akreścina miałam zaniki pamięci. Kilkusekundowe zdarzają się do tej pory. Psychoterapeuta nazywa to reakcją na stres – uprzedza przed rozmową.

„Ku*wa, przestań filmować!”

Wieczorem, 10 sierpnia dziennikarka udała się na ulicę Kalwaryjską, gdzie w pobliżu centrum handlowego Korona (w Mińsku – przyp. red.) zbierała się grupa protestujących. Alena miała na żywo relacjonować wydarzenia, kręcić materiały i kiedy będzie możliwość, łącząc się z pobliskimi sieciami Wi-Fi, wysyłać je do redakcji Biełsatu.

– W pobliżu ul. Kalwaryjskiej udało mi się sfilmować wojskowego (przypuszczalnie żołnierza jednostki specjalnej Alfa – przyp. red.), który z broni celował do kobiety i krzyczał: „Chcesz tu drugą Ukrainę?! „Co ty wyprawiasz?! Mógłbyś być moim synem!”- odpowiadała kobieta. „Nie jesteś moją matką!” – ripostował mundurowy. Mężczyzna nagle skierował broń w moją stronę: – Ku*wa, przestań filmować!

Alena wspomina, że ma to nagranie, ale nigdy jeszcze go nie oglądała.

– Był bardzo agresywny, zupełnie niepoczytalny, jak zwierzę. Wydaje mi się, że nie miałby skrupułów, by do mnie strzelić.

Po protestach, które odbywały się w dniach 9-12 sierpnia, pojawiły się pogłoski, że podczas tłumienia protestów, stróże prawa byli „pod wpływem”. Podobno dowódcy dawali funkcjonariuszom narkotyki. To mogłoby wyjaśniać niezwykłe okrucieństwo i to, jak długo torturowali ludzi. Oczywiście nie ma żadnych dowodów, które potwierdzałyby te plotki. Prawdopodobne jest też, że ludzie wymyślili historie o milicjantach po amfetaminie, bo ciężko jest zaakceptować fakt, że ktoś o trzeźwym umyśle jest w stanie pobić na śmierć i jeszcze czerpać z tego przyjemność.

Dziennikarze Biełsatu zatrzymani po wiecu opozycji

– Zadzwoniłam do redakcji w Warszawie, opowiedziałam tę historię i dodałam, że poprosiłam o komentarz kobietę, w którą celował milicjant. Redaktor powiedział: „Alena, wystarczy, uciekaj stamtąd!”. Nie wiedziałam dokąd iść. Postanowiłam po prostu iść przed siebie jedną z ulic. Idąc, zdałam sobie sprawę z tego, że mam obstawę: szedł za mną mężczyzna w masce i czarnym stroju sportowym, dosłownie czułam jego oddech na mojej szyi. Zatrzymałam się, odwróciłam i spojrzałam mu w oczy. Tajniak przeszedł, udając, że go nie interesuję, ale trochę dalej się zatrzymał.

Dziennikarka opowiada, że wbiegła na podwórko i zadzwoniła domofonem do jednego z budynków. Powiedziała, że jest dziennikarką, i że ktoś ją śledzi. Poprosiła o wpuszczenie na klatkę schodową. Kobieta, która otworzyła drzwi, zaproponowała jej, żeby weszła do mieszkania. To stamtąd wysłała materiały do redakcji.

Żołnierze białoruskich sił specjalnych na ul. Kalwaryjskiej. To właśnie tam została postrzelona dziennikarka Naszej Niwy. Zdj. Vot-tak.tv / Belsat.eu

Dziennikarka przypomina, że wielu jej kolegów spędziło noc z 10 na 11 sierpnia u nieznajomych ludzi. Uciekając przed funkcjonariuszami, ludzie szukali schronienia w mieszkaniach, zamykali się w nich dziesiątkami i leżeli na podłodze przy wyłączonym świetle. Zza okien dobiegały odgłosy wybuchów granatów hukowych. Zdarzyło się kilka przypadków, kiedy okna domów również były ostrzeliwane. Bezpieczniej było pozostać w ukryciu, niż próbować przedostać się przez oblężone miasto.

Białoruska dziennikarka raniona gumowa kulą: milicjant nie krzyczał, nie ostrzegał, po prostu strzelił

Tej nocy Alena musiała wrócić do domu: czekały na nią dzieci w wieku trzech, pięciu i siedmiu lat. Wiedziała, że gdzieś w pobliżu jest ekipa filmowa Biełsatu, ale okazało się, że operator kamery został zatrzymany. Jego żona Tacciana zaproponowała, że zabierze Alenę do domu, a po drodze pojadą na komisariat dzielnicy Centralny Rajon, gdzie miał przebywać jej mąż. Alena zgodziła się pomóc w odnalezieniu kolegi.

– W pobliżu komisariatu milicji stało jakieś 20 osób, kobiety płakały. Rodzinom nie udzielano żadnych informacji. Obrońcy praw człowieka dali nam formularz zgłoszenia zaginięcia, Tania wypełniła go od razu, na kolanach. Wtedy podjechała milicyjna więźniarka. Pamiętam moją pierwszą myśl: przywieźli nową partię zatrzymanych, trzeba się stąd oddalić. Jednak oni przyjechali po nas, tych, którzy szukali swoich bliskich. Spojrzałam na telefon, była 23:21, w następnej sekundzie ktoś chwycił mnie mocno za przedramię. Wyrwano mi z rąk telefon i zaciągnięto do pojazdu.

Najpierw Alena i Tacciana jechały, siedząc na zwykłej ławce we wnętrzu więźniarki, a kilka ulic dalej zaprowadzono je do szklanej kabiny o szerokości około metra.

– Pamiętam, że powiedzieli: „Musi pani zrozumieć, że robimy to dla pani dobra”. Ściany w kabinie były pokryte krwią. Założyłam kaptur, żeby nie dotykać ich włosami. Tani udało się przemycić telefon, więc dałyśmy znać, że zostałyśmy zatrzymane. Jednak nie wiedziałyśmy, dokąd jedziemy.

„Mnóstwo nagich mężczyzn klęczało w upokarzającej pozycji”

Alena nie pamięta momentu, kiedy wychodziła z więźniarki ani tego, jak trafiła do aresztu przy ul. Akreścina. Kolejny obraz, który przewija się w pamięci dziennikarki, to kilkadziesiąt kobiet stojących na dziedzińcu aresztu, twarzami do muru. Żadna nie miała sznurowadeł, pasków, biżuterii.

To tam Alena po raz pierwszy zobaczyła swoją strażniczkę. Spisywała ona dane, wyrażając się przy tym bardzo wulgarnie. Potem zaczęły się rewizje osobiste, Alena przeszukano jako pierwszą.

– Kiedy milicjantka prowadziła mnie na salę inspekcyjną, ciągle mnie popychała, zmuszała, żebym pochylała się bardzo nisko, aż do pozycji „jaskółki”, nie mogłam podnieść głowy. Ukradkiem zobaczyłam klęczących mężczyzn. Podniosłam trochę wzrok, wtedy ona uderzyła mnie w tył głowy z krzykiem: ”Nie podnosić!”.

Dziennikarka opowiada, że w pomieszczeniu kazała mi się rozebrać i przykucnąć. A potem wypchnęła na korytarz w samej bieliźnie.

– Tam w końcu zobaczyłam, co się dzieje. Mnóstwo nagich mężczyzn klęczało w upokarzającej pozycji, twarzą do podłogi, z rękami za plecami. Na ścianach widziałam brunatne plamy, a podłoga była we krwi. Zanim to wszystko zobaczyłam, nie bałam się, jednak w tamtym momencie pomyślałam, że moje życie i zdrowie są zagrożone.

Dziennikarka Biełsatu pobita przez strażniczkę. Trafiła do szpitala

Alena wspomina, że gdy założyła bluzę i naciągnęła na głowę kaptur, przechodzący obok milicjant wziął ją za mężczyznę i nogą pchnął w stronę ściany. Wtedy podbiegła strażniczka i zabrała dziennikarkę z powrotem na dziedziniec. Alena widziała, jak Kryscina Wituszka (białoruska analityczka i działaczka społeczna – przyp. red.) osunęła się na ziemię.

– To żona słynnego lekarza. Ma cukrzycę, pomóżcie jej! – krzyknęłam do strażniczki. – Milicjantka opowiedziała, że żony znanych lekarzy, które chorują na cukrzycę, nie włóczą się po nocy. Kryscina jakąś godzinę siedziała, nie odzywając się. Nie pamiętam, co stało się potem.

W czteroosobowej celi numer 9 na drugim piętrze, do której zabrano Alenę, Tanię i około 30 innych kobiet, było ciasno i duszno. Kobiety – od studentek do babć – siedziały ściśnięte na pryczach, opierając się o jaskrawożółte ściany. Alena wspięła się na górną pryczę, bliżej okna, przez które do celi docierał lekki wiatr. Siedziała tam całą noc.

11 sierpnia rano wszystkie wyprowadzono z celi, miał odbyć się kipisz (przeszukanie w celi – przyp. red.). Jest to standardowa procedura więzienna w areszcie przy ul. Akreścina i na próżno szukać w niej jakiejkolwiek logiki. Kobiety dzień wcześniej podczas rewizji były rozebrane do naga, a ich ubrania przeszukane. Nie było żadnych paczek od rodziny. Co więc próbowali w celi znaleźć strażnicy, wywracając wszystko do góry nogami?

– Kilka minut później, jedna po drugiej, byłyśmy wpuszczane z powrotem do celi. Chyba nie pochyliłam się wystarczająco nisko. Ta sama strażniczka najpierw uderzyła mnie w plecy, między łopatkami. Wyprostowałam się z bólu, wtedy kopnęła mnie lewym kolanem w podbrzusze ze słowami: „Ku*wa, niżej!”. Weszłam do celi, usiadłam na ławce i zrobiło mi się niedobrze. Najpierw ból był ostry, potem tępy. Ciężko było mi wspiąć się na pryczę. Nie dałam rady iść do łazienki…

”Nieposłuszna suko, marsz do celi!”

Procesy odbywały się w budynku aresztu. W pomieszczeniu administracji, do którego przyprowadzono Alenę rano, 13 sierpnia, siedziały już sędzia i sekretarz.

W pierwszych dniach protestów bliscy zatrzymanych oczekiwali pod aresztem na ul. Akreścina. Potem okazało się, że za murami więźniowie byli torturowani. Zdj. belsat.eu

W materiałach sprawy Aleny podano, że została zatrzymana 11 sierpnia w pobliżu centrum handlowego Ryga, gdzie podobno wykrzykiwała polityczne slogany. Akta nie mówiły prawdy, ponieważ została ona zatrzymana późnym wieczorem 10 sierpnia. Dziennikarka poprosiła o dołączenie do akt sprawy nagrania z monitoringu komisariatu milicji dzielnicy Centralny Rajon (gdzie rzeczywiście ją zatrzymano) – budynek znajduje się kilka kilometrów od Rygi. Całe oskarżenie opierało się na zeznaniach trzech milicjantów, których Alena nigdy wcześniej nie widziała.

– Nie obchodziło ich, że jestem dziennikarką. Protestowałam i mówiłam, że to nie jest sąd, tylko zmyślony osąd. W odpowiedzi sędzia usunęła mnie z sali „za obrazę sądu”. Kazano mi wrócić do celi i czekać na decyzję sądu. Spotkałam tę samą milicjantkę. Wydaje mi się, że miała jakiś fetysz, związany z tym, żeby człowiek pochylał się jak najniżej. Nie mogłam się schylić. Wtedy uderzyła mnie kilka razy w to samo miejsce, pod żołądkiem, po prawej stronie. ”Nieposłuszna suko, marsz do celi!”

3 godziny później Alena została postawiona przed zupełnie inną sędzią, która nie była zorientowana w sprawie dziennikarki. W końcu ogłoszono decyzję: sprawa jest przekazywana do ponownego rozpatrzenia. Dziennikarka dostała do podpisania dokument z oświadczeniem, że „dostała ostrzeżenie i wyraża skruchę”. Milicjanci postawili też kamerę, żeby te słowa „skruchy” nagrać. Jednak Alena na dokumencie napisała zupełnie przeciwne oświadczenie, że nie zgadza się z oskarżeniami.

„Wściekłe, niby pijane, czarne oczy”

Alena noc z 13 na 14 sierpnia spędziła już w domu, starając się nie zwracać uwagi na ból brzucha.

– Nie powiedziałam mężowi o brzuchu. Co w tym takiego? Zwłaszcza po tym, jak dowiedziałam się, że ludzi biją, aż stają się sini. Pomyślałam, że ja przecież nawet nie krwawię… Rano poszłam do kuchni i nagle poczułam się bardzo źle, zemdlałam. Mąż mnie złapał i natychmiast zabrał do lekarza. Gdy tylko usłyszeli, że byłam w areszcie przy ul. Akreścina, od razu powiadomili dyrektora przychodni. Bardzo delikatnie się ze mną obchodzili. Zrobili wszystkie badania, USG i znaleźli jakiś płyn w prawym jajniku – tam, gdzie ciosy kierowała milicjantka. Podejrzewali pęknięcie jajnika. Wezwali karetkę. Po badaniu ginekologicznym diagnoza nie została potwierdzona. Umieścili mnie w szpitalu i wpisali uraz pęcherza moczowego, stłuczenie brzucha i siniaki w okolicy podbrzusza.

Do szpitala przyjechali pracownicy organizacji broniących praw człowieka, aby pomóc Alenie w sporządzeniu oświadczenia w sprawie pobicia przez strażniczkę. Dziennikarka mówi, że rozmawiała z ponad dwudziestoma kobietami, które miały do czynienia z tą milicjantką i wszystkie mówiły to samo – je też pobiła. Jedna starsza kobieta została tak mocno popchnięta, że upadła na betonową podłogę. Wkrótce Alena zdobyła zdjęcie tamtej bezwzględnej kobiety.

Ścieżki zdrowia, krew na podłodze i przepełnione cele. Dziennikarz Biełsatu o 3 dniach spędzonych w areszcie

Na pytanie adwokatki zajmującej się też sprawą pobicia, dlaczego prokuratura nie zażąda nagrania z monitoringu z korytarza aresztu, śledczy odpowiedział: „Te nagrania mogą już leżeć na dnie rzeki.”

– Pytali, czy jestem gotowa na konfrontację, czy uda mi się zidentyfikować strażniczkę wśród pięciu podobnych kobiet. A gdyby zmieniła fryzurę i kolor włosów? – Zapamiętałam jej oczy – wściekłe, niby pijane, czarne. Jakby od lat nie zmywała tuszu do rzęs albo zrobiła sobie nieudany tatuaż.

„Trzeba dalej pracować”

Alena długo nie rozmawiała z nikim na temat tego, co się wydarzyło. Jej rozmowy z mężem były krótkie. Nie chciała do tego wracać. Dopiero pod koniec sierpnia znalazła siłę, by szczerze porozmawiać z mężem. Mama nadal nie zna szczegółów. Alena wyjechała na kilka tygodni na Łotwę, na rehabilitację. Potem wróciła do pracy.

– Nie mogę powiedzieć, że się boję. Trzeba dalej pracować. Tu, jak na złość, rolę odgrywa jeszcze jedna rzecz – biją cię, a ty myślisz: Przecież nie biją tak mocno, mam jeszcze siłę. Myślę, że nasze relacje z wydarzeń są cenne. Dziś, kiedy większość dziennikarzy nie pracuje w z kamerą na ulicy, nie ma odwagi, by robić reportaże w terenie z powodu tych niewyobrażalnych represji, Biełsat jest szczególnie potrzebny ludziom.

Alena odrzuciła propozycję pisania artykułów z domu.

– Uwielbiam dziennikarstwo telewizyjne, te wszystkie rozjazdy. Lubię przygotowywać wiadomości. Na pewno nie zrezygnuję. Na razie…

Kaciaryna Andrejewa dla SDP

Wiadomości