Rosyjskie rakiety na Białorusi mogą być równie groźne dla Europy, jak i dla Łukaszenki


Alaksandr Łukaszenka na poligonie pod Iwacewiczami. Zdj. president.gov.by

Moskwa straszy, że odpowiedzią na amerykańską bazę w Polsce mogą być rakiety na Białorusi. Tyle, że rola rosyjskiej bazy wcale nie odpowiada Alaksandrowi Łukaszence.

Tuż po wizycie ministra Jacka Czaputowicza w Mińsku Alaksandr Łukaszenka znowu zaskoczył. Choć nie tak bardzo, bo wszyscy zagraniczni partnerzy Białorusi już zdążyli się przyzwyczaić do nagłych wolt Łukaszenki i przeplatania przez niego gestów sympatii dla zachodnich sąsiadów z wiernopoddańczymi hołdami wobec Rosji.

– Mówiłem to ministrowi spraw zagranicznych [Polski – Jackowi Czaputowiczowi], który występował u nas w Mińsku: nie zamierzamy z wami walczyć. Dlatego nie trzeba tworzyć żadnych zbędnych baz – powiedział prezydent Białorusi, cytowany w niedzielę przez portal Biełorusskije Nowosti – W przeciwnym wypadku my z Rosjanami będziemy reagować. To znaczy, będziemy musieli coś rozmieścić, żeby (…) przeciwdziałać – dodał.

Łukaszenka kolejny raz szantażuje nie tylko Polskę, ale całą Europę. Gdyż „coś rozmieścić” to oczywista aluzja do ostatnich działań USA i Rosji wobec traktatu INF. Jeśli Amerykanie wycofają się z traktatu w odpowiedzi na łamanie jego ustaleń przez Rosję, to Moskwa będzie miała rozwiązane ręce w kwestii rakiet średniego zasięgu. Do tej pory zakazanych traktatem INF. Rosjanie są oskarżani o instalowanie w obwodzie kaliningradzkim systemów Iskander-M oraz prawdopodobnie Iskander-K, z rakietami przekraczającymi dozwolone traktatami zasięgi. Jednak to Białoruś jest idealnym miejscem do rozmieszczenia tego typu systemów uzbrojenia.

Gdzie wysłać rakiety?

Rozmieszczenie Iskanderów w 152 Brygadzie Rakietowej w Czerniachowsku (obwód kaliningradzki) ma poważną wadę. Miejsce to znajduje się zaledwie 50 km. od granicy z Polską. Właściwie w zasięgu potencjalnej artylerii rakietowej lub lotnictwa. Poszczególne komponenty systemów mogą się znaleźć nawet w zasięgu natowskiej artylerii lufowej. Obwód kalinigradzki jest mały i nie stwarza dużych możliwości ukrycia takich systemów. Pełnią one tam bardziej rolę straszaka politycznego. Co innego Białoruś. Rozmieszczenie Iskanderów i innych rosyjskich systemów sto-dwieście kilometrów od granicy Polski, czy Litwy zapewni im duże bezpieczeństwo. A jednocześnie będą groźne dla całej Europy. Szczególnie, kiedy ostatecznie upadnie traktat INF i Rosja otwarcie uzbroi się w rakiety o zasięgu 2 tys. km.

Moskwa będzie straszyć rozmieszczeniem ofensywnej broni, np. Iskanderów, na Białorusi. Źródło: defpost.com

Zresztą rosyjscy generałowie nie będą musieli się specjalnie wysilać. Wystarczy, że odkurzą i zaadoptują rozwiązania z czasów ZSRS. W czasie zimnej wojny na terytorium ówczesnej BSRS stacjonowała w szczytowym okresie niemal jedna trzecia sowieckiej broni jądrowej średniego i krótkiego zasięgu. Znajdowała się w 28 bazach. Np. poprzednik Iskanderów, SS-23 (Oka wg. ros. klasyfikacji) rozmieszczony był w trzech bazach: we wsi Stańkowo na zachód od Mińska, na północ od Osipowicz i w najbardziej na zachód położonej bazie w Słabudce, zaledwie 70 km. od granicy z Polską. Oprócz tego na Białorusi stacjonowało w sumie ponad 300 rakiet średniego zasięgu, przeważnie SS-20 Pionier. W 1991 r., kiedy rozpadał się ZSRS, w ramach traktatu INF z Białorusi wywieziono i zlikwidowano 589 rakiet z głowicami jądrowymi. Ostatni transport z rakietami SS-25 (Topol) wyjechał z Białorusi do Rosji 27 listopada 1996 r. Oficjalnie Białoruś przestała być wówczas mocarstwem atomowym.

– Rozmieszczając ponownie rakiety z głowicami jądrowymi za granicą, na Białorusi, Rosja stworzyłaby niebezpieczny precedens – mówi Biełsatowi Phillip Petersen, amerykański ekspert z Potomac Foundation i dodaje – Dlatego bardziej prawdopodobne jest wzmacnianie rosyjskich sił konwencjonalnych na Białorusi i wysyłanie dwuznacznych sygnałów o możliwej instalacji arsenału rakietowego.

Dawne bazy rakietowe są dziś zdewastowane i ich przywrócenie do służby wymagać będzie ogromnych inwestycji. Ale zachowała się szczątkowa infrastruktura, a co najważniejsze: mają sprawdzone położenie. I jako wskazywane potencjalne miejsce dyslokacji rakiet mogą wziąć udział w rozgrywce szantażowania Zachodu i… Łukaszenki.

Ryzykowne zagrywki

Robiąc swoje wolty i naciskając na Kreml, Alaksandr Łukaszenka bardzo rzadko wkraczał na obszar polityki obronnej. Ograniczał się do gestów i protestów wobec planów rosyjskiej bazy lotniczej w Baranowiczach. Swoją niezależność demonstrował bardziej prowadząc pozorowaną „białorusizację” w sferze kultury. A zwłaszcza próbując się usamodzielnić w gospodarce. Irytował Władimira Putina próbami „zbliżenia” do Zachodu, prowadząc mniej lub bardziej realistyczny dialog z krajami UE. Zwłaszcza z Polską i Litwą. Na Kremlu z niepokojem mogą odczytywać spotkania Łukaszenki, jak ostatnio z polskim ministrem spraw zagranicznych Jackiem Czaputowiczem, czy wysłannikiem Białego Domu, Wessem Mitchellem. Amerykanin w Mińsku przekonywał Łukaszenkę, że jest zaporą przeciw rosyjskiemu imperializmowi.

Czytajcie więcej:

Alaksandr Łukaszenka i Wess Mitchell, fot president.gov.by

Ale polityka obronna była zawsze strefą bezwzględnej lojalności Białorusi wobec Rosji. Ledwo zachodni dyplomaci wyjechali z Mińska, a Łukaszenka deklarował, że na „Fort Trump” zareaguje zdecydowanie, ramię w ramię z Putinem. Armia białoruska faktycznie pełni rolę zaplecza rosyjskich sił zbrojnych. I to na każdym poziomie. Również, jeśli chodzi o mentalność oficerów wykształconych w ZSRS, lub już w Rosji.

– Łukaszenka znalazł się w trudnym położeniu, bo musi być krytyczny wobec planów budowy bazy USA w Polsce i powinien zachować się lojalnie wobec Rosji, gdyż wie, czym groziłoby, gdyby Putin zwątpił w jego lojalność w sprawach bezpieczeństwa – mówi Phillip Petersen. – Z drugiej strony oddanie Rosji inicjatywy na Białorusi w rozgrywce o bazy USA i w warunkach wyścigu zbrojeń oznacza pełną wasalizację Mińska wobec Moskwy – dodaje ekspert.

Rosjanie zresztą już zaczęli naciskać na Białoruś. Do Mińska wysłali Michaiła Babicza, ambasadora o którym mówi się, że jest nadzorcą z ramienia Kremla, który ma dyscyplinować „Baćkę”.

– Chciałbym podkreślić ważną rzecz, istotną przede wszystkim dla Białorusi i dla tych, którzy mają jakieś zamiary. Jakikolwiek atak na Białoruś będzie potraktowany jako atak na Rosję ze wszystkimi wynikającymi z tego konsekwencjami. Taka konfrontacja nic dobrego nie przyniesie Polsce oraz państwom bałtyckim – mówił 22 października w wywiadzie dla stacji Biełaruś 1 Michaił Babicz, rosyjski ambasador.

Przedstawiciel Kremla przypomniał również Białorusinom, że są częścią państwa związkowego z Rosją (ZBiR).

Rosyjsko-białoruska współpraca wojskowa nie jest jedynie polityką deklaracji. W czasie wielkich manewrów Zapad 2017 we wrześniu ubiegłego roku białoruska armia pełniła rolę wsparcia, pomocy logistycznej i zapewniała ochronę przeciwlotniczą dla rosyjskich wojsk trenujących przerzut sił oraz operacje zaczepne i desantowe. Jednym z wniosków rosyjskiego dowództwa z manewrów była konieczność wzmocnienia systemów walki elektronicznej. Kilka dni temu pojawiły się informacje o wprowadzeniu w armii rosyjskiej do służby systemów walki elektronicznej Samarkand. Służą zagłuszaniu wrogich systemów naprowadzania i łączności w samolotach, rakietach, itd. Część z nich ma pojawić się na Białorusi i obejmować republikę zasięgiem.

Wprowadzenie tego systemu to jednak planowana inwestycja, która jest jedynie medialnie opisywana, jako szybka odpowiedź na wzmacnianie NATO w regionie. Moskwa strasząc Amerykanami w Polsce spróbuje przeforsować zgodę Mińska na nowe bazy i rakiety na terytorium Białorusi. Gra, w której stawką będzie bezpieczeństwo Europy i suwerenność Białorusi dopiero się zaczyna.

Michał Kacewicz/belsat.eu

Zobacz też
Komentarze