Rosyjscy najemnicy jako zakładnicy Łukaszenki i karta przetargowa dla rozmów z Putinem

Witalij
Portnikow

Po zatrzymaniu bojowników prywatnej grupy Wagnera pod Mińskiem prezydent Białorusi Alaksandr Łukaszenka nakazał wezwać nie tylko ambasadora Rosji, ale również ambasadora Ukrainy. Rzekomym powodem było przypuszczenie, że zatrzymani mogli brać udział w walkach w okupowanym przez Rosję Donbasie. Decyzja ta mogłaby wyglądać na czysto propagandowe posunięcie. Bo w końcu w jaki sposób odpowiedzialny w tej sprawie byłby ambasador Ukrainy nawet jeśli więźniowie walczyli uprzednio w Donbasie?

Okazało się jednak, że była to nie tyle kwestia ich winy, co interesu Ukrainy. Ukraińska władza liczy na ekstradycję osób, które brały udział w działaniach wojennych na terytoriach okupowanych. Jednak do tej pory w oświadczeniach ukraińskich służb bezpieczeństwa i służb dyplomatycznych nie zostało uściślone, czy chodzi tutaj o obywateli Ukrainy walczących w Donbasie po stronie Kremla i jego najemników, czy też mowa jest o wszystkich uczestnikach tamtych działań wojennych, niezależnie od narodowości.

SBU: najemnicy schwytani na Białorusi muszą być sądzeni na Ukrainie

Na pierwszy rzut oka, żądanie Kijowa może postawić Mińsk w trudnej sytuacji. Wyobraźmy sobie, że Białoruś, nazywana przez Łukaszenkę jedynym sojusznikiem Moskwy, zgodzi się na ekstradycję Rosjan, którzy nie tylko brali udział w działaniach wojennych w Donbasie, ale też mogą opowiedzieć o realnej infrastrukturze jednostek wojskowych „ludowych republik”, o ich kierowaniu przez rosyjski personel wojskowy i innych nieprzyjemnych dla Kremla faktach.

Nawet jeśli przyjmiemy, że to nie Rosjanie, ale obywatele Ukrainy walczący po stronie „ludowych republik”, mało prawdopodobne jest, aby Moskwie się to spodobało. Chociaż oczywiste, że znacznie łatwiej jest starać się o ekstradycję obywatela ukraińskiego do ojczyzny niż obywatela rosyjskiego na Ukrainę. Oczywiście tylko wtedy, gdy obywatel Ukrainy nie posiada rosyjskiego paszportu i nie jest chroniony przez ambasadę rosyjską na Białorusi.

Co by się nie działo, dalszy przebieg wydarzeń stanie się ważnym źródłem informacji o tym, co naprawdę dzieje się w Donbasie i jaka jest prawdziwa rola „pośrednika w konflikcie wewnętrznym”.

To, czy Alaksandr Łukaszenka jest gotowy na tak poważny konflikt z Moskwą, to w tej chwili pytanie w pełni retoryczne. A to dlatego, że przed wyborami prezydenckimi na Białorusi nie dojdzie do ekstradycji. To nie kwestia dnia czy nawet miesiąca.

Bo spóźnili się na samolot? Sprawę najemników komentuje ambasada Rosji

Ale po wyborach los członków grupy Wagnera – zarówno Rosjan, jak i Ukraińców – będzie zależał od tego, jak rozwiną się stosunki między Mińskiem a Moskwą. W każdym razie pewne jest, że zatrzymani bojownicy będą dla Łukaszenki ważną kartą przetargową w kontaktach z Władimirem Putinem. Ponieważ bez względu na to, ile osób na Kremlu twierdzi, że Rosja nie ma nic wspólnego z prywatnymi firmami wojskowymi, wszyscy i tak doskonale wiedzą, że „wagnerowcy” i inne oddziały najemnicze są przykrywką nie tylko działań rosyjskich służb bezpieczeństwa, ale przede wszystkim politycznych intencji Kremla.

I każdy z zatrzymanych bojowników może rzucić światło na te zamiary, czy to na Ukrainie, Białorusi, w Syrii czy Afryce. Putin z pewnością nie jest tym zainteresowany, a tym bardziej nie jest mu na rękę przesłuchiwanie „wagnerowców” w Kijowie. Szczególnie, że zachodni śledczy z pewnością pojawią się ze swoimi niewygodnymi pytaniami, jak to było w przypadku przesłuchań uczestników zestrzelenia malezyjskiego samolotu.

Putin zatem chcąc nie chcąc będzie musiał porozmawiać o najemnikach osobiście z Łukaszenką. Pytaniem pozostaje na co władze białoruskie będą chciały wymienić wolność bojowników Putina.

Witalij Portnikow, ukraiński publicysta dla Biełsatu

Więcej tekstów autora – w dziale Opinie.

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Redakcja może nie podzielać opinii autora.

Więcej materiałów