Rok temu zmarł kapitan Jakowczyk. Czym żołnierz AK “zasłużył sobie” na 21 lat sowieckich łagrów?

Był jednym z ostatnich polskich partyzantów na terenach Białorusi, więźniem stalinowskich obozów pracy i kochającym Polskę patriotą. Jako pierwsi publikujemy fragmenty wywiadu z Franciszkiem Jakowczykiem, który dwa lata przed jego śmiercią przeprowadził ukraiński historyk Ołeksij Iwaszyn.

– 10 kwietnia 1948 roku zabiliśmy komunistę z Mostowskiego Rejonowego Komitetu Partii, Tomkowa. Dostaliśmy zadanie od “Wróbla”: zlikwidować i za wszelką cenę wziąć dokumenty. Z rozkazami się nie dyskutuje, rozkazy się wypełnia – rozpoczął swoją opowieść kombatant.

Minęło siedemdziesiąt lat, a partyzant wciąż świetnie pamięta szczegóły swojej ostatniej akcji.

– Wziąłem dwóch swoich, “Ślązaka” i “Lotnika”. Zrobiliśmy zasadzkę na leśnym skrzyżowaniu: jedna droga szła na Mosty, druga na Piaski, a trzecia w las. Dałem zadanie łączniczce: “Jak podjedziesz z nimi tu i tu, zrzuć z głowy chustkę i uciekaj w las”. Siedzimy, obserwujemy drogę z ukrycia. Słyszymy: jadą. Dwukonną bryczką jechał Tomkow i dwaj enkawudziści. Jeden żołnierz siedział twarzą do niego, z automatem. Drugi był do niego plecami, poganiał konie, a automat miał na piersi. Tomkow jechał sam, a nasza łączniczka przy nim – przed lasem poprosiła ich o podwiezienie.

Łączniczka „Karnego” – płk Weronika Sebastianowicz podczas obchodów 30-lecia Związku Polaków na Białorusi. Zdjęcie – Biełsat

Ówczesna łączniczka grupy “Karnego” ma obecnie stopień pułkownika. To Weronika Sebastianowicz z domu Oleszkiewicz – przewodnicząca Stowarzyszenia Żołnierzy AK na Białorusi. W Armii Krajowej służyła od 13 roku życia, w 1945 roku została zaprzysiężona jako członek WiN. Z władzą radziecką walczyła do 1951 roku, gdy została aresztowana i zesłana do łagru nad Workutą. Na tereny Białorusi wróciła w 1955 roku.

– Mówię do chłopaków: “Do niego nie strzelajcie, chcę go wziąć żywcem. Walcie w tamtych, a konie puśćcie”. Podjeżdżają do skrzyżowania. Ona rzuciła chustkę i uciekła w pas. Zuch dziewczyna, wszystko wykonała. Enkawudziści nie strzelali – jak w nich daliśmy, to legli na miejscu. Konie poniosły bryczkę, jeden upadł na drogę, drugi wpadł do środka.

Tomkow wypadł na drogę i od razu złapał za pistolet – miał polskiego Visa. Krzyczę do niego: “Tomkow, poddaj się!”. Od razu we mnie strzelił, kur… Odpowiedziałem serią z automatu, dziesięć kul w niego wsadziłem. Upadł i po sprawie. Gdyby podniósł ręce, wziąłbym go żywego.

Zamach na Daniiła Tomkowa, członka biura partii komunistycznej w Mostach był ostatnią akcją oddziału Armii Krajowej Franciszka Jakowczyka, ps. “Karny”. Sowieckie służby zaalarmowała młoda Rosjanka, świadek zdarzenia. Partyzanci złapali ją wcześniej, ale pozwolili odejść. Dziewczyna rozpoznała potem Jakowczyka podczas śledztwa.

– Zdjąłem z Tomkowa pas z kaburą, wziąłem pistolet i dokumenty. Poszliśmy w kierunku wsi Miżewo. Od razu wysłali za nami grupy poszukiwawcze z psami. […] Spotkaliśmy się jeszcze z moimi chłopcami [“Wołodyjowskim”, “Litwinem” i “Tygrysem”]. Obława cały czas trwała, nie dawali nam spokoju ni w dzień, ni w nocy. Postawili na nogi wszystkie rejony: zelwieński, wołkowyski, mostowski. Wszędzie żołnierze, gdzie iść? Za rzekę nie puszczą, a tam w Lancewiczach byli swoi ludzie, “Kwiatek”.

Oddział Karnego wymykał się obławie przez dwa tygodnie. 24 kwietnia akowcy wpadli na zamaskowany posterunek pod Wojdewiczami.

– Pierwszy szedł “Wołodyjowski”, drugi “Litwin”, ja szedłem trzeci, czwarty był “Ślązak”, piąty “Tygrys”, a ostatni szedł “Lotnik”. Szliśmy przez pola w kierunku lasu, a tu krzyczą do nas “Hasło!”. I od razu otwierają ogień. Nie widzieliśmy ich. Było ciemno, a oni leżeli za kupami kamieni, które były po obu stronach polnej drogi. “Tygrysa” i “Ślązaka” od razu zabili. Rzuciłem dwa granaty i dałem serię z automatu – aż iskry poszły po kamieniach! I wtedy poczułem, że mnie trafili.

Franciszek Jakowczyk ps. „Karny” i Jan Szabuńko ps. „Janek”, który zmarł od ran w grudniu 1946 roku. Zdjęcie z prywatnego archiwum kpt Jakowczyka

Rannemu “Karnemu” udało się uciec. Następnego dnia odnalazły go dzieci pasące bydło. Miejscowi ukryli go u Hrynowieckiego, Polaka z Wojdewicz. Partyzant spędził u niego kolejne dwa tygodnie, został opatrzony i zszyty przez swojego dowódcę “Wróbla”

– 6 maja o świcie okrążyli dom, mieli owczarka. Gospodyni wyszła do nich. Było ich dziewięciu – dwóch kapitanów [Żarow i Rasinskij] i siedmiu żołnierzy. Łapię za granat, a tu dzieci, Boże, jak one krzyczały. Na to Rasinskij: “Karny, wyrzuć to! Tam są dzieci, zabijesz je”. Opuściłem rękę, podszedł do mnie i zabrał mi granat.

Jakowczyk trafił do aresztu śledczego w Wołkowysku, potem w Grodnie. Wreszcie, skazany na 25 lat łagru za walkę zbrojną przeciwko ZSRR, został zesłany do Republiki Komi.

– Jak wyglądało śledztwo? No, miażdżenie palców drzwiami, igły pod paznokciami. Kładli mnie związanego plecami na okrągły taboret i naciskali na grzbiet. To straszna tortura. Gdy tylko zaczęły się przesłuchania, puściły mi wszystkie szwy i Rasinskij mówił: “Przyznaj się, bo będziesz kaleką. I tak będą Cię sądzić”. Więc powiedziałem mu, że chciałem wziąć Tomkowa żywcem. Pytał się, w jakiej jestem organizacji. Ja na to: “To jest jeszcze jakaś organizacja? Nikt mi rozkazów nie dawał”. Nie powiedziałem, że polecenie wydał mi “Wróbel”.

Franciszek Jakowczyk ps. „Karny” ze swoim dowódcą Alfonsem Kopaczem ps. „Wróbel” w sierpniu 1947 roku. Zdjęcie z prywatnego archiwum Franciszka Jakowczyka

– Mówię mu: “Chcieliśmy iść w stronę Zelwianki, ale napadli na nas, otworzyli ogień. Przecież musieliśmy się bronić”. W Armii Krajowej był taki rozkaz: jeśli wpadłeś w niewolę, zrzucaj wszystko na poległych. I nie mów, co robiłeś, kręć ile możesz.

Historię ostatnich dni swojej wolności Franciszek Jakowczyk opowiedział w 2017 roku ukraińskiemu historykowi Ołeksijowi Iwaszynowi, za którego zgodą publikujemy fragmenty wielogodzinnego wywiadu. “Karny” przyjął go w swoim domu w Dołbuszu pod Żytomierzem na Ukrainie. To tam, pośród miejscowych Polaków, Jakowczyk zamieszkał po 21 latach łagru. Przez swoją wojenną działalność i próbę ucieczki nie mógł zostać repatriowany.

Kapitan przeprowadził się do Polski dopiero w wieku 90 lat. W 2018 roku otrzymał z rąk prezydenta Andrzeja Dudy utracone obywatelstwo polskie. Zdj. Kancelaria Prezydenta RP.

– Przypadkiem przeczytałem o nim wiadomość w internecie. Dzięki znajomym zdobyłem jego numer. Zadzwoniłem i umówiłem się na spotkanie. Gdy przyjechałem, spędziłem u niego dwa dni. Zaprzyjaźniliśmy się – przybliżył Białsatowi szczegóły swojej znajomości z partyzantem historyk.

Przez dwa dni rozmawiali o przedwojennym życiu akowca, jego służbie w strukturach państwa podziemnego i zesłaniu. Historyka interesowała m.in. specyfika walki partyzanckiej i doświadczenia obozowe Jakowczyka. Dzielny Polak urzekł go przy tym jako człowiek.

– Był bardzo dobrym, emocjonalnym, przyjacielskim człowiekiem. Przyjął mnie jak swojego. Ale gdy mówił o GUŁagu, to rzeczywiście widać było, że tam był. Bo normalnie nie dawał tego po sobie poznać – zauważył historyk.

W Dołbuszu kombatant był człowiekiem znanym i bardzo szanowanym. Nie tylko ze względu na swoją przeszłość.

– Wielu ludziom pomógł w swoim życiu. Wielu nauczył szewskiego rzemiosła – był szewcem i pracował w fabryce butów – dodał Iwaszyn. – Pracował do końca życia, cały czas naprawiał ludziom buty. Przychodzili nawet, gdy u niego gościłem, a miał wtedy 89 lat.

W grudniu 2017 roku kpt Jakowczyk otrzymał Krzyż Zasługi od organizacji weteranów działań w Donbasie „za patriotyzm do Ukrainy”. Zdjęcie: FB Grażyny Stanuszewskiej

Franciszek Jakowczyk całe życie podkreślał swoją polskość, a Żytomierszczyznę wybrał jako miejsce “najbliższe Polsce” w ZSRR. Był przy tym przykładem tolerancji – co podkreślił Iwaszyn.

– Do Ukraińców podchodził zupełnie po przyjacielsku. Utrzymywał normalne relacje. Zaprzyjaźnił się nawet z byłym bojownikiem UPA – powiedział Biełsatowi historyk, który porozumiewał się z nim nie po polsku, ale swoistym językiem pogranicza. – Rozmawiał ze mną po rosyjsku, wplatając w to polskie, ukraińskie i białoruskie słowa. Właśnie tak mówił.

W wieku 90 lat Franciszek Jakowczyk spełnił swoje marzenie i zamieszkał w wolnej Polsce. Po śmierci żony przeniósł się do mieszkającej we Wrocławiu siostry. W październiku tego samego roku odebrał z rąk prezydenta Andrzeja Dudy polskie obywatelstwo. Zmarł niedługo później – 9 stycznia 2019 roku.

https://belsat.eu/pl/news/spod-wolkowyska-do-wroclawia-90-letni-kombatant-otrzymal-polskie-obywatelstwo-od-prezydenta/

Kapitan Jakowczyk był jednym z 400 mieszkających na Ukrainie weteranów wojsk różnych państw, z którymi rozmawiał Ołeksij Iwaszyn. Pełen wywiad z akowcem nie został jeszcze nigdzie wydany. Jego fragmenty ukazały się we francuskim “Guerre & Historie”, a teraz także na stronie Biełsatu.

pj/belsat.eu

Wiadomości