Rewolucja na Białorusi to nie Majdan. Komentarze ekspertów z Armenii, Rosji i Ukrainy

Już od miesiąca Białorusini wychodzą na ulice miast, aby bronić swojego politycznego wyboru oraz prawa do decydowania o przyszłości kraju. Z jednej strony słychać głosy podziwu z powodu odwagi i wytrwałości, a z drugiej – krytykę, że protest ma zbyt pokojowy charakter, zbyt długo trwa, nie ma lidera i precyzyjnie sformułowanych żądań. Oczywiście nie można tu uniknąć porównań z innymi państwami postsowieckimi. Czy takie porównania mają jednak sens, a jeśli tak, to które? Komentują eksperci z Armenii, Rosji i Ukrainy.

To jeszcze białoruskie protesty, czy już białoruska rewolucja? Przez ostatni miesiąc świat obserwuje pokojowe akcje Białorusinów oraz Łukaszenkę i jego świtę, którzy w coraz bardziej absurdalny sposób objaśniają te wydarzenia i korzystają ze wszystkich dostępnych im narzędzi represji.

„- Potem będzie jak na Ukrainie.” „- Nie, bo będzie jak w Armenii albo w Rosji” – nie sposób było przez ten miesiąc uniknąć porównań z innymi rewolucjami czy protestami, do których dochodziło wcześniej na obszarze postsowieckim. Jednak, jak zauważa ukraiński politolog Ołeh Saakian, znalezienie bezpośrednich analogii i podobieństw jest zadaniem niewdzięcznym.

– Wybuch na Białorusi nastąpił nagle. Społeczeństwo pokazało, że przez te wszystkie lata w podziemiu, „po partyzancku”, dojrzało i okazało się gotowym do wyartykułowania swoich potrzeb. Białorusini nie mają jednak praktyki w organizowaniu się i walce. Dlatego władze mogły to z początku zignorować. Społeczeństwo nie przejęło wówczas inicjatywy. Jak woda próbowało unikać ostrych krawędzi, ale samemu drążyć kamień – komentuje Ołeh Saakian.

Zdaniem eksperta ukraińskiego scenariusza Białoruś powtórzyć nie może z szeregu powodów. Na Ukrainie zawsze istniała polityczna rywalizacja. Dzięki intensywnemu życiu politycznemu Ukraina nie musiała się zmierzyć z problemem znalezienia lidera protestów. A i prezydenci się zmieniali, gdyż żaden z szefów państwa nie zamierzał utrzymywać się u władzy do śmierci. Kiedy zaś jeden z nich podjął próbę zachowania władzy i uciekł się do użycia siły, nie było już odwrotu.

– Jeśli mówimy o białoruskich władzach, to brak konkurencji oraz systemowe zwalczanie opozycji na przestrzeni kilku dekad stworzyły sytuację, w której jest tylko jeden przywódca. Jak decyduje Baćka, tak działa cała struktura – kontynuuje Saakian.

Co do społeczeństwa, na które ta elita powinna być odpowiedzią – ono też nie ma zdefiniowanych oczekiwań. Rewolucje i protesty na Ukrainie miały długą historię. Zanim doszło do ostatniej rewolucji, wpierw były protesty przeciwko podwyższeniu podatków, strajki nauczycieli oraz wiele innych akcji, do których dochodziło na przestrzeni lat. Również Pomarańczowa Rewolucja zrodziła się z protestów „Ukraina bez Kuczmy”, które odbywały się przez lata na terenie całego kraju.

Pomarańczowa Rewolucja na biało-czerwono-biało

Biorąc pod uwagę skalę represji i niezmienną władzę, z pewnością słuszniej jest sytuację w Białorusi porównywać z innym sąsiadującym krajem – Rosją.

– Na Białorusi i w Rosji mamy do czynienia z takimi klasycznymi, policyjnymi dyktaturami, dysponującymi szerokim wachlarzem represji o różnym natężeniu. Nikt nie zna bilansu zysków i strat, od protestu pokojowego, do jego bardziej agresywnych form. Na razie główną siłą demonstrantów w Mińsku pozostaje nie przemoc z ich strony, a to, że właśnie oni są bici. To, że właśnie oni są bici, jest główną bronią, jaka delegitymizuje Łukaszenkę – uważa Kirył Rogow, politolog z Instytutu Gajdara.

Jak zauważa politolog, tego typu reżimy wkładają dużo wysiłku w uniemożliwienie wyłonienia się grupy liderów lub komitetu koordynacyjnego, który by reprezentował interesy opozycji. To przedłuża istnienie reżimu, ale nie może powstrzymać spontanicznych protestów.

– Białoruskie protesty są wydarzeniem bardzo szlachetnym. W historii Białorusi są one wyjątkowe, gdyż na Białorusi tak masowe, potężne przypadki mobilizacji społeczeństwa nie zdarzały się nawet w dobie upadku Związku Sowieckiego w 1989 i 1990 roku. Mobilizacja była silniejsza w 1991 roku, ale i tak znacznie słabsza, niż w Rosji. I to jest punkt przełomowy. Bez względu na to, czym to się skończy, ten miesiąc politycznej mobilizacji to właśnie rewolucja. Może się nie powieść, ale i tak się odbyła – uważa Kirył Rogow.

Za pokojową i udaną można też uznać rewolucję 2018 roku w Armenii. Na tym się jednak cechy wspólne z aktualnymi wydarzeniami na Białorusi kończą, twierdzi ormiański polityk Tigran Chemalian.

– To, co udało się osiągnąć Armenii w 2018 roku jest nie tylko zasługą aktywistów, którzy stanęli na czele narodowego protestu, ale też postawy władz. Serż Sarkisjan – nasz Łukaszenka – postanowił scedować władzę na siebie. Taką grę prowadził z Kremlem. Nic by nam się nie udało, zwłaszcza na drodze pokojowej, gdyby nie rozłam wewnątrz elity. W naszym przypadku władza świadomie poszła na ustępstwa. Padło sakramentalne zdanie: pomyliłem się, odchodzę. Tak powiedział Sarkisjan, przekazując swoje stanowisko Nikoli Paszynianowi. Na Białorusi takich słów nie słyszymy – tylko pełen obłęd. Słyszymy, jak w ciągu tygodnia człowiek, który aresztował wagnerowców i mówił, że Rosja wchłonie Białoruś, zmienia zdanie i jak w bajce o złotym kogucie oświadcza, że alarm trzeba podnieść na innych granicach – uważa Tigran Chemalian, wiceprzewodniczący Europejskiej Partii Armenii

O ile jednak metody i drogi, jakie pokonuje każdy postsowiecki kraj są odmienne, to sam proces jest dla nich wspólny:

– Bardzo ważną rzeczą jest zrozumieć, że i Białoruś, i Armenia, i Ukraina, i Gruzja – my wszyscy przechodzimy ten sam proces. Jest to proces dekolonizacji.

Eksperci są zgodni co do jednego: Łukaszenka zwyczajnie nie odda swojej władzy, ale nie ma sensu walczyć z wodą, która drąży kamień.

Swietłana Owczarowa / AA / md / belsat.eu

Fot.: Sergei Bobylev / TASS / Forum

Wiadomości