Reportaż ze skrępowanymi rękami. Historia Kaciaryny Andrejewej

Dziennikarka Biełsatu Kaciaryna Andrejewa opowiada o zatrzymaniach, pobycie w areszcie i gotowości do podejmowania ryzyka. Krótko po napisaniu swojej relacji, Andrejewa trafiła do aresztu, w którym przebywa od ponad 40 dni.

Tekst pochodzi z e-książki „Jestem dziennikarzem. Dlaczego mnie bijecie?” opublikowanej przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich przy wsparciu Białoruskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy, Narodowego Związku Dziennikarzy Ukrainy i Europejskiej Federacji Dziennikarzy.

Gdyby ktoś poprosił mnie, żebym przypomniała sobie, kiedy to wszystko się dla mnie zaczęło, powiedziałbym: w marcu 2017 roku, w surowych ścianach jednoosobowej celi w areszcie w Orszy. Miałam 23 lata i właśnie zaczęłam pracować jako korespondent Biełsatu. Na Białorusi wybuchły protesty – początkowo żądania ludzi ograniczyły się do zniesienia podatku od bezrobocia, ale wkrótce przez ulice w całym kraju przeszła fala niezadowolenia z systemu politycznego. Protesty odbywały się nie tylko w stolicy, ale również mniejszych miastach, takich jak Orsza. Udałam się tam z operatorem, by relacjonować na żywo demonstrację na głównym placu w mieście. W połowie dnia był już całkowicie wypełniony protestującymi. Pod koniec protestu postanowiliśmy „eskortować” do samochodu jednego z opozycjonistów, Pawła Siewiaryńca – myśleliśmy, że w obiektywie kamery organy ścigania nie odważą się go zatrzymać. Było inaczej. Zatrzymano zarówno Siewiarynca, jak i mojego operatora. Nie mogłam pozwolić, by zabrali mojego kolegę i wywieźli go w nieznanym kierunku i zaczęłam głośno protestować.

Dziennikarka Biełsatu trafiła do aresztu na 2 miesiące. Grożą jej 3 lata więzienia

Znalazłam się więc na miejscowym komisariacie milicji, a stamtąd przewieziono mnie do aresztu tymczasowego oskarżając „nieposłuszeństwo wobec milicji”. W odpowiedzi na pytania o mój przyszły los, strażnik zatrzasnął drzwi celi ze słowami: „Wszystkiego najlepszego z okazji Święta Konstytucji!”. Myślę, że ta noc pomogła mi dokonać ważnego życiowego wyboru: czy jestem gotowa oddać swoją wolność dla jednego reportażu? Trzy lata później zadam sobie inne pytanie – czy warto ryzykować życie?

Robi się gorąco

Praca w Biełsacie zawsze wiązała się z prześladowaniem przez władze. Za każdym razem, kiedy ubiegałam się o akredytację w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, dostawałam odmowę bez wyjaśnienia przyczyn. Jednak obie strony znały powód. Państwo ma „monopol” na media, przez co na Białorusi nie istnieje żaden komercyjny ani niezależny kanał informacyjny. Dlatego Biełsat, który propaguje wartości demokratyczne, od momentu pojawienia się w 2007 r. jest wrogiem systemu. Dziś do tej kategorii należą wszyscy nielojalni wobec reżimu dziennikarze, a posiadanie akredytacji i legitymacji prasowej nie ratuje już przed zatrzymaniem.

Kaciaryna Andrejewa w czasie pracy. Zdj. Belsat.eu

Przez całe lato 2020 sytuacja polityczna na Białorusi robiła się coraz bardziej napięta. W sierpniu cały kraj wrzał. Ja i moi koledzy przygotowywaliśmy się na najgorsze: przypominaliśmy sobie wskazówki dotyczące zachowania na bezpieczeństwa podczas protestów, kupowaliśmy kamizelki kuloodporne (chroniące tylko od gumowych kul, bo inne nie są ogólnie dostępne), okulary ochronne (na wypadek użycia gazu łzawiącego), hełmy i inne rzeczy potrzebne reporterowi w centrum wydarzeń. Osobiście nigdy nie nosiłam kamizelki kuloodpornej– o wiele łatwiej jest uciec, gdy nie ma się jej na sobie.

9 sierpnia od samego rana towarzyszył mi dobry humor. Dzień był jasny i pogodny, a ja wyszłam do pracy w nowym kostiumie, z makijażem i ułożonymi włosami. W ciągu dnia nasza ekipa przemieszczała się z jednego lokalu wyborczego do drugiego. Frekwencja wszędzie była bardzo wysoka: kolejki chętnych do głosowania ciągnęły się przez setki metrów. Większość wyborców miała na rękach białe bransoletki (symbol zwolenników kandydatki na prezydenta Swiatłany Cichanouskiej – przyp. tłum). Wolontariusze przynosili ludziom wodę i napoje, starszym osobom proponowali stołki, z okien sąsiednich domów grzmiały dźwięki piosenki „Pieremien!” (ros. „Zmian!”, utwór Wiktora Coja, będący nieoficjalnym hymnem białoruskiej rewolucji – przyp. tłum).

Transmisja na żywo z prezenterami w studiu Biełsatu i relacjami reporterów z różnych części Białorusi miała trwać do późnej nocy. Wieczorem ludzie zbierali się pod lokalami wyborczymi, aby zażądać od komisji przekazania uczciwego protokołu z głosowania. Wszyscy chcieli wiedzieć, ile głosów otrzymała Swiatłana Cichanouskaja.

Nagrywaliśmy wywiad z obserwatorem w jednej z komisji wyborczych w centrum miasta, kiedy nagle za plecami mojego rozmówcy pojawiły się autobusy i wyskoczyły z nich oddziały OMON-u. Ostatnią część relacji nagrywaliśmy w biegu. W Mińsku w tym czasie mobilny Internet był już zablokowany, więc nagranie z fragmentem relacji wysłaliśmy do redakcji z mieszkania chłopaka, który wbiegł z nami do budynku. Swoją drogą wpuszczanie dziennikarzy do mieszkań stanie się powszechne w kolejnych miesiącach.

Mińsk zapłonął

Pół godziny później ze wstrzymanym oddechem i oglądając się przez ramię wyszliśmy na zewnątrz. Wstępne wyniki głosowania były już znane: około 80 proc. dla Łukaszenki. Ludzie zaczęli gromadzić się w centrum, wokół obelisku „Mińsk Miasto Bohater”. W pewnym momencie ogromny tłum zawrócił: przed nim stanął kordon milicjantów z tarczami. W ciągu kolejnych dwudziestu minut, krążąc po pogrążonych w mroku podwórkach, usłyszeliśmy odgłosy wybuchów. Ciemne sierpniowe niebo było oświetlane bladymi przebłyskami. Oni [milicjanci] byli coraz bliżej, a my dotarliśmy do trzymetrowego ogrodzenia. Włożyłam mikrofon pod pachę i pobiegłam do budynków mieszkalnych nad torami kolejowymi. Nagle z ciemności wybiegł człowiek, był ranny w nogę, ręce mu drżały. Chwycił operatora za kamizelkę z napisem „prasa” i poprosił o zabranie go w bezpieczne miejsce. Moi przyjaciele mieszkali w pobliżu. Kiedy dotarliśmy do ich mieszkania, opatrzyłam ranę tego człowieka, a on dał mi pendrive’a: „Proszę to wziąć, nagrałem, jak więźniarka potrąciła człowieka”.

O 4:00 rano dotarłam do domu i udało mi się na chwilę zasnąć. To był dopiero początek.

W pewnym momencie wieczorem 10 sierpnia na ulicy Prytyckiego zatrzymały się wszystkie samochody. Ludzie trąbili, włączali „Pieremien!”, a potem wyszli z samochodów na jezdnię i nie zamierzali odejść. Niektórzy weszli na dachy samochodów i umieścili na nich biało-czerwono-białe flagi. Tymczasem na skrzyżowaniu w pobliżu stacji metra Puszkinskaja protestujący budowali barykady z plansz reklamowych, kwietników, a nawet ławek zabranych z tarasu McDonalda. Tak więc, protestujących przed funkcjonariuszami z jednej strony miały chronić barykady, a z drugiej kolumna samochodów biorących udział w proteście. Obok osiłków w kaskach stały bardzo młode dziewczyny, z flagami na ramionach. Twarze miały pomalowane w biało-czerwono-białe barwy, śpiewały piosenki, pletły wianki.

Mąż uwięzionej dziennikarki Biełsatu: To wszystko będzie nam się wydawać drobnostką

Nagrywałam wywiad z chłopakami, którzy przeciągali śmietnik na barykady. W powietrzu czuć było napięcie. Skierowałam kamerę telefonu na migające w oddali światła pojazdów służb bezpieczeństwa. „Są jeszcze daleko”, pomyślałam, a w następnej chwili na asfalcie obok mnie wylądowało coś świecącego. Błysk. Huk. Nic nie słyszę. Jest jeszcze jeden błysk. Telefon spada na ziemię. Nogi odmawiają posłuszeństwa. Kask jest za ciężki. Z krzykiem „Dziennikarz!” wbiegłam do jakiegoś budynku i upadłam na podłogę na klatce schodowej, wokół byli ludzie. Nagle na piętrze otworzyły się drzwi: „Tędy, pospieszcie się!”.

Barykada przy stacji metra Puszkińska. Mińsk, 11 sierpnia 2020 r. Zdjęcie: Alaksandr Wasiukowicz/vot-tak.tv/belsat.eu

Tak poznałam Wierę i Alaksandra. Przykucnęłam na balkonie ich mieszkania i połączyłam się z Biełsatem przez telefon, by skomentować wydarzenia w relacji na żywo, a wtedy mundurowi zaczęli strzelać do mieszkania piętro niżej, było słuchać brzęk tłuczonego szkła. Wybuchy i strzały pod oknami nie ustawały przez kilka godzin. Zgasiliśmy światła i położyliśmy się na podłodze – dziesięcioro przerażonych, obcych sobie ludzi trzymało się za ręce. Nad ranem gospodyni zaparzyła dla mnie mocną herbatę, dała mi swój szlafrok i pościeliła dla mnie sofę.

Protest przy stacji metra Puszkinskaja. 10 sierpnia 2020 r. Zdj TK / Belsat.eu / Vot-tak.tv

W takim trybie nie da się długo pracować, fizycznie jest to niemożliwe i ósmego dnia protestów straciłam przytomność na Placu Niepodległości. Stało się to podczas wiecu, na którym kipiąc ze złości przemawiał Łukaszenka. Obudziłam się w ramionach rosłego mężczyzny w cywilnym stroju. Niósł mnie przez tłum do karetki pogotowia, u jego pasa wisiała raca.

Wraz z końcem sierpnia rozpoczęło się polowanie na dziennikarzy. Niebezpiecznie było pokazywać się na demonstracjach w kamizelce z napisem „prasa”. 27 sierpnia, jeszcze przed rozpoczęciem protestu, zatrzymano 50 dziennikarzy i fotografów czołowych niepublicznych mediów. Większość z nich wypuszczono kilka godzin później, ale ja i trzech innych kolegów zostało na noc w auli komisariatu milicji dzielnicy Kastrycznicki Rajon. Ciekawe jest to, że milicjanci przygotowali dla zatrzymanych poczęstunek: kawę, słodkości, ciastka, gulasz. I wtedy zaczęli nagrywać. – Na tych ciastkach jest krew pokojowo nastawionych obywateli! – powiedział jeden z kolegów.

– Ogłaszam strajk głodowy aż do momentu mojego wyjścia na wolność – oświadczyłam. Rano po procesie zostałam wypuszczona, a akt oskarżenia za „udział w nielegalnym zgromadzeniu” został wysłany do rewizji.

Zimny poranek w areszcie na Akreścina

– Wychodzić! Twarzą do ściany, ręce na ścianę dłońmi do przodu! Zdjąć buty! Ręce za plecy!

Krzyki strażniczki odpędzają resztki snu. Stoję w korytarzu i patrzę na obrzydliwe szaro-niebieskie ściany. Obok mnie w tej samej pozie zamarły cztery inne kobiety w różnym wieku: najmłodsza ma 21 lat, choć wygląda jak nastolatka, najstarsza – po pięćdziesiątce. W nocy bardzo się denerwowała, bo mundurowi zatrzymali również jej córkę – „obcięta na krótko, po chemioterapii, nie widziałyście może?”.

Chwilę później wracamy do celi. Po „kipiszu” wszystko jest tu wywrócone do góry nogami. Trzeba położyć na miejsce brudne materace, zebrać porozrzucane podpaski, szczotki, chusteczki. Na podłodze, w kurzu leży maskotka-tygrys, którą pozwolono zatrzymać.

– Ciekawe, co oni chcieli tutaj znaleźć.

– Nieważne, dziewczyny, napijmy się herbaty, bo już prawie ostygła. Częstujcie się!

Jak dotąd tylko ja dostałam paczkę. Zapach czekoladowych ciasteczek, które mąż starannie ułożył w paczce uderza w nos i miesza się ze okropnym zapachem z „toalety” – śmierdzącej brunatnej dziury w podłodze. Robi mi się niedobrze. Tak właśnie zaczyna się kolejny poranek w areszcie na Akreścina.

Pięciu z sześciu dziennikarzy oskarżonych o wszczynanie zamieszek, to współpracownicy Biełsatu

Zostałam zatrzymana z razem z operatorem 12 września podczas transmisji na żywo z Marszu Kobiet. Podjechał bus, wyskoczyli z niego funkcjonariusze OMON-u – wszystko według stałego schematu. Przez pięć godzin kisiliśmy się na komisariacie, rozmawialiśmy ze strażnikami o polityce i stosunku milicji do protestujących. Mundurowi, widząc, że nic z nas nie wyciągną, przestali w ogóle zwracać na nas uwagę i wbili wzrok w swoje telefony. Czekali na rozkazy przełożonych.

Potem milicyjną furgonetką z zasłonkami na oknach przewieziono nas do aresztu przy ul. Akreścina. Dwóch konwojentów, oboje bardzo młodzi, patrzyli na mnie spod byka, jak na egzotyczne zwierzę. W końcu jeden z nich nie wytrzymał i zapytał, dlaczego nie zostałam w domu.

– Czy zdaje pan sobie sprawę, że wszyscy nienawidzą teraz milicji? – zmieniam temat.

– A za co?

– Bo od was ludzie wracają cali w sińcach.

– Mieliśmy patrzeć, jak rzucają koktajlami Mołotowa w funkcjonariuszy?!

– Gdybyście nie zaczęli używać tego specjalnego sprzętu i nie strzelali do protestujących, nikt by was nie tknął. Nie chce pan zrezygnować z pracy w organach ścigania? Są programy wsparcia, dadzą pieniądze, zapewnią mieszkanie…

Przy słowie „mieszkanie” uniósł brwi z zainteresowaniem. Naprawdę? Dadzą mieszkanie?

Najwyraźniej to ważny czynnik

Jesteśmy tu razem

Jedzenie w areszcie na Akreścina to szczególna „przyjemność”. Połykam kilka łyżek świeżego, lepkiego śluzu, który tutaj nazywa się „owsianką”, ale odruch wymiotny daje się odczuć. Do czasu, kiedy dostanę paczkę, planuję jeść tylko szary chleb namoczony w wodzie. Jeśli trzyma się chleb w ustach przez długi czas, to wydaje się, że jest słodki. Ogólna słabość sprawia, że znów jestem senna. Czas do obiadu upływa niepostrzeżenie.

– Zupa, dziewczyny, ucha! Mamy rybny dzień! – kobieta roznosząca jedzenie stuka miskami w korytarzu.

Przede mną znów dziwna papka, sina kiełbasa i niewyobrażalnie kwaśna kapusta. Może po tygodniu głodu zjadłbym wszystko do czysta. Na razie tknęłam tylko kapustę. Ale spędziła w żołądku niewiele czasu. W pewnym momencie wyszła na jaw tajemnica dziwnego posmaku więziennej herbaty: na dnie pływała gruba mrówka.

– Dadzą coś do picia na kolację? – zapytałam.

– Przestań pić, już wystarczy! – zachichotała pani roznosząca jedzenie.

W nocy przeniesiono mnie do czteroosobowej celi. Było nas tam pięć, ale i tak miałam szczęście: podczas masowych aresztowań do takiej celi zostaje wepchniętych dziesiątki osób. Dzielimy łóżko z Wieraniką, jest weterynarzem. Na górnej pryczy, projektantka Dzijana i nauczycielka śpiewu chóralnego Lizawieta. Obok niej jest Tacciana, której chora córka również została zatrzymana.

– Jako pierwszą zatrzymali Wikę, a ja stałam przed więźniarką i nie zamierzałam odchodzić – tam jest przecież moje dziecko!

Po wyłączeniu świateł nikomu nie chce się spać. Rozmawiamy do białego rana: o polityce, o przyszłości, o naszych rodzinach, o pracy, o planach, którym nie jest dane dojść do skutku w najbliższych dniach.

– To wszystko przypomina mi jakiś szpital.

– Tak, tylko to nie my tutaj jesteśmy chorzy.

Dla wielu zabrzmi to dziwnie, ale poznanie tego okropnego miejsca od środka było z punktu widzenia dziennikarki ciekawym przeżyciem. Tak, rozbieranie się do naga podczas rewizji było upokarzające. Tak, materace były brudne i śmierdziały. Tak, tego jedzenia nie da się jeść. Ale za każdym razem, gdy w moich oczach pojawiały się łzy zwątpienia, pocieszał mnie fakt, że nie jestem sama. Obok były nowe przyjaciółki, a w sąsiednich celach lekarze, artyści, sportowcy i moi koledzy, dziennikarze. Jesteśmy tu razem.

Parę dni później kobiety, z którymi dzieliłam celę zostały przeniesione do aresztu w Żodzinie z wyrokami od 11 do 13 dni pozbawienia wolności.

15 sierpnia rano przyprowadzono do mnie na proces, który miał się odbyć w sąsiednim budynku aresztu. Świadkowie – milicjanci, którzy byli obecni przy moim zatrzymaniu, nie pojawili się. Sędzia Alena Żywica pospiesznie zapoznała się z aktami sprawy, obejrzała fragment mojej relacji na żywo z marszu kobiet, który „nieposłuszeństwem” nawet nie pachniał i ogłosiła 15 minut przerwy, w tym czasie miał zapaść wyrok.

Przesiedziałam przed ekranem laptopa prawie trzy godziny. Kiedy sędzia ogłosiła, że „akt oskarżenia zostanie wysłany do komisariatu w celu jego rewizji…” nie dałam rady powstrzymać emocji i wykrzyczałam:

– Kto odda mi te trzy dni z życia?!

***

Właściwie, to miałam dużo szczęścia. W październiku dziennikarzom rzadko zasądzano tylko trzy dni, coraz częściej otrzymywali maksymalny wymiar kary – 15 dni.

Po krótkim urlopie na wsi wróciłam do pracy. W każdą niedzielę, kiedy w Mińsku odbywają się marsze (i ich brutalne rozpędzanie), wsiadam z operatorem do samochodu i krążymy po mieście podążając za wielotysięcznymi tłumami demonstrantów. Rozpraszaniem protestów zajmują się ostatnio funkcjonariusze Wydziału ds. Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji w cywilnych strojach, kamizelkach kuloodpornych założonych na kurtki sportowe i z pałkami w rękach. Czasami zamiast pałek mają zwykłe drewniane kije. Włamują się do kawiarni, w których ukrywają się przestraszeni ludzie. Nie mają oporów przed wtargnięciami do mieszkań, zatrzymanych powalają na ziemie, biją i kopią. Pokojowi demonstranci są ostrzeliwani granatami hukowymi i z gumowych kul. Ofiar przemocy jest tysiące. Przynajmniej osiem osób zginęło. Nie wszczęto jak dotąd żadnych spraw karnych przeciwko funkcjonariuszom organów ścigania.

Za to społeczeństwo obywatelskie jest karane codziennie: jak dotąd wszczęto około tysiąc spraw karnych. Dziś więźniowie polityczni to lekarze, studenci, artyści, nastolatki, zawodowi sportowcy, zwykli przechodnie. I, oczywiście, dziennikarze. W tej chwili za kratkami jest 17 moich kolegów. Niektórzy z nich zostali pobici na komisariatach milicji.

Wciąż słyszę propozycje wyjazdu za granicę, przynajmniej na jakiś czas, aby przeczekać ten niebezpieczny czas w Polsce albo na Litwie. Jak długo jestem gotowa kontynuować pracę, kiedy moja przestrzeń wolności osobistej zawęża się z każdą godziną? Kiedy każdy dzień zaczyna się od wiadomości o kolejnych przeszukaniach i zatrzymaniach? Nie wiem, nie potrafię odpowiedzieć na te pytania. Ale wiem, że na Białorusi są ludzie, którzy od czterech miesięcy wychodzą na ulicę z biało-czerwono-białą flagą i kwiatami w tych kolorach. A to oznacza, że trzeba pokazać ich na antenie Biełsatu.

12 listopada 31-letni Raman Bondarenka zmarł w szpitalu na oddziale intensywnej terapii, nie odzyskawszy przytomności. Dzień wcześniej został zatrzymany za próbę powstrzymania funkcjonariuszy przed przecięciem biało-czerwono-białych wstążek na jednym z podwórek Mińska. Półtorej godziny spędził na posterunku milicji. Kiedy zabierała go stamtąd karetka, był już w śpiączce. Poważny uraz głowy, obrzęk mózgu. Został pobity na śmierć na oczach całego kraju. W ciągu 24 godzin na podwórku stworzono miejsce pamięci tonące w kwitach. Ludzie wciąż przynoszą kwiaty i przygotowują się do niedzielnego „Marszu Śmiałych”. Powinniśmy pokazać to na antenie Biełsatu. Dlatego zostaję. Jak mówi jedna z moich koleżanek, do działania napędza nas wściekłość.

Kilka dni po napisaniu swojej relacji, 15 listopada Kaciaryna Andrejewa została zatrzymana na XIII piętrze bloku stojącym przy podwórku, na którym pobito Ramana Bandarenkę. Zostały wraz z operatorką Darią Czulcową oskarżone „o organizację i przygotowanie działań, które naruszają w znacznym stopniu porządek społeczny”, za co na Białorusi grozi kara do 3 lat więzienia. Sąd przedłużył jej areszt o dwa miesiące.

Kaciaryna Andrejewa/ belsat.eu

Artykuł w e-książce „Jestem dziennikarzem. Dlaczego mnie bijecie?”. jest zaktualizowaną i uzupełnioną wersją materiału, który ukazał się we wrześniu na łamach Belsat.eu.

Wiadomości